Książki,Muzyka,Recenzje

To nic niezwykłego… – Tom Jones – „Na szczyt i z powrotem. Autobiografia” [recenzja]

tom jones
tom jones

Toma Jonesa nie trzeba nikomu przedstawiać. Twórca ponadczasowych, niezapomnianych hitów, takich jak It’s Not Unusual, Delliah czy Sex Bomb postanowił spisać wspomnienia ze swojego życia i wydać je w formie autobiografii. Tom Jones chyba nie mógł sobie dobrać lepszego tytułu do opowieści o sobie, jak zdanie Na szczyt i z powrotem, które idealnie oddaje charakter jego kariery.

A przez długi czas nie zapowiadało się, że Tom Jones ucieknie od statusu członka klasy robotniczej. Wydawało się, że jego życie zostanie na zawsze naznaczone walijskim pochodzeniem z małej górniczej miejscowości. Wielka Brytania lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, lecząca wojenne rany i łatająca leje po niemieckich bombach z czasów II Wojny Światowej, nie była dobrym miejscem do dorastania. Ludziom doskwierała bieda, a choroby takie jak gruźlica, na którą chorował w młodości Tom, nie były niczym wyjątkowym. Warunki edukacyjne też nie były do pozazdroszczenia, więc jeśli nie byłeś zdolny i nie nadawałeś się do szkoły średniej, musiałeś w wieku lat piętnastu iść do pracy i taki los spotkał Toma. A on sam sobie skomplikował życie, gdy spłodził syna ze swoją wielką miłością – Lindy. Miał wówczas szesnaście lat. Rozpoczął wówczas dorosłe życie, jak najbardziej na serio.

Nic nie zapowiadało wówczas, że Tom stanie się gwiazdą popu. Zasadniczo młody Jones niespecjalnie przejawiał talent muzyczny, a samą muzyką zajmował się i interesował raczej pobieżnie. Jego potężny głos, niczym kościelny dzwon, był jeszcze niedostępny dla otoczenia. Miało to się jednak zmienić. Tom z początku nieco nieśmiało zaczął występować publicznie, najpierw spontanicznie podczas zabawy w pubach, potem na lokalnych salach, aż w końcu założył zespół Tony Scott and The Senators. Szybko zdobyli oni popularność w Walii i postanowili czym prędzej wyjechać do Londynu. Jakimś cudem Tom podpisał kontrakt z Deccą, która tym razem się nie pomyliła (odrzucili Beatlesów, a później nie zauważyli potencjału w… Queen). Pierwszy singiel przepadł, lecz drugi, It’s Not Unusual z miejsca stał się hitem, zapewnił artyście statuetkę Grammy i uplasował Jonesa w gronie gwiazd pokroju Paula Anki, Beatlesów czy Franka Sinatry.

Trudno nie zapałać sympatią do Toma, czytając jego autobiografię. Jak na gwiazdę muzyki jest zaskakująco spokojnym i ułożonym człowiekiem, pewnym swojej wartości, twardo stąpającym po ziemi, co niewątpliwie było spowodowane dosyć ponurym dzieciństwem w Walii, do którego jednak po latach Tom wraca z sentymentem. Piosenkarz prowadzi nas przez swoje życie, zahaczając głównie o jego najważniejsze oraz powszechnie znane wątki i trochę jego opowieść czyta się jak kronikę – nie ma w niej błysku, elementu zaskoczenia. Duża część opowieści to historia Toma z czasów, zanim stał się sławny. Od dzieciństwa, po okres przyspieszonego dorastania, po pierwsze sceniczne sukcesy. W tym miejscu Tom skupia się na swoim życiu, otoczeniu, chętnie opowiada o swojej miłości życia, czyli Lindzie, jakby nie miał nic do ukrycia. I tutaj właśnie jest najciekawiej. Pisząc o czasach po roku 1965, Tom rzadko kiedy dotyka spraw osobistych, skupia się na swojej karierze, najpierw scenicznej, potem telewizyjnej.

Tom potrafi trzeźwo i szczerze ocenić siebie z tamtych czasów. Wypomina sam sobie na kartach autobiografii własną frustrację, iż od 1971 roku aż do 1987 kompletnie nie mógł stworzyć hitu, a z artysty pierwszoplanowego stał się jednym z wielu, który aby walczyć o przetrwanie, musiał zniżać się do zwykłego, muzycznego wyrobnika, zmuszonego grać koncerty gdzieś na amerykańskiej prowincji. Zaskakujące, że dopiero nowe pokolenie, wychowane na MTV, doceniło artystę i jego single z roku 1987, czyli A Boy From Nowhere z musicalu Matador i cover Prince’a, czyli Kiss. Lata dziewięćdziesiąte, a szczególnie ich końcówka, to powrót do muzycznego mainstreamu, dzięki albumowi Reload i fantastycznemu przebojowi Sex Bomb. Tom znowu był wielki. Między innymi właśnie dlatego warto sięgnąć po tę autobiografię – aby prześledzić powolny powrót Toma na szczyt, jego upór, zaangażowanie w to, aby nie stracić tego, co osiągnął przez lata.

Opowieść Jonesa to też spojrzenie na świat muzyki popularnej z nieco innej perspektywy niż ma to miejsce przy większości rockowych biografii – począwszy od gatunku, po samą osobowość i charakter Toma, który stronił od skandali, a przez lata dbał, aby jego PR był w miarę możliwości nieskazitelny. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale dotychczas odnosiłem wrażenie, że Tom Jones z czasów wielkiej sławy był niezłym ziółkiem. Był symbolem seksu, zdarzało mu się skoczyć w bok oraz zaliczyć romans i nie jest to żadną tajemnicą. No cóż, Tom Jones na łamach autobiografii nieco się wybielił, pewne sprawy przemilczał, a niektóre okresy z jego kariery spowija mgła zapomnienia. Jego opowieść, jego sprawa, jednakże dla mnie ta autobiografia niekoniecznie jawi mi się w stu procentach jako szczera i autentyczna. Doceniam gorzką samoocenę Toma odnośnie jego gorszych momentów w karierze, mam jednak wrażenie, że wielu spraw nie wyjaśnił lub nie dopowiedział. Na szczęście nadrabia on braki lekkim piórem i ciętym, walijskim poczuciem humoru. Książka ma w sobie wiele smaczków, jak chociażby możliwość obserwacji, jakim człowiekiem prywatnie był Elvis Presley, z którym Toma łączyły więzi przyjaźni.

Niemniej jednak warto sięgnąć po tę opowieść, szczególnie jeśli ktoś kocha głos Toma i jego fantastyczne w każdym calu piosenki.

Fot.: Wydawnictwo Sine Qua Non

Avatar

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub pozar.j@gmail.com

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!