żelazny tron

„Gra o tron” – sezon 8, odcinek 6 – „Żelazny Tron” – wrażenia (ze spoilerami)

Pewna epoka dobiegła końca. Finał Gry o Tron za nami i pozostaje jedynie zaakceptować zakończenie, jakim uraczyli nas twórcy. A raczej zaakceptować to, że innego zakończenia nie będzie – przynajmniej nie w serialu. Żelazny tron – bo taki tytuł nosi ostatni odcinek ósmego sezonu – to epizod, któremu (niestety) mamy wiele do zarzucenia. Począwszy od nieprawdopodobnych metamorfoz postaci, przez skróty fabularne, a na taniej i niepotrzebnej symbolice kończąc. Czy jest coś, co ratuje zakończenie serialu, który poniekąd zmienił oblicze telewizji – przynajmniej jeśli chodzi o serialowy światek? Nasi redaktorzy, w takim samym składzie jak podczas poprzednich odcinków, dzielą się swoimi wrażeniami, zarzutami i niesmakami. Co by zmienili? Który wątek zawiódł ich najbardziej? Co uważają za największą bzdurę fabularną, a co za najmniej prawdopodobne? Tego dowiecie się z lektury poniższego tekstu. Nie ukrywamy jednak, że jak na serial, którego pierwsze sezony burzyły krew w żyłach, a każdy ruch na ekranie śledziło się z zapartym tchem – finał rozczarowuje… i to bardzo. Oczywiście nie jesteśmy jedyni w nieprzychylnych opiniach – w internecie aż roi się od komentarzy zawiedzionych lub wręcz rozgniewanych fanów. Trzeba jednak przyznać, że reakcje i ich skala udowadniają z pewnością, że Gra o Tron ze zwykłego serialu stała się niezwykłym… zjawiskiem.

Mateusz Norek

Pamiętam dokładnie zakład ze znajomym, dotyczący ścięcia Neda Starka, pod koniec pierwszego sezonu Gry o Tron. Ja utrzymywałem, że na pewno nie zostanie stracony, bo to przecież bez sensu, żeby uśmiercić głównego bohatera serialu. Ależ ja byłem wtedy naiwny. Teraz, 9 lat później, historia najbardziej kasowej produkcji HBO dobiegła końca wraz z ostatnim epizodem 8. sezonu. I niestety dla mnie było to zakończenie miałkie, mało emocjonujące i bez pomysłu.

Największą niewiadomą ostatniego odcinka był z całą pewnością los Daenerys. Po latach prześladowania, ucieczek, cierpienia i budowania armii, matka smoków w końcu osiąga swój cel, którym jest korona Westeros i Żelazny Tron. Czyni to jednak, urządzając bez większego uzasadnienia rzeź Królewskiej Przystani i wiemy już, że stała się takim samym szalonym tyranem, jak jej ojciec. Podczas przemowy do oddziałów Nieskalanych i Dothraków na zgliszczach stolicy ogłasza, że wojna nie dobiegła końca i będzie wyzwalać kolejne miejsca na mapie Westeros. Wszyscy domyślaliśmy się, co to oznacza, i jasnym było, że Daenerys musi umrzeć. Co jednak zaskakujące, ostatni odcinek, Żelazny Tron, rozgrywa tę kwestię w trzech scenach. Po przemowie Tyrion wypomina Dany rzeź miasta i rezygnuje z bycia jej namiestnikiem, a ta więzi go za zdradę. W celi odwiedza go Jon, któremu karzeł próbuje przemówić do rozumu, a następnie Jon idzie do Daenerys i zabija ją. I tyle. Khaleesi ginie bez konfrontacji z rzeczywistością, bez świadomości, że stała się jednym z tyranów, którymi gardziła. Ginie zaskoczona i zdradzona, bez pogodzenia się z prawdą i bez skruchy. I chyba właśnie dlatego jej śmierć, choć czekałem na nią, nie była dla mnie satysfakcjonująca. Bo tak jak bez żadnego wyjaśnienia pewnych motywacji ginie Nocny Król, tak samo kończy Daenerys. Zasługiwała jednak na coś więcej, szczególnie jeśli została zgładzona przez Jona, który ją kochał. Być może było już dla niej za późno na odkupienie i żaden argument Jona nie mógł wyrwać jej ze szponów szaleństwa, w którym się zatraciła, być może jednak mogła skonać, pogodzona ze swoim losem i zawstydzona czynami, jakich się dopuściła. Nigdy się jednak tego nie dowiemy.

To jednak dopiero połowa odcinka i mówiąc szczerze, to ta mająca więcej sensu, bo to, co dzieje się potem, jest już zupełnie odarte z klimatu Gry o Tron i moim zdaniem zupełnie dziurawe scenariuszowo. Kolejne sceny dzieją się kilka tygodni po zabiciu Daenerys. Do Królewskiej Przystani przybywają przedstawiciele wszystkich najważniejszych rodów Westeros. Okazuje się, że zarówno Tyrion, jak i Jon, są więźniami Nieskalanych. Mamy uwierzyć, że Szary Robak, który po śmierci ukochanej Missandei poddał się całkowicie krwawej zemście, po tym, jak dowiedział się, że Jon zabił jego królową, jedyną osobę, która mu została, po prostu go uwięził, nie wyrządzając mu żadnej krzywdy przez kilka tygodni? Gdzie tu jest jakikolwiek sens?! Podczas rady mówi, że chce sprawiedliwości, więc dlaczego sam jej nie wymierzył, przecież wszyscy obecni są mu obcy i nie respektuje ich władzy. Zachowanie lordów również jest kompletnie absurdalne. Nie wiadomo tak naprawdę, po co przybyli do Królewskiej Przystani, ale nagle dochodzi do nich, że o losie Jona powinien zdecydować król, którego nie ma, postanawiają więc na szybkości kogoś wybrać, tak po prostu. Tyrion mówi o zjednoczeniu i historii, wskazując Brana jako tego najmądrzejszego, a wszyscy bez mrugnięcia okiem zgadzają się, by małomówny chłopiec na wózku został królem Westeros. Nie znają go przecież, nie wiedzą, czym jest Trójoka Wrona, Tyrion nawet nie wspomina, że to jego śmierci chciał Nocny Król, co byłoby jakimś argumentem, dlaczego jest taki ważny. Ale nie ma to znaczenia, bo wszystkie rody, niezależnie od tego, jak bardzo są ze sobą skłócone i jak bardzo każdy z nich chciałby korony, jednomyślnie wybierają Brana. Oprócz Sansy, która ogłasza, że Północ będzie niezależna i znowu tylko ona ma takie aspiracje, reszta rodów woli być zależna od Korony. Na śmiertelne rany Rhaegala, co tu się stało? Czy z Westeros przenieśliśmy się nagle do jakiejś bajkowej krainy, gdzie wszyscy się ze sobą zgadzają i będą żyli długo i szczęśliwie?

Odcinek kończą przeplatające się sceny, w których Sansa zostaje koronowana na królową Północy, Jon Snow na mocy wypracowanego porozumienia z Nieskalanymi obejmuje ponownie dowództwo nad Nocną Strażą i wyrusza z Dzikimi za Mur, a Arya wypływa statkiem w kierunku nieodkrytych jeszcze trenów. I najlepszym momentem tego ostatniego epizodu jest ten, w którym Jon ponownie spotyka Ducha i tym razem go głaszcze! Nie ratuje to jednak odcinka, który niestety ponownie jest bardzo rozczarowujący i naprawdę nie wywołał we mnie większych emocji. Nie tak wyobrażałem sobie zakończenie tak świetnego serialu jak Gra o Tron.

Magda Kwaśniok

Czas na wielkie wylewanie żali, niestety nie tylko dlatego, że serial, z którym jestem związana od wielu lat, dobiegł końca. Gra o Tron, ekranizacja ukochanego dziecka George’a R.R. Martina, nie dokonała żywota w chwale, a jak wiele serialowych dzieł przed nią, pozostawi po sobie niesmak i poczucie zmarnowanego, ogromnego przecież potencjału. Od lat oglądaliśmy ewolucję bohaterów i ich moralności, załamania kręgosłupów moralnych czy też, wręcz przeciwnie, próby odkupienia, tylko po to, by twórcy w ósmym sezonie dużą tego część wyrzucili do kosza. Na szersze podsumowanie przyjdzie jeszcze czas w planowanym przez naszą redakcję Wielogłosie. Na ten moment postaram się skupić na samym zakończeniu wieloletniej historii, ważnej nie tylko dla fanów uniwersum, ale również dla dziejów całej telewizji.

Na wstępie jednak parę rzeczy muszę zaznaczyć: z sentymentu byłam w stanie przeboleć wiele dziur logicznych, typu: pojawiające się znikąd wojska czy Nieskalani, których liczba zdaje się nie mieć końca. Prawdziwy problem pojawił się, kiedy twórcy zaczęli rujnować postaci, którym kibicowałam od lat; nie dlatego, że wymyślili dla nich inne niż ja zakończenie, a wyłącznie przez wzgląd na konieczne w ich mniemaniu skróty fabularne czy zwyczajnie brak pomysłu. Doskwierające mi rozgoryczenie jest tym większe, że samo zakończenie w większości mi się podoba, ale droga, jaką do niego doszliśmy, nie jest już nawet śmieszna – jest po prostu tragiczna. W roli wyjaśnienia, rozwiązanie znanej nam z sagi historii jest naprawdę dobre – dla sagi właśnie. W warunkach książkowych każde z użytych w finale ósmego sezonu zakończeń poszczególnych wątków sprawdziłoby się świetnie, włącznie z Branem finalnie zasiadającym na tronie. Problem polega na tym, że być może poza historią Sansy i Jona (na którą żale wyleję później), żadne, absolutnie ŻADNE ze wspomnianych rozwiązań nie zostało w odpowiedni sposób umotywowane w ostatnim sezonie, a dzieło zawsze powinno się bronić samo. Skoro już wywołałam Brana, od niego może zacznijmy.

Czy wybór na króla osoby, która ma wszechwiedzę na temat przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, która jest ponad wszelką chciwość, chęć zemsty czy próżność, wydaje Wam się logiczny? Mnie, podobnie jak Tyrionowi, tak. Spójrzmy na to jednak przez pryzmat tego, jak Trójoka Wrona została przedstawiona w serialu. Mając do wyboru weteranów obu wojen, którzy jawnie przyczynili się do zwycięstwa w najważniejszej bitwie w dziejach ludzkości, i kalekę, która nic nie robi, niczego wartościowego nie mówi i tylko snuje się na podrasowanym krześle, wybralibyście Brana? Wydaje mi się, że to pytanie nie wymaga odpowiedzi. W zaistniałej sytuacji dużo bardziej logiczny byłby wybór na królową Siedmiu Królestw Sansy, chociażby po to, by utrzymać w granicach państwa zniszczoną, ale wciąż potężną Północ. Pomijając już fakt, kto został koronowany, cała ta rada to jeden wielki śmiech na sali. Niby było powiedziane, że Dorne i Żelazne Wyspy wspierają sprawę Daenerys, ale ich żołnierze nijak nie przyczynili się do zwycięstwa w żadnej z dwóch wojen, a później co? Greyjoyowie i Martellowie najnormalniej w świecie są zaproszeni do stołu, przy którym na równych z weteranami prawach wybiorą nowego władcę Sześciu Królestw? Nie można nie wspomnieć o tym, że oba rody mają wieloletnie niepodległościowe aspiracje, a po nastaniu nowego, lepszego świata ze spokojem patrzą, jak Sansa tytułuje się królową. I znowu – gdybyśmy wiedzieli cokolwiek o sytuacji lordów Greyjoy i Martell, moglibyśmy ocenić, czy ich brak roszczeń jest w jakikolwiek sposób uzasadniony. Ale niestety nie wiemy o nich, jak i o Arrynach, absolutnie nic, bo twórcy po prostu o nich zapomnieli.

Czas na coś, co jest dla mnie najważniejsze i, o dziwo, nie do końca skopane: wątek Starków. To za przedstawicielami tej rodziny wylałam najwięcej łez i, prawdę mówiąc, do dzisiaj nie umiem rozstrzygnąć, czyja śmierć zabolała mnie bardziej: Neda, Robba, Jona… czy wilkorów. Nie chodzi wyłącznie o to, że cieszy mnie ich zakończenie. Przede wszystkim w moim przekonaniu rozwiązanie wątków Jona i Sansy jest absolutnie spójne z tym, jakimi ludźmi stali się na przestrzeni ośmiu sezonów czy też na jakiej są drodze od pięciu tomów sagi. Sama Sansa, od uosobienia jednego ze swoich najgorszych koszmarów, nauczyła się, że w grze o tron wygrywasz albo giniesz, za co została sowicie wynagrodzona. Fantastyczny jest kontrast między dziewczynką, która była jedynie nieświadomym niczego pionkiem we wspomnianej grze, a tym, kim Królowa Północy się stała – wytrawnym graczem politycznym. Co do Jona, niestety mam parę zastrzeżeń. W sadze wielokrotnie mogliśmy zobaczyć jego zmagania między miłością, do Ygritte czy swoich braci, a poczuciem obowiązku, jednak mam wrażenie, że książkowy Jon nigdy nie stanął przed tak ogromnym wyzwaniem, z jakim musiał się zmierzyć jego serialowy odpowiednik w ósmym sezonie… A scenariusz zabił jego tragedię, sprowadzając ją do prostego: She’s my queen. Samo zakończenie historii Jona jest najlepszym, jakie można było wymyślić, co każe mi podejrzewać, że Martin maczał w tym swoje palce. Nie zmienia to jednak faktu, że jego postać, tak świetnie potraktowana w szóstej odsłonie Gry o Tron, została ósmym sezonem zmasakrowana, może za wyjątkiem uczty w czwartym epizodzie. Decyzja Aryi, choć dająca się wyjaśnić, jak wszystko inne nie została odpowiednio uzasadniona czy nieco wcześniej zasygnalizowana i przez to właśnie, prawdę mówiąc, dla serialowej młodszej Wilczycy już chyba wolałabym epicką śmierć.

Cały ten sezon to jeden wielki skrót na skrócie i przyznam szczerze, że czuję się nieco oszukana; nie przez to, jak zakończyła się historia znanego nam Westeros, ale w jaki sposób do tego zakończenia doszliśmy. Mam wrażenie, jakby ktoś gdzieś nakręcił jeszcze przynajmniej jeden sezon, wyjaśniający całą masę wątków, rozwijający historie potraktowane po macoszemu postaci (z Nocnym Królem i Varysem na czele), ale postanowił, że nam go nie pokaże, dając jedynie zakończenie. Pozostaje tylko wierzyć, że Martin wreszcie ruszy swoje leniwe cztery litery i postanowi dać nam kontynuację dziejów Siedmiu Królestw, na jaką zasługujemy.

Mateusz Cyra

Ciężko mi poskładać myśli o ostatnim odcinku, zatytułowanym Żelazny Tron, w sensowną całość, ale mam nadzieję, że uda mi się to i tak lepiej,niż scenarzystom, którzy po prostu sknocili mnóstwo wątków i bohaterów. Wielki finał za nami. Pewna epoka się skończyła. Za nami kilka długich zim spędzonych z postaciami z Westeros i tak naprawdę kilka rewelacyjnych scen, dialogów, rozwiązań i przemian bohaterów; generalnie rzecz biorąc; Gra o tron była serialem bardzo dobrym, który skalą epickości na długie lata przyćmi to, co możemy obejrzeć na małym ekranie. I ja tak ten serial zapamiętam – jako ogólnie dobry, ale koncertowo spieprzony. Na tyle, że jeśli będę brał udział w jakimkolwiek zestawieniu najgorzej zakończonych dobrych seriali, to serial HBO będzie na pierwszym miejscu.

I wcale nie chodzi o to, że ja chciałem innego zakończenia – nie w tym rzecz. Bo prawda jest taka, że ja nie wiem, jakie zakończenie mogłoby mnie usatysfakcjonować. Naprawdę. Długo się nad tym zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że każdy wybór byłby wyborem złym i pozostałoby nam decydować się na mniejsze zło, co w przypadku takiego serialu i tak byłoby rozczarowaniem. Zresztą to też nie o finałowe sceny albo domknięcie wątków poszczególnych bohaterów chodzi, tylko o to, jak potraktowali nas twórcy. Rozwój bohaterów? Sensowne ukazanie czyjejkolwiek motywacji? Gra o tron zaczęła w tej materii mocno kuleć już w siódmym sezonie. Tyle tylko, że w ósmym to przestało przypominać marsz kulawego i przerodziło się w pląs katatonika. Tak naprawdę godne, sensowne i nierażące głupotą zakończenie otrzymała tylko i wyłącznie Sansa Stark. I to jedyna bohaterka, której wątku nie zepsuto ani nie zmieniono jej biegu, “łamiąc (scenariuszowe) koło”. Sansa od pierwszego odcinka do ostatniego przebyła spójną i wiarygodną przemianę i naprawdę ten wątek to jedyna rzecz, za którą należą się brawa dla scenarzystów. Gdyby tylko w ten sam sposób poprowadzono wątki pozostałych bohaterów – byłoby super. Mielibyśmy serial wszech czasów i dostalibyśmy może finał na miarę Sześciu stóp pod ziemią (który to wciąż uważam za najlepiej skończony serial). A tak? Jon Snow został przywrócony do życia… w zasadzie nie wiem po co – żeby zabić Daenerys? I co, to już? A wysłanie go ponownie do Nocnej Straży to jedna z największych niedorzeczności całego serialu – po co? Mur jest dziurawy, Nocna Straż miała chronić Żelaznych Ludzi przed Dzikimi, którzy są oswojeni i wierni Jonowi, oraz przed Nieumarłymi, których już nie ma, bo nie ma Nocnego Króla. Jaki więc cel przyświeca istnieniu tejże instytucji? Tym bardziej że geograficznie (i politycznie) rzecz biorąc – to Niezależna Północ ma więcej do gadania w kwestii Muru oraz tamtych terenów. No ale, co ja tam wiem – jestem tylko malkontentem, który hejtuje, bo hejtuje cały internet :).

Arya? Dla mnie to kolejna absolutnie kretyńsko i niewiarygodnie poprowadzona postać i jej wątek przestał mi się podobać już w okolicy 5. sezonu. Tym bardziej że – jak słusznie myślałem – całe jej szkolenie, cała przemiana w Bezimienną, Beztwarzową i Beznadziejną była… na nic. A nie, żeby zabić Nocnego Króla. Przepraszam najmocniej. Czyn chwalebny, spektakularny, ale w kontekście tego sezonu… mimo wszystko dość szybko zepchnięty na margines. Odnoszę wrażenie, że o jej wyczynie bardziej będą pamiętać widzowie niż mieszkańcy Westeros. Bywa. Zawsze można rzucić wszystko i wypłynąć… no gdzieś tam, na zachód.

Bran? Powiedzmy sobie szczerze – zachowywał się tak, jakby doskonale wiedział, po co jedzie do Królewskiej Przystani. Zresztą można dość bezpiecznie wysunąć taką teorię – wszak Bran jest dla mieszkańców Westeros tym, czym dla nas jest Google. I czy to przypadkiem nie robi z niego jeszcze większego skurczybyka niż z Daenerys? A sam wybór Brana na Władcę? Zaskakująco odarty z emocji jak na takie zaskoczenie – jeśli wiecie, co mam na myśli.

Przejdźmy do Danki – postaci, której rys psychologiczny w tym sezonie przypomina próbę pisania wypracowania przez czterolatka. Nic więc dziwnego, że jej śmierć była… karykaturalnie śmieszna. Po prostu. Jak z tandetnego romansidła osadzonego w średniowiecznej otoczce. Przykro to pisać, ale znacznie głębsze i chwytające za serce było to, jak Drogon zareagował na śmierć swojej Matki. Niestety – szkoda, że przy tym twórcy zaserwowali nam już któryś raz w tym sezonie tak inwazyjną i zbędną symbolikę. Ja naprawdę rozumiem i nie życzę sobie, by scenarzyści wciskali mi w gardło pewne kwestie. Śmierć Daeerys była zasadna – nie mogło być w zasadzie inaczej po tym, co pokazała w poprzednim (rewelacyjnym technicznie i realizacyjnie) odcinku. Szkoda tylko, że zabrakło podbudowy w ostatnich sezonach. A więzienna przemowa Tyriona to naprawdę trochę za mało, by uwierzyć nagle, że “przecież mieliście sygnały od lat”. Guzik prawda. W making offach z poprzednich sezonów twórcy dumnie wykładali, że Danka jest wyzwolicielką ludu i niewinnych, która owszem, stosuje “radykalne” metody, ale wszystko to w dobrej wierze. Powiem tak – poprzedni odcinek miałby pełny sens, gdyby właśnie jej przemiana była jakoś zbudowana, uwiarygodniona przed widzem. A tak? Nawet Jon Snow nie wierzył za bardzo w to, co tłumaczył Tyrionowi. Bo gdyby wierzył, nie zabiłby jej.

Przykro mi, że tak dobry serial tak źle skończył. Naprawdę. Bo była tu duża szansa na to, by zapisać się w historii telewizji nie tylko jako największy i najbardziej epicki serial, ale także jako najlepszy. A tak? O zakończeniu będziemy mówić długo, ale wyłącznie w negatywnym aspekcie. I jestem pewny, że takie obniżenie lotów z pewnością przyczyni się do tego, że ludziom niespecjalnie będzie tęskno do Westeros. Ja przykładowo z przyjemnością wrócę tylko do pierwszych czterech sezonów.

Sylwia Sekret

Powiedzieliście już chyba wszystko, co można było powiedzieć, o tym odcinku – za co można go nie lubić, krytykować i w czym najbardziej zawodzi. Wypunktowaliście chyba wszystkie absurdy i niedorzeczności – słowem: zbrodnie, jakich dopuścili się na genialnym materiale twórcy. Cóż mi więc pozostaje poza przytakiwaniem, zgadzaniem się i ewentualnie wtrąceniem swoich trzech groszy…

Ostatni odcinek epickiego serialu, zatytułowany Żelazny tron, nie podobał mi się. Ani jako jeden z kolejnych epizodów, ani – tym bardziej – jako zakończenie serialowej sagi. Sagi, którą kiedyś oglądałam z zapartym tchem, na której kolejne odcinki czekałam, obgryzając paznokcie; której bohaterom kibicowałam lub wręcz przeciwnie – życzyłam jak najgorzej; w historię której się angażowałam i żadnego wątku nie śledziłam bez emocji. Jak było tym razem? Już podczas zasiadania do seansu odcinka szóstego nie towarzyszyły mi niemal żadne emocje. Wiedziałam, że scenarzyści mnie nie zadowolą, ale czy przewidziałam, że rozczarują mnie aż tak znacząco? Z pewnością nie. Losy poszczególnych bohaterów przestały mnie obchodzić już podczas oglądania poprzednich epizodów, ponieważ zostały poprowadzone tak, że pełnokrwiste, żywe postaci na powrót stały się w moich oczach papierowymi personami, stworzonymi wyłącznie na potrzeby serialu. Bo tylko w serialu, a nie w prawdziwym życiu, człowiek potrafi z dnia na dzień zmienić się o 180 stopni. A to właśnie stało się udziałem bohaterów Gry o Tron w ostatnim sezonie. Natomiast finałowy odcinek okazał się – niestety – kwintesencją tych nieprawdopodobnych zmian, metamorfoz albo – co jeszcze gorsze – powrotów do punktu wyjścia.

Już sama nie wiem, który wątek został bardziej sknocony – Daenerys? Jona? Aryi? Jaimego? Tyriona? Prawdę powiedział natomiast Mateusz – historia Sansy jako jedyna trzyma się przysłowiowej kupy, jest pełna, wiarygodna, dobrze poprowadzona, a zachowanie bohaterki sensownie umotywowane. Jej przemiana jest przede wszystkim do uwierzenia, a jej losy z ostatniego odcinka jako jedyne nie rozczarowują. Choć i z jej wątkiem wiąże się parę nieścisłości. I w tym momencie zgadzam się z kolei ze słowami pierwszego Mateusza, który rozpoczął naszą duskusję. To było pierwsze, co pomyślałam podczas oglądania sceny z lordami i władcami: czy w momencie kiedy Sansa wywalczyła dla Północy niezależność, pozostali nie powinni CHOCIAŻ spróbować tego samego? A oni tylko potulnie godzą się na czyjąś władzę, na podleganie komuś. To, że bez mrugnięcia okiem zgadzają się, by władał nimi Bran, to również kolejny absurd. Pomyślałam dokładnie to samo: oni go nie znają, nie wiedzą, nie rozumieją. A nawet gdyby wiedzieli, to czy byłoby coś – cokolwiek – co sprawiłoby, że mieliby uwierzyć w to całe Trójokowronowanie? Totalny bezsens.

Pozostając przy Branie – tak, to prawda: Bran Stark, Bran Kaleka Pierwszy Tego Imienia okazuje się ostatecznie największym su***synem całej Gry o Tron. Wiedział chłopina o wszystkim  – o śmierciach, o rzezi… ale nic nie zrobił. Tak zresztą jak przez cały serial, a już tym bardziej ten sezon. Kreowany swego czasu na najważniejszą postać, niemal wszechwiedzącą i niesłychanie mądrą… on po prostu siedzi. Niepojęta sprawa dla mnie i chyba nadal największa dziura logiczna całego serialu. Chociaż trzeba przyznać, że koronowanie go na władcę Sześciu Królestw przyniosło jedną korzyść – w końcu zobaczyliśmy jakąś jego inną minę; pojawił się nawet lekki uśmiech. Widzę natomiast tylko jedno wytłumaczenie, dlaczego Bran został koronowany, które nie okazuje się kompletnym rozczarowaniem. Mianowicie takie, że on i Nocny Król to faktycznie (jak głosiły pewne teorie) jedna i ta sama osoba, a to oznaczałoby, że na Żelaznym Tronie (którego już nie ma) zasiadł sam Nocny Król. No i to jeszcze mogłoby być ciekawe. Ale do tego musiałby powstać kolejny sezon. Tymczasem trzeba zebrać fundusze na nakręcenie ósmego od nowa…

O reszcie powiem może krótko – wątek Jona i Daenerys (ich wspólny, jak i każdy z osobna) to dla mnie największe rozczarowanie serialu. Pogodziłam się co prawda już dawno z tym, że Królowa Smoków musi umrzeć, ale – do cholery – scena jej śmierci była po prostu żenująca. Jon, który jeszcze chwilę wcześniej uparcie wierzy w swoją królową i nie daje się przekonać Tyrionowi, chwilę później wbija Daenerys nóż w brzuch. I robi to w najbardziej zdradliwy sposób; sposób, który kompletnie nie pasuje do jego postaci. A sama khaleesi? No właśnie – umiera, nie zdając sobie sprawy z tego, że los upodobnił ją do tych, którymi gardziła. Czyli kolejne scenariuszowe rozczarowanie. Umiera, pyk, i  już. A swoją drogą – skoro jej ciało porwał Drogon, to czy Jon w ogóle musiał przyznawać się, że ją zabił? I ciekawe, jak to wyglądało. Podszedł do Szarego Robaka (kolejna nieprawdopodobna metamorfoza) i powiedział: hej, zabiłem królową? Eh… szkoda gadać.

Ten odcinek nie uratował godności twórców. Niestety. Gra o Tron dobiegła końca w sposób, jakiego nie powinien doświadczyć żaden serial.

A teraz powiedzcie mi: gdzie ta petycja?

Serial obejrzycie w serwisie HBO GO

żelazny tron

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Mateusz Norek

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.