Stulecie Winnych. Początek

Winni Wiekopomni – Ałbena Grabowska – „Stulecie Winnych. Początek”

Powieści historyczne dostarczają to, czego nie są w stanie dostarczyć inne książki. To skrawek przeszłości, który ubarwia teraźniejszość. To realizm, szczerość, miłość i strach, pokazane takimi, jakimi są naprawdę. Nie ukrywam, że to gatunek, który nigdy mnie nie zawodzi i niezmiennie wypełnia jakąś taką dziurę w moim czytelnictwie. Tym razem jest to zasługa pisarki (z wykształcenia lekarki!), Ałbeny Grabowskiej i jej książki Stulecie Winnych. Początek. 

Fabuła książki skupia się na początkach dekady historii rodu Winnych – rodziny z podwarszawskiego Brwinowa. Są to ludzie najbardziej zwykli, jak tylko to słowo jest w stanie ich określać. Historię w książce rozpoczynają rozterki przedmałżeńskie młodej dziewczyny. Nie zapominajmy, że małżeństwo to stan błogosławiony, a dzieci to rzecz święta. Każda z młodych dziewcząt obawiała się o swoje, w dosłownym znaczeniu „rodzicielskie umiejętności” – kobieta bez dzieci znaczyła mniej.

Dziś ostatni panieński ranek, dziś odda ją mężowi, dziś nie wróci do domu, dziś należeć będzie do kogo innego.

Czytając, bardzo często przenosimy się od jednego członka rodziny do drugiego, szczególnie z uwagi na to, że rodziny w owych czasach były wielodzietnie. Dzieci nigdy nie było za dużo, a o każdego członka rodziny należało dbać, nie ważąc na jego przeszłość, obycie czy niepochlebny charakter. W tym miejscu ciężko się do tego przyznać, ale kibicowałam każdej postaci, niezależnie od jej motywu. Pobudki złe czy dobre… Chcę wszystko! Stulecie winnych. Początek czytało mi się tak dobrze, że każda kolejna strona prosiła się o przeczytanie i przewrócenie. Niektóre sytuacje były jednak tak przykre, że aż wpływało to na mój nastrój. Kreacje postaci są bardzo dopracowane i zdumiewająco przemyślane. Każda z nich miała swój charakter i mogłaby opowiedzieć swoją własną historię, punkt widzenia.

Historia dzieje w czasie Polski pod zaborami. Brwinów zaś jest prostą wsią, w której wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Co więcej, ludzie są prości, niedouczeni i często w najmniejszym stopniu niewykształceni – zaborca bardzo o to dba…

– Proszę bardzo – powiedział wręczając jej jakieś pisma.

– Nie umiem czytać – wyznała z prostotą, a mężczyzna zmieszał się.

– Przepraszam, nie sądziłem, że… – zauważyła, że na to spotkanie uczesał się starannie, poprawił przedziałek, tak że teraz znajdował się na samym środku czoła. Wąsy miał wyczesane, starannie przycięte i pociągnięte pomadą.

– Umiem trochę, ale takich papierów nie przeczytam – wyjaśniła, bo się jej go żal zrobiło, że taki zmieszany.

– Podpisała pani jednak tamtą umowę – zauważył.

– Potrafię się podpisać – nużyła ją ta rozmowa.

I kolejny cytat:

 – Babom w polu i domu nie potrzeba czytania.

Stulecie Winnych. Początek ma miejsce w czasach, w których wszystkie problemy powierza się Bogu, a ludzkie nieszczęście to próba człowieczeństwa. Postaci błądzą między siłami dobra i zła oraz, nierzadko, przesądów.

– Nie bałaś się go karmić, skoro to niczym szatański pomiot miał być? – burknął ojciec. Matka pokręciła głową.

– To Dominikowa tak mówiła. Dla mnie panicz wyglądał jak każdy dzieciak.

Do ogromnych zalet książki, z pewnością zaliczyć można bardzo realistycznie pokazane sytuacje życia codziennego. Stulecie Winnych. Początek bardzo zaskakuje i trzyma poziom od pierwszego do ostatniego zdania. Nie da się nawet wskazać najlepszego momentu w książce, po prostu fenomen. Co do samego realizmu… Książka jest zatrważająco brutalna – przy czym nie jest to żaden horror dzisiejszej definicji. To życie w brwinowskiej wsi, które nie jest lekkie tak dla najmłodszych, jak dla najstarszych jej mieszkańców – ludziom dzieją się wcale niemałe krzywdy… Zdarzyło mi się nawet gwałtownie usiąść z zaskoczenia. Obecny świat jest dziwny. Trudny. Bezlitosny… Ale czy nie lepszy niż kiedyś?

Bardzo ciekawym zabiegiem jest także częste ukazywanie jakiejś postaci przez pryzmat przeszłości lub przyszłości. Pomaga to bardziej wczuć się w konkretną sytuację, a także buduje współczucie dla bohaterów. Język powieści jest stylizowany na starodawny, ale pozostał przy tym czysty, klarowny i kwiecisty. Książka jest chwilami bardzo wzniosła:

– Kiedy panienka czesze się w koronę, to jakby prawdziwą koronę na głowie miała – (…) a ona się zakochała w tych słowach, bo zawsze słowa kochała i tylko te dobre sprawiały, że coś czuła.

Nie są to już czasy podobne naszym, ale może i w naszych czegoś byśmy się mogli nauczyć.

Do pozostałych zalet zaliczę to, że obecne wydanie Stulecia Winnych. Początek ma przyjemnie gruby papier i udało mi się z trudem wyłapać jeden czy drugi błąd stylistyczno-językowy. Ortomaniacy na pewno się nie zawiodą.

Okładka książki ma niesamowity klimat. Widać na niej pole przykryte fioletowym wrzosem i samotne drzewo z boku natomiast, ponad nimi krążą ptaki, sunąc po zachmurzonym niebie, przez które to przedzierają się promienie słońca. Gdy się na to patrzy, aż słyszy się trzepot skrzydeł i ptasie zawodzenie, a skóra jest ciepła, niczym oblana słońcem. Całą uwagę skupiają na sobie portrety rodzinne objęte grubą, złotą ramą – obciążają okładkę, ale swoje robią.

Podsumowując: Stulecie Winnych. Początek to tak naprawdę pierwsze kroki w rodzie Winnych – sama książka została wydana po latach od pierwszej części (jest to, tzw. część 0.5). Myślę, że pozycja stanowi wspaniały wstęp do poznania czegoś pięknego. Winni to ludzie prości i nic co ludzkie, nie jest im obce. Ałbena Grabowska nie wstydzi się pisać o tym, co każdy robi w swoim domu. Winni niosą ból, ból i jeszcze raz ból, ale i cieszą się z rzeczy małych radością, której w obecnym świecie nie ma przy rzeczach największych.

Czytelników pozostawiam z cytatem, który mnie urzekł:

Ale co jeśli w nazwisku, Winny, było zawarte ostrzeżenie dla niej?

Fot.: Zwierciadło

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.