„Kroniki Times Square”, sezon 1, odcinek 3 – „The principle is all”- wrażenia (ze spoilerami)

i see money

Z lekkim opóźnieniem, ale jest! Omawiamy trzeci odcinek serialu HBO – Kroniki Times Square. Standardowo już dość obficie spoilerujemy, dlatego jeśli nie mieliście dotąd okazji oglądać trzeciego odcinka – nie psujcie sobie teraz zabawy. Jeśli jednak widzieliście The principle is all – zapraszamy do lektury, tym bardziej że nasz tekst będzie dobrym przypomnieniem przed odcinkiem czwartym, który jest już dostępny na HBO GO. W dalszym ciągu jesteśmy zgodni co do jednego – ten serial przyciąga jak magnes i ma w sobie coś, co sprawia, że aż chciałoby się iść do baru zaraz po seansie! Czy jednak jest coś, w czym się nie zgadzamy? Jaką drogę obierze Abby? Jak skończy się przygoda Vincenta z mafią? Czy Frankie wreszcie wydorośleje? Jaki pomysł na siebie ma Candy? Zapraszamy do lektury!

Mateusz Cyra: Odcinek trzeci – The principle is all jest jak dotąd chyba najbardziej sennym epizodem z tych, które mogliśmy już oglądać. Niby wiele się wydarzyło, ale jakoś fabularnie nie posunęliśmy się zbytnio na przód. A może to tylko moje wrażenie? Kroniki Times Square w dalszym ciągu bronią się niesamowitym klimatem i jest w tej produkcji coś, co sprawia, że zaraz po skończeniu odcinka mam niepohamowaną ochotę, aby od razu obejrzeć kolejny. Ciekawostką niech będzie to, że reżyserem tego epizodu jest James Franco. Przejdę jednak do omówienia. Zgodnie z oczekiwaniami – Abby znalazła drogę do świata Vincenta, zatrudniając się w jego barze. Na razie ciągle jeszcze jest to stojąca lekko z boku postać, która z każdym kolejnym odcinkiem zyskuje kolejne minuty i stopniowo powiększana jest jej rola w całym serialu. Czy młoda (była już) studentka wyrośnie na pierwszoplanową bohaterkę serialu? Zobaczymy wkrótce, jednak na ten moment to jej wątek budzi najmniejsze zainteresowanie. Kompletnie inaczej jest z Candy, która na naszych oczach przechodzi coraz większą przemianę i zaczynamy coraz śmielej wchodzić z butami w jej sferę prywatną – czy to za sprawą coraz częstszych wizyt u jej synka, czy też obserwując jej narastające załamanie, spowodowane chyba chęcią wyrwania się z prostytucji i rozpoczęcia zupełnie innej drogi, która jeszcze jest dla niej zamknięta. Znakomitym przykładem niech będzie tutaj jej rozmowa z facetem, który siedzi w branży nielegalnych nagrań porno, a który nie widzi w niej na ten moment partnera biznesowego, tylko piękną buzię, spokojnie mogącą przyjąć na siebie hektolitry sztucznej spermy.

Coraz ciekawiej robi się również u braci Martino – z powodzeniem otworzyli bar, którego właścicielem został Vincent. Nie obyło się bez problemów (maszyny), jednak epizod The principle is all dobitnie pokazał, jak wielkie plecy zdobył Vince dzięki relacji z gangsterem Rudym Pipilo, który nie pozwoli sobie na to, żeby ktokolwiek poza nim samym dmuchał mu w kaszę. Nie wiem czy to tylko moje wrażenie, ale właśnie Rudy (grany przez Michaela Rispoliego) był najistotniejszym bohaterem trzeciego epizodu i to on dostał najwięcej czasu ekranowego. Cieszy mnie, że rozwijają wątek tej postaci, bo lubię ten typ bohatera i tkwi w nim spory potencjał, jeśli tylko twórcy nie pójdą w banał, ale co do tego raczej nie mam obaw. Na ten moment jest dobrze i wciąż chce się więcej!

Sylwia Sekret: Tak jak mówisz, w tym odcinku działo się chyba najmniej, a jednocześnie tuż po jego zakończeniu, mogłabym obejrzeć następny, gdyby tylko było to możliwe. Pod tym względem nie umiem wytłumaczyć samej sobie fenomenu tego serialu – niby jest sennie, niby nic się nie dzieje, a jednak ogląda się to w jakimś takim napięciu i z wielkim zainteresowaniem. Mam wrażenie, że takie wolne tempo i bardzo dużo wątków, a także kilku istotnych bohaterów na pozór niemających ze sobą zbyt wiele wspólnego, doprowadzi nas w końcu – najpewniej w finałowym odcinku sezonu – albo do jakiegoś wybuchowego momentu, albo przynajmniej do sceny, w której wątki te zaczną się bardzo ciasno ze sobą splatać, co sprawi, że w drugim sezonie będzie nieco inne tempo i inny format serialu. Może się, mylę, ale jakkolwiek by to nie zostało poprowadzone, sam klimat i aktorzy sprawiają, że tego nie da się już spieprzyć.

Watek Abby jest dla scenarzystów niezwykle istotny i widać to w każdym odcinku, jednak podchodzą do niego jakby ostrożnie… Albo inaczej – chcą abyśmy my podchodzili ostrożnie do Abby, z pewną dozą niepewności, dystansu, ale i zaciekawienia czy nawet fascynacji. Jest ona osobą najbardziej spoza, co może sprawić, że wniknie w ów świat najgłębiej. Ten odcinek jasno dał nam do zrozumienia, że pierwsza granica została już przez nią przekroczona, gdy zabrakło jej pieniędzy… Jak daleko się posunie, kiedy okaże się, że forsa może być jeszcze większa? Wiecie, skoro Candy zamierza się zająć filmowaniem, będzie potrzebowała aktorki… a coś mi mówi, że nie zadowoli się którąś ze swoich koleżanek z ulicy. Tym bardziej że – co tu dużo mówić – Abby zdecydowanie wybija się urodą na tle reszty poznanych w serialu kobiet.

Jeśli zaś chodzi o braci Martino, to ja nadal nie rozumiem, jak Vince może z taką pobłażliwością podchodzić do bliźniaka – w zasadzie spłaca jego długi, ma na karku mafiozów, a Frankie jeszcze mu utrudnia życie na każdym kroku, traktując wszystko jak przednią zabawę, niczym pięciolatek na placu zabaw. Bardzo to dla mnie dziwne… Nie wiem, mam nadzieję, że jakoś ta ich mało życiowa relacja zostanie wyjaśniona, bo to na razie jedyna rzecz, jaka nie daje mi spokoju i która mi po prostu nie pasuje.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy, która ma miejsce w każdym – jak dotąd – odcinku, ale wcześniej o niej nie mówiliśmy. Mianowicie, epizod The principle is all, tak jak poprzednie, zaczyna się od na pozór nieważnych i niezrozumiałych dialogów, których zaczynamy słuchać w zasadzie od środka, kiedy te już trwają. Zaczyna się odcinek, a my zostajemy wciągnięci w centrum dialogu, który czasami jest zabawny, a czasami kompletnie dla nas niezrozumiały – ogromnie podoba mi się ten zabieg i mam nadzieję, że taki schemat zostanie zachowany do końca, bo sprawia to, że jeszcze bardziej odczuwalne jest, jak to miasto tętni życiem, jaki panuje w nim gwar i hałas – nieważne czy w dzień, czy w nocy.

Mateusz Norek: Trudno mi nie powtórzyć po Was, że klimat tego serialu jest niesamowicie przyjemny i przyciągający. Obserwowanie otwarcia lokalu Vincenta sprawiło, że kiedy pojawiły się napisy końcowe, najchętniej sam z miejsca wybrałbym się na jednego drinka przy barze. Może w ogóle szklanka whisky to dobry trop do odpowiedniego przyswajania serialu. Chyba spróbuję – oczywiście z redaktorskiego obowiązku. Swoją drogą, skoro serial stara się pokazać wszystko tak realistycznie – naprawdę Vince mógł pozwolić sobie na zatrudnienie tak dużego personelu do bądź co bądź małej knajpki, dodatkowo jeszcze w pewnym momencie stawiając wszystkim drinki!? Choć to drugie mogę jeszcze zrozumieć, bo w końcu chodzi o zrobienie dobrego pierwszego wrażenia i wypromowanie nowego miejsca – ale sama ilość dziewczyn obsługująca klientów jest co najmniej zastanawiająca.

Mnie również przypadła do gustu postać Rudy’ego Pipilo i ogólnie większe pokazanie mafijnego półświatka dzielnicy. Początkowo byłem pewny, że będzie on obecny na ekranie tylko przy okazji kontaktów z Vincem, ale miło, że stał się on “autonomiczny”. Jego spokojny, rzeczowy charakter stoi w opozycji do temperamentu irlandzkiego gangstera, Mickey’go Spillane’a, a szczególnie jednego z jego ludzi, który podaje się za rzekomego wspólnika Vince’a, a odprawiony z kwitkiem próbuje dokonać zamachu na otwarciu lokalu. Udaremnia to kolejna nowa ciekawa postać – wielki, tajemniczy murzyn Mike. Który jest chyba narkomanem, bo nie wydaje mi się, żeby wcześniejsza scena z dilerem, kiedy pierwszy raz go widzimy, była przypadkowa.

Przy okazji ostatniego odcinka zgodnie stwierdziliśmy, że alfons Larry nie ma w sobie za grosz klasy i źle traktuje swoją prostytutkę Darlane (nie, żeby inne dziewczyny miały lepiej, w pilocie widzieliśmy, do czego zdolny jest wobec kobiet CC), a tu proszę, w tym odcinku epizodzie pokazał ludzką twarz, do tego okazało się, że zna się na filmach. CC natomiast nadal miesza w głowie Lori , tym razem naciskając na nią, by załatwiła sobie więcej stałych klientów, co ma być najbardziej dochodowe. Trudno mi rozgryźć, co o tym wszystkim myśli dziewczyna, bo oprócz sytuacji z fałszywym policjantem, kiedy widać było u niej przerażenie, nie okazuje specjalnie emocji i tylko potakuje. Wydaje się pewna siebie i znająca pracę na ulicy, ale coś mi mówi, że to tylko pozory i w środku jest bardziej zagubiona niż naiwna i nieco infantylna Darlane.

Miło widzieć na ekranie więcej Abby, bo w drugim odcinku była przecież praktycznie nieobecna. Po kilku mało udanych próbach podjęcia zatrudnienia trafia do Vincenta i trudno nie odnieść wrażenia, że między nimi coś iskrzy. Nie widzę jednak Abby w roli aktorki porno, jakoś nie pasowałaby mi aż tak duża przemiana tej postaci… choć może faktycznie tak będzie i scenariusz będzie w stanie pokazać nam to w wiarygodny sposób.

Myślę, że po tych trzech odcinkach dość wyraźnie widać, w jaką stronę zmierzają Kroniki Time Square, i z całą pewnością mogę napisać, iż nie jest to serial dla każdego. Jestem przekonany, że dla wielu widzów akcja będzie zbyt leniwa i mało interesująca, bo większość produkowanych obecnie seriali stawia na coś zupełnie przeciwnego – z jak najbardziej zaskakującymi cliffhangerami na czele.


Kroniki Times Square obejrzycie na kanałach HBO oraz w serwisie HBO GO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *