Filmy,Recenzje

Upadek Boga – Asif Kapadia – “Diego” [recenzja]

Diego
Diego

W ostatnim czasie w polskich kinach relatywnie często obejrzeć możemy dokumenty biograficzne poświęcone wielkim postaciom szeroko pojętej kultury masowej. Tego lata, mimo sygnalizowanej już przeze mnie na łamach Głosu Kultury mizerii repertuarowej, tych okazji jest zaskakująco sporo. W repertuarach kin jest obecny obraz Świadkowie Putina, w sierpniu natomiast na wielkim ekranie będziemy mieli okazję zapoznać się z bogatym życiorysem Luciana Pavarottiego oraz z historią żeglarskich zmagań pierwszej kobiecej drużyny na trasie regat Whitbread Round the World Race zobrazowaną w filmie Maiden. Zwłaszcza ów ostatni wymieniony wyżej film jest symptomatyczny w kontekście omawianego w tym tekście obrazu Diego, albowiem oba dzieła poświęcone są różnym obliczom sportu wyczynowego.

Diego, którego oryginalny tytuł jest bardziej dosłowny i unika niedomówień co do tożsamości bohatera – brzmi po prostu Diego Maradona – zamyka trylogię Asifa Kapadii, na którą składają się też dokumenty SennaAmy. Ostatnia część tryptyku jest w tym ujęciu o tyle wyjątkowa, że dotyczy osoby wciąż żyjącej i z owych trojga protagonistów najbardziej uniwersalnej i rozpoznawalnej. Reżyser nieprzypadkowo realizuje film o legendzie futbolu w czasach masowej produkcji sezonowych i epizodycznych gwiazd oraz gwiazdeczek. Za jakiś czas nikt nie będzie pamiętał o influencerach, Diego Maradona pozostanie natomiast ikoną po wsze czasy.

diego futbool

Twórca pozostaje wierny raz przyjętej przez siebie metodzie. Eliminuje typowe dla dokumentalistyki tzw. gadające głowy, a tym samym komentarze sprowadza do głosów z offu. W rezultacie uzyskuje spójną narrację, która nie jest przerywana statycznymi momentami. Materiały użyte przez Kapadię, a następnie dynamicznie zmontowane, możemy stypizować według trzech kategorii: fragmenty meczów (odpowiednio stunningowane wraz ze zgranymi w postprodukcji efektami dźwiękowymi, których kibic nie uświadczy podczas zwykłej transmisji telewizyjnej, z zachowaną charakterystyczną fakturą zdjęć), telewizyjne materiały publicystyczne oraz najcenniejsze w tym wszystkim nagrania z domowego archiwum piłkarza. Mimo że tych pierwszych ujęć jest tutaj relatywnie dużo, to jednak Diego paradoksalnie nie staje się przez to dokumentem o sporcie, przynajmniej nie w technicznym znaczeniu. Nie ma zatem obaw, że film zainteresuje wyłącznie zagorzałych kibiców, do których piszący tę recenzję, oglądający mecze jedynie okazjonalnie, się nie zalicza. Nie jest też punktem kulminacyjnym obrazu słynna bramka strzelona przez Maradonę ręką w ćwierćfinałowym meczu z Anglią w 1986 r. Rzeczona ręka Boga pojawia się tutaj tylko na zasadzie kronikarskiego obowiązku.

diego maradona

Futbol jest w filmie Kapadii po prostu jedną z wielu płaszczyzn kreacji gwiazd masowej kultury. Diego koncentruje się zresztą wyłącznie na okresie gry Argentyńczyka w klubie SSC Napoli w latach 1984-1991, zaś retrospekcje i futurospekcje pojawiają się incydentalnie. Reżysera nie interesuje kariera według schematu od pucybuta do milionera, ale intymny portret osoby, która nie poradziła sobie z brzmieniem sławy, popadając w problemy z prawem i w szczególności z uzależnienie od kokainy. Notabene walnie przyczyniła się do tego neapolitańska publiczność, która w 1984 r. witała go jako zbawiciela, który wzniesie upadły klub będący pariasem Serie A na wyżyny, by potem odsądzać go od czci i wiary, gdy ten chciał opuścić Włochy. Maradona w pewnym momencie stał się zakładnikiem nie tyle nawet swojego publicznego wizerunku, co niewolniczego przywiązania do Neapolu zatruwanego toksycznymi relacjami z camorrą. Na tym tle Kapadia stawia pytania o uwikłanie jednostki w narodowe, plemienne wręcz tożsamości, których piłka nożna jest nośnikiem i katalizatorem. Uwielbiany przez neapolitańczyków, znienawidzony przez resztę Włochów po tym, jak w finale meksykańskiego mundialu, prowadzona przez niego Argentyna wygrała z zespołem z Italii, musiał balansować na tej osi środowiskowych afiliacji. Film Kapadii nie tyle jest zatem klasyczną biografią, ile raczej brawurowo zrealizowanym portretem epoki wraz z jej całym ejtisowym sztafażem, który ostatnio wraca na fali resentymentu pogłębionego uniwersalną refleksją o kondycję kultury i jej Bogów.

diego

Fot.: M2 Films


Przeczytaj także:

Recenzja książki Moja historia futbolu

Podobne wpisy:

Scenariusz9
Reżyseria9
Strona wizualna 8.5
Warstwa faktograficzna8
Muzyka8.5
Emocje9
8.7Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *