Pod presją perfekcji – Adele – “25” [recenzja]

Jej poprzedni album sprzedał się w ponad trzydziestu milionach egzemplarzy, pierwszy singiel z najnowszego – wydanego cztery lata od premiery hitowego 21 – już pierwszej doby od momentu pojawienia się w sieci osiągnął wynik prawie (to chyba jej szczęśliwa liczba) trzydziestu milionów odsłon, a po pięciu dniach było to już ponad sto milionów, bijąc wszelkie rekordy popularności. W międzyczasie (od poprzedniej płyty do tej właśnie omawianej) zdobyła Oscara za utwór Skyfall będący częścią ścieżki dźwiękowej do kolejnych przygód Jamesa Bonda. Trzeba by chyba mieszkać pośrodku amazońskiej dżungli lub w igloo gdzieś na skutej lodem północy, by imię Adele nie obiło się o uszy. No i stało się, cztery lata czekania, ale otrzymaliśmy nowy krążek brytyjskiej wokalistki. Tylko jak ocenić (jak go słuchać?) album, który jeszcze przed premierą zyskał status kultowego? Wielka presja i ogrom oczekiwań ciążyły na Adele… czy poradziła sobie z nimi? Czy pozostała sobą? Moim skromnym zdaniem, odpowiedź na te pytania brzmi: TAK.

Urodzona w Londynie 27-letnia Adele Adkins nigdy nie miała w planach zostać gwiazdą, nie wygląda (o czym zresztą niejednokrotnie wspominała w wywiadach) jak muzyczne celebrytki z okładek bulwarowej prasy, nie czuje się idolką. W zasadzie wydawało się że samo 25 nigdy nie powstanie, z uwagi na to, że zaskoczona nagłą popularnością Brytyjka, nie potrafiła sobie z nią poradzić. Jako że daleko jej do bycia osobą wielce medialną, przygniotło ją śledzenie każdego jej kroku przez paparazzi, opisywanie każdego detalu jej życia prywatnego, każdego wyjścia na zakupy. W pewnym momencie piosenkarka powiedziała wprost, że kończy z muzyką. Na całe szczęście tak się jednak nie stało i po kilku latach odrzucania kolejnych kompozycji, z których nie była zadowolona, otrzymaliśmy płytę, którą złośliwi mogą nazwać kalką bądź powtarzaniem schematu; prawda jest jednak taka, że 25 wyróżnia się w dyskografii Adele zarówno dojrzałością, rozmachem, a także różnorodnością nagranego materiału. Rzecz jasna nadal jest to pop czy bardziej soul-pop, więc co zrozumiałe, nie można się spodziewać nie wiadomo jak górnolotnych tekstów (choć i tak wychylają się przed szereg w porównaniu z dokonaniami większości innych gwiazd tego gatunku), a i w kwestii muzyki nikogo nie powinno dziwić, że większość utworów na płycie to spokojne, kojące kawałki, które uratują niejedną romantyczną randkę, jednak są tu i momenty żwawsze, których na poprzednich 19 oraz 21 w zasadzie próżno było szukać. No ale po kolei…

Hello, it’s me. I was wondering if after all these years you’d like to meet. Tymi słowami zaczyna się najnowsza płyta Adele, są to bowiem pierwsze wersy bijącego rekordy popularności singla Hello, który – co chyba oczywiste – zdobył pierwsze miejsca list przebojów w kilkunastu krajach, w tym listy Billboardu. Trzeba przyznać, że wybór promującego krążek singla jest dość bezpieczny, ponieważ otrzymujemy tu wszystko to, z czego piosenkarka zasłynęła – subtelne zwrotki, które im bliżej refrenu, tym bardziej przyspieszają tempo, by ostatecznie pozwolić zdobywczyni Oscara popisać się niesamowitym wokalem. Co ważne, już na samym początku dostajemy sygnał, w jakim tekstowo kierunku zmierzać będzie 25 – to rozliczanie samej siebie z przeszłości, branie winy na siebie. I tak będzie (w większości) aż do samego końca albumu. Wielkim zaskoczeniem jest natomiast Send My Love (To Your New Lover), czyli utwór numer dwa, i choć prywatnie jest to dla mnie drugi najlepszy kawałek na płycie, to właśnie on wzbudzi prawdopodobnie najwięcej kontrowersji wśród krytyków muzycznych. Dlaczego? Ano dlatego, że Send Me Love to … wesoła Adele! No, może nie tak wesoła, jak potrafią być Rihanna czy Taylor Swift, jednak jak na Adele brzmienie jest tu zaskakujące i aż bije pozytywną energią. Wielu prawdopodobnie zarzuci, że to nie jest Adele, że to do niej nie pasuje, lecz według mnie pasuje idealnie, pokazując przy okazji, że imię Adele nie musi się równać zawsze sentymentalnym balladom. Chwilę po tym weselszym momencie „wracamy na ziemię” i dostajemy co? Rzecz jasna coś balladowego, coś, co z łatwością podbiłoby każdą listę przebojów (i tak zapewne będzie, jeśli zostanie singlem), coś, co na chwilę obecną jest moim numerem jeden z najnowszego krążka – I Miss You. Ciężka (jak na te warunki) partia perkusji na pierwszym planie, miód na uszy w postaci chórków w tle, no i ten wokal, mocny, może ciut siłowy, ale tak właśnie należało to zrobić. W mojej ocenie jest to hit pokroju Rolling In The Deep! Czwarty w kolejce When We Were Young to z kolei drugi – po Hello – singiel promujący najnowszą płytę i tego akurat zrozumieć nie mogę. Niestety – według mnie – nie był to najlepszy wybór, a sam utwór może nie jest wcale taki zły, jest jednak zbyt schematyczny i troszkę męczący, a w ogólnym rozrachunku jest to w końcu jedna z najsłabszych produkcji na całym 25. Kolejne trzy utwory – Remedy (też z potencjałem na promocję albumu), Water Under The BridgeRiver Lea jak cała płyta mają swój urok, jednak śmiem twierdzić, że stanowią one słabszy fragment 25. Proszę nie mylić jednak ze „słaby”, gdyż niejedna wokalistka mogłaby tego materiału pozazdrościć. Remedy oraz Water Under The Bridge odwołują się do stylistyki lat 80.; trochę soulu, oszczędny aranż – właśnie to w nich znajdziemy,a co za tym idzie, one znajdą swoich odbiorców i fanów. W ostatnim z wymienionych króluje bas i, nie żeby to on miał z tym coś wspólnego, ale kawałek sam w sobie specjalnie do gustu mi nie przypadł. Po tej chwili „słabości” nadchodzą Love In The Dark oraz Milion Years Ago, kolejne (po rewelacyjnym początku) numery, które zachwycają. Oba tracki są balladami i o ile wspierane smyczkami Love In The Dark jest po prostu miłe (i to bardzo) dla ucha, o tyle w Milion Years Ago zakochałem się już od pierwszego odsłuchania i obok I Miss You oraz Send Me Love, zaliczam numer dziewięć z najnowszej płyty Adele do ścisłej czołówki całego zaprezentowanego materiału. Pomimo już kilku ballad, ten utwór jest zdecydowanie najspokojniejszy, najbardziej sentymentalny, najmniej skomplikowany; a jednak w tej prostocie (przy akompaniamencie gitary) tkwi siła! Ostatnie dwie propozycje z „nowej Adele” to All I Ask oraz Sweetest Devotion. Pierwszy – powiedzmy sobie szczerze – jest nieco przesadzony. Fortepiany, stylistyka à la Whitney Houston i dużo, dużo, dużo… wszystkiego. Niestety zbyt dużo, a wszystko wieńczy nienajlepszy, nazbyt dramatyczny tekst. Na szczęście, zamykające całość Sweetest Devotion to kolejna perełka i kolejny zaskakujący kawałek. Jest żwawiej, jest szybciej, jest… bardziej country. I choć można się spierać, czy brak smutku jest wokalistce do twarzy, to mnie ten kawałek przekonuje, pokazując, że bardziej skoczne (jak na Adele) momenty nie stanowią tu zgrzytu, a miłą odmianę.

25 to płyta, która z pewnością odniesie ogromny sukces komercyjny i choć – jak zwykle – znajdą się głosy, że będzie to wynikiem tylko i wyłącznie marki, samego nazwiska, to zgodzić się z tym nie mogę. Oczekiwania i presja wywarta na młodej wokalistce były przeogromne, prawdopodobnie największe w stosunku do jakiejkolwiek innej gwiazdy muzycznego świata na przestrzeni ostatnich kilku lat, a co za tym idzie, znajdą się i tacy, którzy będą wytykać błędy (?) czy powtarzalność. Tak jednak nie jest – Adele posiada głos, który jest dla niej zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, z tego chociażby powodu, że zamyka ją w pewnych – powiedziałbym – ramach, jak pokazuje jednak najnowszy krążek, sama artystka nadal się rozwija, próbuje nowych rozwiązań, a fakt, że w tym z czego ją znamy, jest już niemal perfekcyjna i ciężko żądać wiele więcej, w żadnym wypadku nie powinien negatywnie rzutować na odbiór najświeższego jej dzieła, wręcz przeciwnie. Całość – pomimo niewielkich minusów – prezentuje się znakomicie, a piosenkarka wraca tam, gdzie jej miejsce – na sam szczyt.

Fot.: SONIC Records

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *