Krwawo, z humorem i w ciągłym napięciu – Edgar Wright – „Baby Driver” [recenzja]

Baby Driver

Baby Driver to jeden z tych filmów, które po zwiastunie nie zapowiadają się szczególnie obiecująco i w zasadzie przechodzą bez większego echa, a – jak się okazuje po seansie – niekoniecznie powinny. Nie spodziewając się niczego szczególnego, zasiadłam w kinowym fotelu, moszcząc się w miarę wygodnie i rozkoszując klimatyzacją w jeden z najbardziej upalnych dni tego lata. I nie przeszkadzałoby mi zbytnio, gdyby okazało się, że będzie to największa zaleta tego seansu. Pierwsze sceny były niczego sobie, ale też nie porwały mnie ani nie wbiły we wspomniany fotel. A później? Później było już tylko lepiej…

Tytułowy Baby to bohater wyjątkowy, bo narracja dopasowana jest bardzo wyraźnie do niego. To jego postać narzuca rytm zarówno widzom, jak i światu przedstawionemu, który go otacza. Słuchawki tkwiące mu niezmiennie w uszach nie są jedynie elementem dekoracyjnym lub budującym charakter postaci. Są jego tarczą, jego talizmanem i nawiązaniem do jego przeszłości. Młody mężczyzna nie rusza się bez swoich iPodów w liczbie widzowi konkretnie nieznanej (acz zapewne imponującej; podobnie sprawa ma się z okularami przeciwsłonecznymi), z których sączy się muzyka w gatunkach przeróżnych. Powód tego zostaje wyjawiony dość szybko, zarówno z ust samozwańczego szefa głównego bohatera, jak i za sprawą retrospekcji, które ukazują nam strzępek tragedii, jaką przeżył Baby za młodu. W wypadku, w którym jego słuch został uszkodzony, zginęła jego matka i ojciec, choć to tę pierwszą wspominać będzie ze łzami w oczach. Po wypadku mężczyźnie towarzyszą szumy w uszach, które łagodzi właśnie ciągłe odtwarzanie muzyki. Baby traktuje więc ją jak lekarstwo i magiczną barierę, za którą się chowa, przebywając wtedy w innym, lepszym świecie. Drugim lekarstwem jest dla niego jazda samochodem. Baby, to – cytując – szatan za kółkiem i w tym stwierdzeniu nie ma krzty przesady. Nie ma się więc co dziwić, że kiedy Doc – szef miejscowej mafii, która zajmuje się niebezpiecznymi napadami – odkrył przypadkowo jego umiejętności, postanowił wplątać go w swoją działalność, wmawiając chłopakowi, że ma u niego do spłacenia dług. Baby jest więc kierowcą podczas wszelkich napadów, a jego zadaniem jest każdorazowo w szaleńczym pościgu zgubić policję i dowieźć bezpiecznie w umówione miejsce członków napadu wraz z bezcennymi łupami. Powoli zbliża się do ustalonej “ostatniej misji”, po której mają być kwita, ale przecież układy z mafią, nigdy nie kończą się po ostatniej misji, prawda?

W międzyczasie, gdzieś pomiędzy napadem a opiekowaniem się schorowanym, głuchoniemym przybranym ojcem, Baby zakochuje się. Wybranką jego serca jest Debora, kelnerka w jednej z miejscowych knajp, w której od lat przesiaduje młody kierowca. I trzeba twórcom przyznać, że ten wątek wypadł bardzo naturalnie i ciekawie, a pomiędzy postaciami faktycznie czuć było napięcie i chemię. Obydwoje na tyle dziwni, by przypaść sobie do gustu, i na tyle sympatyczni, by widz im kibicował. W tego typu (i nie tylko) filmach wątki miłosne bardzo często tchną nudą, banałem i nierzadko wręcz żenadą, jednak w filmie Edgara Wrighta tego nie ma. I choć uczucie tych dwojga rozwija się szybko, to widz nie ma problemu z tym, by w nie uwierzyć. Tym bardziej że łączy ich przecież tak wiele – obydwoje kochają muzykę, obydwoje stracili najbliższych sobie ludzi, obydwoje marzą o tym, by wsiąść w samochód i pognać w nieznane.

Jednak taka podróż z ukochaną nie będzie dana naszemu bohaterowi szybko, bo Doc ma dla niego kolejną propozycję nie do odrzucenia. Tym razem chodzi o zrabowanie znajdującego się w centrum miasta budynku poczty. Przygotowania do akcji trwają, a Baby bardziej niż samym faktem napadu martwi się dwoma członkami ekipiy Doca, którzy swoją impulsywnością i brutalnością mogą wpakować ich w niewyobrażalne kłopoty. Buddy i Bats, choć mają skrajnie różne charaktery, są równie niebezpieczni. Buddy to twardziel o niebezpiecznym wzroku, ale znajdują wspólny język, słuchając utworu grupy Queen. Jednak Bats to zupełnie co innego – impulsywny, agresywny, narwany i chętny do bitki… To o jego obecność Baby martwi się najbardziej. A jednak napad musi się odbyć, a kierowca to bardzo ważny czynnik w jego powodzeniu… Baby kolejny raz będzie musiał narażać nie tylko swoje życie i krzątać się w świecie, do którego nie należy, mając nadzieję, że nie narazi na szwank żadnej z osób… na których mu zależy.

Czym byłby film akcji, którego głównym bohaterem jest szatan za kółkiem, bez efektownych pościgów samochodowych? I trzeba przyznać, że Baby Driver daje naprawdę niezły popis pod tym względem, a akcje na autostradzie czy w wąskich uliczkach ogląda się bardzo dobrze. I choć filmu Wrighta mimo wszystko nie nazwałabym komedią, to elementy humorystyczne, jeśli już się pojawiają, są naprawdę smaczne i wywołujące uśmiech na twarzy, a nie zażenowanie lub wymuszony śmiech. Kilka razy mamy także do czynienia ze scenami, które nie mają być zabawne, ale wywołują uśmiech poprzez smak i gust, z jakim zostały pomyślane i nakręcone. Tak jest na przykład ze sceną w pralni, gdzie Deborah i Baby wybrali się na pierwszą “randkę”. Mając po jednej słuchawce w uchu, przesuwają się obok siebie tak, by uniknąć całkowitego zbliżenia, ale jednocześnie pilnując, by żadnemu nie wypadła słuchawka z ucha – dzięki temu, choć oni jedynie wykonują praktyczne ruchy, widz obserwuje osobliwy taniec nieśmiałych zakochanych. Na uwagę zasługują jednak również sceny pełne napięcia i akcji, w których nie spodziewałam się aż takiej dozy krwi i brutalności. Delikatność niektórych scen, małomówność głównego bohatera i jego introwertyczność, a także gustowny wątek miłosny nie zapowiadały aż takiej jatki, co jednak sprawia, że film ogląda się z nieskrywaną przyjemnością, w ciągłym napięciu i momentami wręcz bojąc się o życie głównego bohatera.

Historia opisana w Baby Driver niezwykle angażuje, wciąga i – powtórzę raz jeszcze – trzyma bardzo mocno w napięciu. Kiedy już myślimy, że wartka akcja się za moment uspokoi, a my i bohaterowie odetchniemy – dzieje się coś wręcz odwrotnego, akcja przyspiesza i gna do przodu jeszcze bardziej. I choć nie obyło się bez kilku (chyba tylko dwóch) rozwiązań fabularnych, które nie do końca przypadły mi do gustu ze względu na swoją małą wiarygodność, to trzeba przyznać, że na duży plus zapisuje się finał filmu. Przez moment zwątpiłam co prawda w realizm twórców i już myślałam, że otrzymamy na zakończenie nieprawdopodobne, ale jakże amerykańskie rozwiązanie, jednak po chwili odetchnęłam z ulgą. Baby Driver to bardzo dobre kino, z aktorstwem na poziomie, świetną ścieżką dźwiękową, która towarzyszy głównemu bohaterowi, jak i nam, i do której został dopasowany rytm filmu, a także zaskakująco brutalnymi i krwawymi scenami, których – jak to określił po seansie mój partner – nie powstydziłby się nawet Tarantino.

Skoro wspomniałam już o aktorstwie, to wypadałoby rozwinąć ten temat, zwłaszcza że w Baby Driver zagrało kilku naprawdę ciekawych aktorów. W tytułowego Baby wcielił się znany z filmu Gwiazd naszych wina Ansel Elgort. Nie widziałam go w innych filmach, dlatego nie mam porównania, ale trzeba przyznać, że w dziele Wrighta spisał się świetnie, kreując dość nietypową, ale charakterystyczną postać. Udało mu się bardzo dobrze ukazać kontrast postaci, która za kółkiem jest pewna siebie, precyzyjna i nieomylna, a poza wnętrzem samochodu robi się niezdarna, odrobinę nieśmiała i jakby przygaszona. Partnerująca mu Lily James, czyli filmowa Debora, nie miała co prawda zbyt wiele do pokazania, ale przyzwoicie odegrała swoją rolę, przede wszystkim grając naturalnie i tworząc sympatyczną, nieprzerysowaną postać. Kevin Spacey w roli Doca wypadł całkiem nieźle, ale dostał tak naprawdę niewiele czasu ekranowego, aby zachwycić swoją postacią. Natomiast Jamie Fox, czyli filmowy Bats, a także Jon Hamm, czyli Buddy, wypadli rewelacyjnie, kreując bardzo charakterystyczne, zapadające w pamięć postaci, obok których nie da się przejść, nie żywiąc do nich absolutnie żadnych uczuć. Szkoda natomiast, że Jon Bernthal pojawił się na ekranie tylko na chwilę, bo jego rola również mogła wejść do czołówki najlepszych. Śliczna Eiza González spisała się natomiast poprawnie i nic więcej.

Baby Driver to zaskakująco dobry i trzymający w napięciu film, który, kiedy już się rozkręci, nie pozwoli swojemu widzowi na nudę. Świetnie nakręcony, pędzący na złamanie karku, bardzo dobrze zagrany i oparty na świetnych utworach muzycznych przykuwa do fotela i nie pozwala nawet myśleć, ile już trwa seans. Co również ważne, tytułowa postać została wykreowana z dbałością o szczegóły i przeszłość, dzięki czemu dość szybko zapałamy do niej sympatią i będziemy jej kibicować. Co więcej, może się zdarzyć również tak, że – mimo świadomości, że to tylko film – będziemy drżeć o losy młodego mężczyzny i bardzo mocno trzymać za niego kciuki, licząc, że wyjdzie cało z kolejnych opresji. Dzieło Wrighta to zatem świetnie wyważone połączenie filmu akcji z nielicznymi, ale udanymi elementami komediowymi, zaskakująco krwawymi i brutalnymi scenami, ale także ciekawym tłem obyczajowym, na którym obserwujemy dramat głównego bohatera. Warto zobaczyć, bo czas minie nam niezwykle szybko, przyjemnie i w ciągłym napięciu.

Fot.: United International Pictures

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *