Inny rodzaj przyjemności – Coma – “2005 YU55” [recenzja]

2005 YU55

Pięć lat. Tyle fani musieli czekać na najnowszą płytę łódzkiego zespołu. W międzyczasie wychodziły natomiast bardziej i mniej udane (to oczywiście rzecz gustu) solowe albumy Piotra Roguckiego. I tym, co przychodzi na myśl, kiedy słucha się krążka 2005 YU55, jest to, że brzmi on bardziej jak dokonanie wokalisty i frontmana zespołu, a nie Comy jako grupy muzyków. Czy jednak w momencie, kiedy Rogucki tak mocno zaznaczył swoją obecność w zespole, bądąc dla niego zarówno głosem, liderem, ale także twórcą tekstów – można zastosować w ogóle takie rozróżnienie? Czy nie staje się ono nienaturalne, używane jedynie na potrzeby krytyków i słuchaczy? Bez względu na to, jakiej każdy z Was udzieli sobie odpowiedzi, wydany w październiku album mnie osobiście nie przypadł do gustu, choć przyznaję, że czekałam na niego z wielkimi nadziejami.

2005 YU55 to, jak wiedzieliśmy już z zapowiedzi, koncept album, a do takich twórca (skądinąd świetnej) płyty Loki – Wizja dźwięku już nas przyzwyczaił. Być może to działa na jego niekorzyść, być może chodzi o coś całkiem innego. Faktem jest jednak, że krążek jest bogaty tekstowo, a w tekstach Coma i Rogucki zawsze byli bardzo mocni – nawet jeśli niektórzy zarzucali ich utworom grafomanię czy przerost formy nad treścią. Dla mnie warstwa liryczna była od zawsze największym plusem twórczości łodzian, wsłuchiwałam się w poetyckie słowa, które tak pięknie komponowały się zarówno z dynamiczną, mocną i głośną muzyką, jak i z dźwiękami spokojnymi, cichymi, melancholijnymi. Jednak 2005 YU55 wydaje mi się być albumem, na którym muzyka i tekst stoją obok siebie, a momentami wręcz rozmijają się, zamiast iść ręka w rękę, ku uciesze słuchacza. Cała płyta jest dość mroczna i ponura, a muzyka choć nie poraża intensywnością, to przesłania niejednokrotnie zagmatwany tekst, którego często nie jesteśmy w stanie zrozumieć bez dołączonej książeczki. Całość przypomina ponadto melorecytację, co mnie osobiście nie przypadło do gustu, ponieważ okazało się przyczyną tego, że album nie sprawia mi tego rodzaju przyjemności, jakiego oczekuję od muzyki. 

Muszę również przyznać, że nawet teraz, po kilkukrotnym przesłuchaniu krążka, mam spore problemy z tym, aby wyszczególnić konkretne utwory, ponieważ zlewają mi się one w jeden, długi, dość monotonny i – niestety – niejednokrotnie męczący. Posiłkując się jednak oryginalną książeczką (o której później) – mogę powiedzieć, że album otwiera utwór Taksówka, który z początku brałam za dwa oddzielne utwory, w pewnym momencie bowiem kawałek ten zmienia nieco swój rytm. Tekstowo Taksówka przypomina nowoczesną lirykę, w której brak spójności, w której podmiot liryczny cedzi jedynie poszczególne zbitki słów, często zapominając o orzeczeniu, które buduje przecież zdania w takiej formie, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Dobrze obrazuje to sam początek utworu:

To ta przed zmrokiem

Bezwładna godzina

Na trasie do domu,

O której myśli ciężkie,

Westchnienia…

To jednak właśnie z tego utworu, który w całości wcale mnie nie zachwyca, pochodzi frgament, który z całej płyty najbardziej wrył mi się w pamięć:

To jaką ma duszę

ludność miasta,

która tak licznie

zaczęła kasłać?

Turbacz jest jeszcze bardziej “mówiony”, zwłaszcza na samym początku, kiedy wokalowi Roguckiego towarzyszy w zasadzie tylko przebłysk dźwięku. Później muzycznie kawałek się rozkręca, opowiadając o człowieku, którego żona uwiera w bok, a on nocą przebywa jakby w zupełnie innym życiu. Pod koniec głos wokalisty staje się coraz bardziej męczący, natarczywy, ściśnięty. A muzyka nadaje całości rytm, który, owszem, może kojarzyć się z listopadową nocą. Zaduszki (a wiec pozostajemy w klimatach listopadowych) kontynuują spacer nocny i towarzyszy mu muzyka jakże od zaduszek różna – chałaśliwa, drażniąca, chaotyczna, wwiercająca się w umysł i – znowu – zagłuszająca słowa. A te są mocno poetyckie i naprawdę niezłe:

Wiem, że coś jest

Na rzeczy.

Coś wisi w powietrzu,

Coś się nie mieści,

Nie mieści się w ludzkim pojęciu,

Coś drży, coś się zbliża,

Coś znaczy ta cisza

Nieczego nie czuję,

Nieczego nie słychać,

A teraz już wiem to,

A wtedy to

Nie.

Fragment ten przypomina nieco niepokój i przeczucie nadejścia czegoś niedobrego w utworze Wrony (Na pewno będzie wojna, na pewno coś się stanie. Niepokój rośnie w moich snach).

Dionizos nie ustępuje w dźwiękach monotonnych, podobnych pod względem wybijania rytmu, z którego przebija jednak jakiś metaliczny strach, jakiś niepokój. To dopiero czwarty utwór, ale moje uszy i umysł powoli się buntują – nie zostałam stworzona do słuchania tego typu muzyki, a już na pewno do niego nie przywykłam. Jako taką ulgę przynosi utwór Lipiec (nie pierwszy raz w karierze zespołu kawałek zostal zatytułowany nazwą miesiąca), który – ku mojemu zdziwieniu – potrafi nawet odrobinę rozkołysać, zwłaszcza podczas tego fragmentu:

W słonecznym spocie lipca,

Tu w każdy kąt kochana

Wpisana jest taka tęsknota

Coma – Lipiec (official video)

Lipiec skupia się na przemijaniu i to ono jest głównym jego tematem, a także, jak sądze, punktem wyjściowym dla swtorzenia tego utworu. Sam tekst zresztą mówi o tym w pewnym momencie wprost, ale nie tylko dosadny wers jest tego dowodem. Magda to bezpośrednia kontynuacjia utworu numer dwa, stanowi on ciąg dalszy historii spotkania, zapewne, po latach. Piotr Rogucki znów opowiada konkretną historię, nie pomijając słów zarezerwowanych dla mowy potocznej, które kiedyś nie znajdywały swojego miejsca w sztuce. Znów recytuje to, co ma do powiedzenia, a w tle majaczy muzyka, na nowo tłumiąca znaczenie tych słów. I tak jest w zasadzie do końca płyty. Można by rozprawiać o tekstach,w których na pewno znalazłoby się wiele znaczeń, środków wyrazu, symboliki i analogii, ale tym razem odpuszczam sobie dokładne wgłębianie się w słowa i ich znaczenia – po prostu przeszkadza mi w tym muzyka, która zagłusza wszystko. Na uwagę zasługuje na pewno Łąka 1, w której Rogucki bawi się słowem, żongluje jego szelestem i powiewem – tutaj absolutnie nie można odmówić mu poetyckiego wyczucia; podobnie jest zresztą z Łąką 2. YU55 to utwór, w którym pojawia się głowny bohater tego poematu napisanego przez Roguckiego, a otwiera ten kawałek inspiracja twórczością Juliusza Słowackiego, wędrówką ducha. Później mamy jeszcze Suchotkę, Biblioteczkę, Jest to we mnie, Inne jeszcze obrazy i Łąkę 3. Wszystkie je łączy jedno – nie można odmówić im wartości i przekazu, ale całość kłóci się z brakiem radości, jaką powinno dawać mi słuchanie muzyki, a to z kolei sprawia, ze nie jestem w stanie docenić tych utworów tak, jak niewątpliwie powinnam.

Piotr Rogucki najpierw stworzył swój poemat, a później reszta zespołu, nie dostając żadnych wskazówek interpretacyjnych do tego – bądź co bądź – skomplikowanego i rozległego tekstu, musiała ułożyć muzykę. Gdybym miała określić jednym zdaniem specyfikę wszystkich utworów, powiedziałąbym, że muzyka i wokal próbują się nawzajem prześcignąć, przez co całość jest pędzącym, nierównym muzycznym poematem, który ja osobiście łatwiej bym odczytała, gdyby był pozbawiony muzyki. Nie będę na tyle odważna, by powiedzieć, że 2005 YU55 jest płytą złą czy chocby gorszą od poprzednich dokonań Comy. Mogę się o tym albumie wypowiedzieć, ale nie czuję się na siłach, by go oceniać. Wiem, że nie poświęciłam mu należytego czasu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jest to koncept album, poemat, w którym wokalista zawarł mnóstwo przemyśleń – dotyczących, życia, przemijania, kary, spłaty, śmierci, drobiazgów prozaicznych i ogromnych części sfery życia, której nie da się opisać za pomocą namacalnych przedmiotów. Niestety moje uszy i mój umysł na ten moment nie potrafią się skupić na przekazie tego krążka – dźwiękowo nie ptrafię tego przeskoczyć. Podczas słuchania robię się nerwowa i zaczyna mnie boleć głowa. Ale wiem, że zespól włożył mnóstwo pracy w stworzenie tego albumu, bo widać to i słychać. Ja po prostu nie byłam dla niego właściwym odbiorcą. Na pewno tworzony był ten album tak, by sprawiać inny rodzaj przyjemności, którego ja akurat nie oczekiwałam.

Na koniec nie można nie wspomnieć o czysto wizualnym aspekcie albumu, a dokładnie o tym, jak został wydany. Duże, prostokątne opakowanie skrywa w sobie nie tylo porządną książeczkę z tekstami, ale także okulary, które pozwalają zajrzeć w głąb kolejnych stron, w ich głębszy wymiar – podkreślając zresztą, że kolejne teksty nie są tylko wyliczanką zwykłych rzeczy. Wydanie 2005 YU55 prezentuje się niebanalnie i robi wrażenie – co do tego nie ma absolutnie żadnych wątpliwości. Reszta niestety jest chyba nie dla mnie. Nadal jednak będę wypatrywać kolejnych albumów Comy, czekając na to, co pokochałam w ich muzyce. Albo na to aż ja zmienię podejście do ich najnowszego osiągnięcia.

Fot.: Mystic Production

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: “Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: ‘towar drugiej klasy’ na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *