Stale niestała – Olga Hajdas – „Imago”

MFF mBank Nowe Horyzonty dobiegł końca, tym samym ujawniając wyniki najważniejszych plebiscytów w ramach festiwalu. I choć potężne Grand Prix zostało słusznie przyznane „Delikwentom” Rodrigo Moreno, to ostatecznie nie argentyński surrealizm skradł moje serce w konkursie głównym. Imago, historia z naszego rodzimego podwórka, drugi z kolei samodzielny pełny metraż Olgi Hajdas, wyróżnił się spośród pozostałych kandydatów swoją bezprecedensową odrębnością oraz zaskakującą formą, a to mówi wiele, biorąc pod uwagę nieprzeciętną stawkę, z którą miał do czynienia. 

Nazwisko Hajdas dotychczas splątane było raczej z serialem niż filmem. Zaczynając od paradokumentu, w późniejszym okresie reżyserka z Poznania brała udział w Netfliksowych 1983 (2018) oraz Krakowskich potworach (2022), a także w zdecydowanie najbardziej sukcesywnej z wymienionych Watasze (2019) z ramienia HBO. Imago nie jest jednak jej pierwszym zetknięciem się z pełnym metrażem na stanowisku reżyserskim. Po dwóch krótkich metrażach Hajdas zrealizowała napisany przez siebie lesbijski dramat Nina (2018), trzy lata później zaś do jej filmografii dołączyła Erotica 2022 (2021). Oba utwory doczekały się niespecjalnie ciepłej recepcji, jednak zarysowują Hajdas jako reżyserkę wyjątkowo progresywną, wyczuloną na społeczne tabu, które postępowo, choć dotychczas nieudolnie, stara się unicestwiać w swoich filmach.

Imago, tak myślę, sprawa ma się już nieco inaczej. To historia, jak każda, napisana przez życie, ale nie samej reżyserki, a Elżbiety Góry, wokalistki m.in. Pancernych Rowerów oraz Apteki, zespołów, które odcisnęły solidne piętno na polskiej scenie alternatywnej lat 80. Nieprzypadkowo nad scenariuszem razem z Hajdas pracowała Ola Góra, córka pierwowzoru protagonistki Imago i jednocześnie odtwórczyni głównej roli w filmie. Słowem: to się nie mogło nie udać, a w połączeniu ze znakomitymi zdjęciami Tomasza Naumiuka, który w bezbłędny i, jak sam przyznaje, zupełnie pragmatyczny sposób ukazuje obraz muzycznej sceny alternatywnej sprzed lat. Okresu społecznej i politycznej transformacji, odrodzenia polskiego rocka, momentów nieskrępowanej ekstazy oraz nihilistycznej udręki.

Imago

Elę poznajemy na dywanie w pokoju. Medytuje, choć nie w ciszy, bo przy akompaniamencie głośnej muzyki, patrząc nieruchomo na pustą ścianę. Po chwili wstaje i kreśli na niej okrąg czarną kredą. Wchodzi jej brat, który woła matkę. „Eli znowu odwaliło”. Złamana artystka zostaje po raz kolejny zaprowadzona do psychiatryka. To tam kontaktuje się z Tomkiem (Mateusz Więcławek), który odbiera ją z placówki. Nie jest jej chłopakiem, ale czasem uprawiają seks. I dobrze się dogadują. W tym zarysie zawiera się niejako tylko skrawek i jednocześnie całość historii Elżbiety Góry, oś fabularna bowiem stanowi tutaj raczej szkielet niż kompletne ciało historii. Protagonistka szuka sensu w chaosie rzeczywistości, przy czym nie pomaga dwubiegunowość (genialny zabieg z kolczykiem, który Ela zakłada na ucho w zależności od wersji siebie, w którą się wciela) oraz odwieczny konflikt z matką. Kolejne miłostki i miłości, alternatywne, głównie męskie, zespoły, paczki papierosów i imprezowe orgie. W końcu ciąża, na którą ani Ela, ani świat nie byli gotowi.

„Stale niestała” – tak brzmiał pierwotny, roboczy tytuł Imago. Ma on sens nie tylko w kontekście wiecznie rozerwanej między sobą, raz zimną i opanowaną, raz z szalonym błyskiem w oku Elą, ale łączy się również ze wspomnianym okresem transformacji. W 1989 roku wszystko się zmieniało, przetwarzało, przeobrażało. Zresztą dla biologicznie wtajemniczonych właściwy tytuł filmu Hajdas też nie powinien być obcy. Imago oznacza ostatnie stadium rozwoju owada. Finalny etap, który w naturze uskrzydla insekta, dając mu całkowitą wolność i suwerenność, w historii Eli Góry zdaje pojawiać się pod postacią macierzyństwa. Teza, jakoby to ten etap w życiu kobiety był tym ostatnim, doskonałym, jakkolwiek dyskusyjna, zdaje się stanowić coś więcej niż prostą pochwałę macierzyństwa. To głośny komunikat, głoszący, że bycie matką nie jest zawarte w kilku zasadach; nie jest zawarte w żadnych regułach i nawet, a może przede wszystkim, nieokiełznana protagonistka Imago jest w stanie kochać najbardziej na świecie.

Imago

Nie tylko kontekstowo, bo też wizualnie Imago porównywałbym z laureatem złotej palmy, Titane (2021) w reżyserii Julii Ducournau, gdzie kobieca seksualność miesza się z obrazoburczą destrukcją, tworząc współczesną historię o bezwarunkowej miłości. Oba te filmy łączy nie tylko indywidualna kobieca perspektywa, ale też, całkiem zasadne, obawy odbiorców wobec obrazów przesadnej nagości, nieuzasadnionej przemocy i masy używek. Będę jednak obstawał, że w czasie, gdy granice seksualności są stopniowo zacierane, a poprzeczka szoku stale podnoszona, podobna krytyka celuje w zupełnie niewłaściwe pola. „Aroganckość” Imago w tych kwestiach uważam bowiem za największą zaletę filmu Hajdas. To właśnie niekonwencjonalnie szalona forma, która nie idzie na żadne ustępstwa, pozwala na ukazanie kobiecej percepcji w sposób, którego próżno szukać nie tylko na polskim podwórku. Czuję, że właśnie takiego kina, spójnego w swoim chaosie, czułego wobec pozornego okrucieństwa i, co najważniejsze, opowiadającego prawdziwe kobiece historie, potrzebujemy współcześnie na wielkich ekranach.

Fot.: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty

Overview

Ocena
8 / 10
8

Write a Review

Opublikowane przez

Jakub Jaworski

Pasjonat kina, szczególnie tego kameralnego. Aspirujący scenarzysta i jednoczesny student informatyki.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *