Cztery pory roku to serial, który nie stawia na efektowne zwroty akcji, nie próbuje szokować fabularnymi twistami i nie goni za sensacją. Zamiast tego oferuje nam coś znacznie trudniejszego do uchwycenia – intymny portret przyjaźni, związków i zmian, jakie niesie ze sobą czas. W sześciu odcinkach, odpowiadających kolejnym porom roku, Netflix proponuje nam kameralną, ale emocjonalnie bogatą opowieść o grupie długoletnich przyjaciół, którzy co kilka miesięcy spotykają się na wspólnych wyjazdach. Tyle tylko, że tym razem coś się psuje. Tradycja zostaje wystawiona na próbę, a relacje – pozornie trwałe jak skała – zaczynają pękać pod wpływem życiowych decyzji i nowych uczuć.
W naszym wielogłosie wspólnie z Sylwią Sekret zastanawiamy się, co w tej produkcji działa, co szwankuje, które postacie zapadają w pamięć, a które niekoniecznie. Czy serial rozgrzewa serce jak kubek herbaty w zimowy wieczór, czy raczej zostawia nas z chłodnym dystansem? Czy warto czekać na kolejne sezony? A może wszystko, co najważniejsze, już zostało powiedziane?
Zapraszamy do lektury – mamy nadzieję, że nasza rozmowa pomoże Wam zdecydować, czy Cztery pory roku są warte Waszego czasu.
Spis treści
Wrażenia ogólne
Mateusz Cyra
Muszę przyznać, że Cztery pory roku okazały się dla mnie miłą niespodzianką. Serial od pierwszych minut roztacza wokół widza ciepłą, przyjazną aurę – dokładnie taką, jakiej czasem potrzeba po ciężkim dniu. Od razu poczułem sympatię do tej paczki przyjaciół i z zainteresowaniem obserwowałem ich perypetie. Co prawda z czasem pojawiły się pewne zgrzyty i słabsze chwile, ale ogólne wrażenie pozostało pozytywne. Najmocniej urzekła mnie atmosfera szczerości i poczucia humoru między bohaterami – Cztery pory roku to serial, który otula widza niczym ciepły koc w chłodny wieczór, nawet jeśli momentami widać, że ten koc ma parę przetarć.
Już pierwszy odcinek wciągnął mnie całkowicie. Twórcy zgrabnie przedstawili nam wszystkich sześciu bohaterów i dynamikę ich relacji, dzięki czemu szybko poczułem się częścią tej nieco dysfunkcyjnej, ale kochającej się rodzinki przyjaciół. Z kolei finał sezonu dostarczył mi sporo emocji i satysfakcji – to były zdecydowanie najlepsze momenty serialu. Problem w tym, że pomiędzy tym świetnym początkiem a poruszającym zakończeniem kilka odcinków w środku wydało mi się mniej porywających. Serial chwilami tracił tempo i energię, przez co moje zaangażowanie lekko spadało. Mimo tych wahań jakości, wciąż jednak uważam, że Cztery pory roku spełniają swoją rolę jako ciepła, podnosząca na duchu opowieść o przyjaźni i związkach. A jak Ty to odebrałaś, Sylwia? Czy również dałaś się oczarować temu serdecznemu klimatowi, przymykając oko na nierówności, czy może odczułaś je bardziej dotkliwie?
Sylwia Sekret
Ja tych spadków tempa i energii nie odczułam w tak dużym stopniu jak Ty. Oczywiście – są one zauważalne, jak w niemal każdej produkcji, trudno bowiem, nawet w miniserialu utrzymać zaangażowanie widza na jednakowym poziomie w każdej sekundzie seansu, jednak nie było to dla mnie tak dotkliwe ani nie wpłynęło znacząco na ogólną ocenę serialu.
Cztery pory roku to serial, który przyciągnął mnie – nie ukrywam – głównie obsadą, z Michaelem Scottem, tfu, Stevem Carrelem na czele. Jednak zwiastun, który zapowiadał właśnie taką ciepłą, ale mocno obyczajową produkcję, tchnącą jakąś taką naturalnością i zwyczajnością, również nastawił mnie pozytywnie i finalnie – nie zawiodłam się. To przyjemna, momentami zabawna, momentami do bólu szczera opowieść o miłości i przyjaźni. Chyba nawet, wbrew pozorom, o miłości bardziej i o tym, z jakimi problemami borykają się związki z dłuższym stażem.
Serial ten, który powstał na kanwie filmu z 1981 roku, jest dla mnie takim połączeniem dwóch, o wiele bardziej niszowych seriali, a mianowicie Togetherness (MAX)i bardziej komediowego Przyjaciele z uniwerku (Netflix)
rys fabularny
Mateusz Cyra
Fabuła Czterech pór roku koncentruje się wokół trzech par, które od lat pielęgnują tradycję wspólnych wyjazdów – po jednym na każdą porę roku. Mamy więc sześciu bliskich przyjaciół spotykających się regularnie, by celebrować swoją przyjaźń podczas weekendowych wypadów. Sielankowa formuła tych wyjazdów zostaje jednak wystawiona na próbę, gdy podczas wiosennego spotkania Nick oznajmia, że planuje rozwód z Anne. Ta wiadomość wstrząsa całą grupą i staje się punktem zapalnym dla dalszych wydarzeń.
W kolejnych odcinkach – odpowiadających kolejnym porom roku – obserwujemy, jak bohaterowie radzą sobie z tym życiowym trzęsieniem ziemi. Okazuje się, że rozwód Nicka i Anne zmusza pozostałych do przewartościowania własnych relacji. Każdy z przyjaciół inaczej reaguje na tę sytuację: pojawiają się pytania o to, jak zachować się wobec byłej żony kolegi i wobec jego nowej partnerki, jak pozostać lojalnym przyjacielem, a jednocześnie nie zranić niczyich uczuć. Serial prowadzi nas przez cztery wyjazdy – wiosenny, letni, jesienny i zimowy – podczas których śledzimy zmieniającą się dynamikę grupy. Na początku wszyscy starają się utrzymać pozory normalności, ale z czasem tłumione emocje wypływają na powierzchnię. Każdy kolejny wyjazd ujawnia nowe konflikty i sekrety, a zarazem pozwala bohaterom lepiej zrozumieć siebie nawzajem. Finałowy, zimowy wypad przynosi rozwiązanie niektórych napięć i pokazuje, że choć wiele się zmieniło, przyjaźń tej szóstki (a może już siódemki?) nadal potrafi przetrwać najchłodniejsze burze. Ta historia nie pędzi może na złamanie karku, ale płynie swoim rytmem przez kolejne pory roku, skupiając się na tym, co najważniejsze – na życiu wewnątrz długoletnich związków i przyjaźni wystawionych na próbę.
Sylwia Sekret
Chyba dawno nie pisałeś Wielogłosów i zapomniałeś, że wypadałoby zostawić coś do dodania tej drugiej osobie ;). No nic, pozostaje mi przejść do następnych kategorii, bo w fabułę opisałeś od A do Z i nie ma sensu, żebym dodawała coś na siłę.
Wady i zalety serialu
Mateusz Cyra
Jeśli chodzi o wady, na pierwszy plan wysuwa się wspomniana nierówność poziomu poszczególnych odcinków. Po znakomitym otwarciu serial nieco osiadł na laurach – środkowe odcinki miały mniej energii i emocji. Bywały chwile, gdy humor jakby przygasał, a fabuła kręciła się w kółko, przez co traciłem odrobinę zainteresowanie. Odniosłem wrażenie, że scenariusz nie zawsze wiedział, w którą stronę chce zmierzać. Pewne wątki poboczne pojawiały się i znikały, jakby zabrakło czasu lub pomysłu, by poprowadzić je do końca. Ta chwiejność tonów – raz komedia obyczajowa, raz poważny dramat małżeński – sprawiła, że serial momentami gubił swój rytm. Odrobina gatunkowej mieszanki potrafi być zaletą, ale tutaj czasem brakowało wyraźnego kierunku. Dodatkowo odczułem, że niektórym postaciom zabrakło ekranowego czasu, by w pełni rozwinąć skrzydła (choć o tym za chwilę przy postaciach). Te potknięcia sprawiają, że Cztery pory roku nie są dziełem pozbawionym skaz.
Sylwia Sekret
Ja tych wad upatrywałabym jednak bardziej właśnie w tym, że nie wszystkie postaci mogły w pełni zabłysnąć, a zdecydowanie miały potencjał do tego. Nierówny poziom nie kłuje mnie tak bardzo, jak Ciebie, zwłaszcza że kiedy minął już pewien czas od seansu ostatniego odcinka, ta sinusoida poziomu poszczególnych epizodów ostatecznie nie tylko gdzieś mi się rozmyła, ale wręcz w pewien sposób podkreśla życiowość, jaka bije od tej produkcji. Nie każdy wypad ze znajomymi jest przecież równie udany, nie każda wieczorna rozmowa tak samo angażująca i nie każde celebrowanie związku idealne. I choć wiem, że serial jako produkcja, która ma po prostu zarobić, powinna być jeśli nie lepsza z każdym odcinkiem to przynajmniej równa – ja dostrzega w tym pewien urok, właśnie ze względu na tę paralelę do życia.
Zgodzę się jednak co do tego, że niektórym bohaterom dano zdecydowanie za mało czasu, a chciałoby się poznać ich lepiej, tym bardziej, że intuicja podpowiada nam, że gdyby tylko im pozwolić, wnieśliby oni dużo więcej, i kto wie – być może to nierówne tempo przestałoby mieć rację bytu?
Mateusz Cyra
Na szczęście zalet również nie brakuje. Największą siłą serialu okazały się relacje między bohaterami. W najlepszych momentach czuć autentyczną chemię między postaciami – ich przyjaźnie i animozje wypadają wiarygodnie i potrafią naprawdę zaangażować emocjonalnie. Gdy serial skupia się na rozmowach tej paczki, na ich zwierzeniach przy ognisku czy wspólnych żartach przy kolacji, wtedy błyszczy najjaśniej. Niektóre sceny wywołały u mnie szczery śmiech lub wzruszenie właśnie dzięki temu, jak prawdziwe były interakcje siódemki (tak, siódemki – licząc nową osobę) przyjaciół. Twórcom udało się uchwycić esencję długoletniej zażyłości: drobne docinki, znane tylko im anegdoty, wsparcie w trudnych chwilach przeplatane z humorem sytuacyjnym. To wszystko sprawia, że nawet kiedy fabuła nie porywa, chce się spędzać czas z tymi bohaterami. Wielkim plusem jest również odważne podjęcie tematu kryzysu w wieloletnich związkach – serial pokazuje, że nawet najbardziej zgrane małżeństwa miewają wątpliwości i że przyjaciele też muszą nauczyć się funkcjonować w nowych okolicznościach. Momentami Cztery pory roku potrafią naprawdę błysnąć celnością obserwacji o życiu i miłości. To właśnie dla tych chwil – dla emocjonalnej szczerości, ciepła i humoru między bohaterami – warto ten serial obejrzeć, nawet jeśli trzeba przebrnąć przez parę słabszych fragmentów.
Sylwia Sekret
Dla mnie największą zaletą Czterech pór roku jest brak idealnej pary czy idealnego partnera/partnerki. Często tak jednak jest w filmach czy serialach, gdzie mamy paczkę znajomych, w skład których wchodzą pary, że jedna z nich wybija się na tle innych – najbardziej się kocha, najbardziej się stara. Ale czy w życiu również zawsze mamy takiego lidera? Niekoniecznie. I właśnie to w Czterech porach roku ujmuje mnie bardzo mocno. Tutaj każda para i każda jednostka ma swoje za uszami. Ma swoje lata, swoje wiosny, swoje zimy i swoje jesienie. Potyka się na śliskim lodzie, moknie w strugach jesiennego deszczu, bo obydwoje zapomnieli parasola i nie ma na kogo zwalić winy; spieka się na raka, bo nikt nie wziął kremu z filtrem, by ochronić się przed letnim skwarem, i wreszcie każda para i każda jednostka podskakuje w strachu i niepewności, kiedy za oknem rozbłyska piorun pierwszej wiosennej burzy. Oni wszyscy walczą o to, by było im dobrze i czasem ta walka wychodzi im lepiej, a czasem gorzej, ale samo jej ukazanie, bez polewania lukrem niektórych chociaż sytuacji jest dla mnie sporą zaletą.
Życiowe rozmowy, pokazanie specyfiki długoletniej przyjaźni – jej (nomen omen) wad i zalet również jest czymś, co robi dużo dobrego dla serialu. Jest to produkcja w dużej mierze przegadana, ale to gadanie jest wartościowe, ciekawe i prawdziwe. Wątki poboczne, które, chcąc nie chcąc, porusza seria,l są równie ważne i ciekawe (jak choćby reakcja córki na nową partnerkę ojca, a raczej fakt, jak radzi sobie ona z nową sytuacją), dodając mu kolorów.
omówienie wybranych postaci
Mateusz Cyra
Chciałbym zatrzymać się przy Dannym (Colman Domingo). Spośród całej szóstki to właśnie on przykuł moją największą uwagę i skradł show swoją charyzmą. Danny od początku emanuje ciepłem i spokojem, jakby był emocjonalnym fundamentem tej grupy. W sytuacji, gdy decyzja Nicka o rozstaniu z Anne i pojawienie się jego nowej partnerki Ginny zaburzają dynamikę paczki, Danny zdaje się być tym, który najbardziej dba o utrzymanie jedności w przyjaźni. Colman Domingo tchnął w tę postać ogrom siły i autentyczności – każda scena z jego udziałem jest przekonująca i pełna szczerości. Mimo że na ekranie mamy gwiazdy pokroju Steve’a Carella czy Tiny Fey, to właśnie Domingo najbardziej zapadł mi w pamięć. Jego bohater bawi lekkością (kilka razy szczerze się zaśmiałem dzięki jego ripostom), a jednocześnie porusza, gdy odsłania bardziej wrażliwą, lękliwą stronę Danny’ego. To postać z krwi i kości, może najmniej ekstrawagancka z całej grupy, ale przez to najsilniej urealniona – i według mnie najważniejsza dla zachowania równowagi tej historii.
Oczywiście warto wspomnieć też o pozostałych postaciach: Jack (Will Forte) to z kolei dusza towarzystwa i żartowniś, który rozładowuje napięcia humorem. Jack bardzo stara się podtrzymać na duchu zarówno żonę, jak i resztę przyjaciół, kiedy atmosfera się psuje. Jego optymizm bywa zaraźliwy, choć i on dostaje swoją porcję powagi, gdy na jaw wychodzą pewne skrywane żale między nim a Kate. Ta para pokazuje inną stronę kryzysu: nie zawsze wybuchowego, raczej podszytego cichymi pretensjami i lękiem przed rutyną. Z kolei Claude (Marco Calvani), to temperamentny Włoch o artystycznej duszy, który bywa nieco przerysowany, ale dodaje grupie energii. Przyznam, że chętnie dowiedziałbym się więcej o tym, co łączy tę dwójkę z resztą przyjaciół – serial sygnalizuje, że wszyscy znają się od lat, jednak niewiele czasu poświęcono historii ich znajomości. Mimo to sama obecność Danny’ego i Claude’a świetnie dopełnia grupę: pokazują, że różnice charakterów czy orientacji nie mają znaczenia, gdy ludzie naprawdę się przyjaźnią (choć szkoda, iż twórcy nie pogłębili bardziej tego wątku).
Ciekaw jestem, czy Ty również odniosłaś wrażenie, że to właśnie Danny nadaje ton całej opowieści?
Sylwia Sekret
Właśnie nie! I nawet teraz, kiedy o tym opowiedziałeś i całkiem słusznie uargumentowałeś, jakoś nie potrafię się do tego przekonać. Musiałabym chyba, znając Twój punkt widzenia, obejrzeć serial jeszcze raz i przyjrzeć się paczce przyjaciół, kładąc nacisk właśnie na rolę Danny’ego. Nie odczułam by ktokolwiek wychodził tu (w sposób negatywny bądź pozytywny) przed szereg, by ktoś spajał tę paczkę mocniej lub słabiej. Choć nie da się ukryć, że nie bez powodu, gdy małżeństwo Anne i Nicka się rozpada, to właśnie kobieta ostatecznie zostaje odsunięta, podczas gdy reszta jednak wciąż trzyma się razem.
Na pewno chciałabym chwilę poświęcić nowej partnerce Nicka, Ginny. Jakże łatwo byłoby bowiem ukazać tę relację tak, jak niegdyś ukazano inną relację, w której istotna była różnica wieku, a mianowicie Rossa i Elizabeth z kultowych Przyjaciół. W obydwu produkcjach wiek młodszej partnerki staje się przyczynkiem do żartów i docinek, jednak w sitcomie z 1994 roku dziewczynę wykreowano właśnie jako roztrzepaną, młodziutką (by nie napisać: głupiutką) studentkę, która w sposób jednoznaczny odstawała od starszego partnera i jego przyjaciół. Ginny tymczasem, choć początkowo również taka nam się wydaje i kusi, by potraktować ją bardzo stereotypowo – jako łasą na pieniądzę, śliczną blondynkę, która upolowała nie ukochanego, a sponsora, a w najlepszym przypadku ciekawą przygodę, okazuje się wrażliwą, młodą kobietą, która po prostu zakochała się w starszym mężczyźnie i próbuje się odnaleźć w nowej sytuacji, czego nikt jej nie ułatwia. To ona organizuje wycieczkę, stara się zapewnić atrakcje, przeżywa przeciwności, interesuje się przyjaciółmi Nicka. I cierpliwie znosi to, że jest kimś obcym w towarzystwie, które traktuje ją dodatkowo jak chwilowy kaprys będący efektem kryzysu wieku średniego. Ginny to więc ciekawa postać wymykająca się stereotypom, która dzięki temu również nieco obnaża przywary przyjaciół Nicka.
Jack i Kate to wydają się najbardziej zgraną parą, ale tak jak zaznaczyłeś, i oni mają swoje kryzysy, być może najpoważniejsze, bo wciąż ściskane kurczowo w dłoniach, ukrywane i raniące przez to ze zdwojoną siłą. Jack i Kate pokazują, że nie wystarczy po prostu się kochać, być przy sobie i nie zdradzać. POtrzeba czegoś więcej. Zawsze potrzeba czegoś więcej.
Swoją drogą konstrukcja tej pary bardzo przypomina mi inną, z serialu Modern Family, a mianowicie Claire i Phila. Ciekawa jestem, czy to tylko moje skojarzenie…
aktorstwo
Mateusz Cyra
Obsada Czterech pór roku to mieszanka znanych nazwisk i mniej oczywistych twarzy, która w większości zadziałała bardzo dobrze. Na pierwszy plan wysuwa się dla mnie Colman Domingo w roli Danny’ego – chciałbym go szczególnie pochwalić. Domingo tchnął w swoją postać ogromne pokłady ciepła i autentyczności. W scenach, gdy Danny próbuje godzić przyjaciół albo dzieli się własnymi doświadczeniami, Colman Domingo wypada absolutnie wiarygodnie. Miałem wrażenie, jakbym patrzył na prawdziwego członka tej paczki, a nie aktora odgrywającego rolę. Jego charyzma w spokojniejszych, dramatycznych momentach robi wrażenie, a jednocześnie potrafi on rozśmieszyć w lżejszych scenach – świetnie balansuje między komedią a emocjonalną głębią. Myślę, że bez niego serial sporo by stracił, bo każda scena z Dannym niesie ze sobą szczerość i serce.
Reszta obsady również radzi sobie solidnie. Tina Fey i Steve Carell, jako najbardziej rozpoznawalne gwiazdy, grają nieco na przekór swojemu komediowemu emploi – ich bohaterowie są bardziej stonowani, momentami przygaszeni życiowo. Fey nadaje Kate subtelności; jej komediowy timing ujawnia się w drobnych, ironicznych uwagach, ale generalnie pokazuje bardziej powściągliwą, trochę melancholijną twarz. Carell z kolei odgrywa Nicka jako człowieka zagubionego – i choć momentami brakowało mi u niego iskry (winą może być sposób napisania tej postaci), to nadal potrafił poruszyć w scenach ukazujących ból rozpadu małżeństwa. Bardzo podobała mi się ich ekranowa dojrzałość: oboje nie próbowali ukraść show, tylko grali zespołowo, dając przestrzeń innym aktorom.
Niestety, muszę wspomnieć o jednym zgrzycie obsadowym. Kerri Kenney w roli Anne okazała się najsłabszym ogniwem tej ekipy. Nie twierdzę, że Kenney to zła aktorka, ale tutaj jej casting wydał mi się nietrafiony. Anne jako postać przechodzi przez trudne, emocjonalne momenty i wymagała odtwórczyni, która przekona nas do swojego dramatu. Tymczasem Kenney nie do końca udźwignęła ciężaru poważniejszych scen. Jej gra była poprawna, ale zabrakło mi głębi – Anne w jej wykonaniu wypadła dość blado i trudno było mi się przejąć losem tej bohaterki tak, jak bym chciał. Do tego chemia między nią a Stevem Carellem była tylko umiarkowana, przez co ich małżeński kryzys nie poruszał tak mocno, jak mógłby. Szczerze mówiąc, miałem wrażenie, że Carell momentami jakby „gra sam ze sobą”, bo Kenney nie potrafiła dorównać mu w tych najbardziej emocjonalnych ujęciach. Szkoda, bo Anne powinna budzić w widzu współczucie jako ta porzucona żona, a tymczasem pozostała trochę papierowa i nijaka. Zastanawiam się, czy to kwestia doboru aktorki, czy może scenariusz jej nie pomógł – być może jedno i drugie. Ciekaw jestem, czy zgadzasz się ze mną w tej ocenie, Sylwia, bo kto wie, może dostrzegłaś w Anne coś, co mi umknęło?
Sylwia Sekret
Akurat tutaj zgadzam się z Tobą w stu procentach. Sama zastanawiałam się tylko, na ile jest to właśnie nietrafiony casting, na ile tak napisana postać, a na ile po prostu gra samej Kerri Kenney. Dramat porzucenia i rozstania, który tak naprawdę jest punktem zapalnym dla całego serialu nie wybrzmiewa tak, jak powinien, właśnie dlatego, że Anne jest raczej piątym kołem u wozu, który od początku wzbudza w widzu na przemian albo zażenowanie albo politowanie (nie litość, żeby była jasność) – a chyba nie do końca o to powinno chodzić. Niekiedy miałam wręcz wrażenie, że postać żony, a później już byłej żony Nicka ociera się wręcz o karykaturę.
Cała reszta, tak jak napisałeś, wypadła naprawdę bardzo dobrze – oglądało się ich z przyjemnością i przede wszystkim z przekonaniem, że są tymi postaciami, które grają, że odczuwają ich emocje i rozterki. I faktycznie, Colman Domingo skradał swoim występem niemal każdą scenę, nawet kiedy się (chyba) specjalnie nie starał. To jest właśnie chyba ta tajemnicza charyzma, o której tyle się mówi w odniesieniu do aktorów. A zadania Domingo nie miał łatwego, ponieważ jego ekranowy partner, Marco Calvani, a raczej Claude, w którego się wciela, to istny wulkan energii i ekspresji, niemal stworzony do tego, by kraść show, a mimo wszystko dzieje się inaczej.
Rola Carella jest bardzo dobra, ale zabrakło mi w jego postaci nieco więcej sprzeczności, czegoś, co pozwoliłoby temu aktorowi zagrać tym, co tak rewelacyjnie mu wychodzi – tym balansem na granicy komedii i autentycznego dramatu. Ach, szkoda, bo mogło być jeszcze lepiej! Taki nie do końca wykorzystany potencjał aż boli.
kwestie techniczne
Mateusz Cyra
Pod względem technicznym Cztery pory roku to solidna, choć nienarzucająca się produkcja. Serial nie próbuje olśniewać fajerwerkami realizacyjnymi – i w sumie słusznie, bo to nie thriller akcji czy sci-fi, tylko kameralna opowieść o ludziach. Zdjęcia są przyjemne dla oka i spełniają swoje zadanie. Podobało mi się, jak operatorsko oddano klimat każdej pory roku: wiosenne odcinki są pełne żywszych, jasnych barw, lato kipi ciepłymi kolorami, jesień ma bardziej stonowaną, złocistą paletę, a zimą w kadrach dominują chłodne, niebiesko-białe tony. Te wizualne smaczki subtelnie podkreślają nastrój poszczególnych etapów historii – to drobiazg, ale doceniam tę konsekwencję. Plenery i scenografie również robią swoje: od urokliwego letniskowego domku nad jeziorem po przytulną, zaśnieżoną chatkę w górach, lokacje budują wiarygodne tło dla wydarzeń i aż chciałoby się samemu w takich okolicznościach zrelaksować.
Montaż i reżyseria stoją na przyzwoitym poziomie, choć muszę zauważyć, że momentami brakowało mi odrobiny pazura w inscenizowaniu scen. Tak jak wspominałem wcześniej, zdarzały się fragmenty, gdzie dynamika siadała – być może bardziej kreatywny montaż czy odważniejsze decyzje reżyserskie pomogłyby tchnąć życie w te spokojniejsze sekwencje. Mimo to nie odczułem żadnych poważnych zgrzytów: narracja jest klarowna, a całość ma spójny styl. Muzyka w serialu spełnia rolę tła – przyjemnie ilustruje wydarzenia, choć żaden motyw szczególnie nie zapadł mi w pamięć. Technicznie więc serial nie wybija się niczym szczególnym, ale też nic nie irytuje. Ot, solidna rzemieślnicza robota Netflixa: ładnie nakręcona, dobrze zmontowana, poprawnie udźwiękowiona. W produkcji nastawionej na bohaterów i ich historię to zupełnie wystarcza. Czy Ty, Sylwiu, zwróciłaś uwagę na jakieś technikalia – może kadry, ujęcia albo wykorzystanie muzyki – które zrobiły na Tobie wrażenie? A może uważasz, że strona realizacyjna mogła być bardziej wyrazista?
Sylwia Sekret
Myślę, że w tego typu produkcjach, gdzie najważniejsze są dialogi, interakcje między bohaterami, spojrzenia, gesty, niuanse i przede wszystkim ludzkie – mniejsze i większe – dramaty, ta oprawa techniczna powinna po prostu nie przeszkadzać. Reszta obroni się sama. I tak też moim zdaniem tutaj się stało. Słusznie podkreśliłeś, że dobrze oddano i podkreślono kolejne pory roku. Muzyka nie zapadła mi jakoś wybitnie w pamięć, ale była chyba miłym dodatkiem.
Warto również korzystając z tej kategorii wspomnieć, że serial powstał na kanwie filmu o tym samym tytule. Dzieło z 1981 roku zostało napisane i wyreżyserowane przez Alana Aldę, który zainspirował się wydarzeniami z własnego życia. Co ciekawe, Alda wystąpił gościnnie w – bądź co bądź – serialowym remake’u swojego filmu, pojawiając się w ostatnim odcinku.
nadzieje na kolejny sezon
Mateusz Cyra
Finał pierwszego sezonu Czterech pór roku pozostawił nas z kilkoma otwartymi drzwiami, dlatego z umiarkowanym optymizmem spoglądam w przyszłość serii. Przyznam, że chciałbym zobaczyć kolejny sezon, o ile twórcy wyciągną wnioski z dotychczasowych potknięć. Potencjał na rozwinięcie tej historii jest, bo przecież życie bohaterów się nie kończy – przed nimi kolejne wyzwania, a my, widzowie, zdążyliśmy się do nich przywiązać. Mam nadzieję, że jeśli Netflix da zielone światło na drugą serię, zobaczymy jeszcze głębsze wejście w psychologię postaci. Marzy mi się, by scenariusz odważniej pogłębił te wątki, które dotąd były tylko muśnięte. Ciekawi mnie, jak grupa poradzi sobie rok później – czy ich przyjaźń nadal będzie kwitła, czy pojawią się kolejne próby? A może to inni bohaterowie staną przed poważnymi decyzjami życiowymi? Być może Kate i Jack będą musieli zmierzyć się z własnym demonem rutyny, a Danny i Claude z jakimś życiowym dylematem? A może będzie po prostu tak, jak mi wspominałaś podczas seansu, że Netflix planuje, żeby ten serial był czymś, co ma przypominać Biały Lotos i nie zobaczymy już tych konkretnych bohaterów, lub jeśli ich zobaczymy, to na krótko, gdzieś w drugim planie kolejnej opowieści?
Sylwia Sekret
Z jednej strony jest to spójna, zamknięta opowieść i serial Cztery pory roku mógłby się skończyć w tym miejscu i raczej nie zostawiłby po sobie większego niedosytu… Z drugiej jednak pojawia się na koniec coś, co otwiera wspomnianą przez Ciebie furtkę dość szeroko. Można ją zamknąć delikatnie i czasami pomyśleć sobie, co tam się dzieje u pozostawionych z nią bohaterach, ale można też otworzyć z impetem i po raz kolejny wkroczyć w ich życie, podglądając, jak radzą sobie z typowymi (i nietypowymi) dla małżeństw problemami. Nie wiem, jaki będzie ten drugi sezon, ale na pewno go obejrzę, kiedy się pojawi. Takich “zwykłych” historii, które są tak blisko nas, jest mimo wszystko wciąż za mało, dlatego nie mam nic przeciwko drugiemu sezonowi.
SŁOWEM PODSUMOWANIA
Mateusz Cyra
Cztery pory roku to dla mnie serial przede wszystkim ciepły i przyjemny, choć – co tu kryć – nierówny. Z jednej strony urzekł mnie szczerością relacji między bohaterami i kilkoma naprawdę świetnymi scenami, z drugiej potrafił chwilami znużyć zachowawczością lub chaotycznym prowadzeniem wątków. Mimo wszystko seans uważam za udany: polubiłem tę grupkę przyjaciół i cieszyłem się zarówno ich radościami, jak i przejmowałem zmartwieniami. Serial subtelnie przypomina, że każda relacja przechodzi swoje wiosny i zimy – czasem jest beztrosko i kwitnąco, innym razem chmury zasnuwają niebo – ale prawdziwa przyjaźń potrafi przetrwać wszystkie sezony. Za to przesłanie i za ciepłe emocje, których dostarczył mi finał, jestem w stanie wybaczyć twórcom potknięcia po drodze.
To dobra propozycja, jeśli szukacie czegoś lekkiego, a zarazem refleksyjnego – serialu, który rozgrzeje serce, choć niekoniecznie rzuci na kolana. Mam nadzieję, że ewentualny kolejny sezon sprawi, że jeszcze bardziej pokochamy tych bohaterów i ich historię.
Sylwia Sekret
Cztery pory roku zapełnia w pewnej części, moim zdaniem wciąż aktualną, niszę seriali, które nie mają nas powalić na kolana, ale przyciągnąć autentycznością. W których nie ma chwytających za serce zwrotów akcji, ale jest zwykłe życie. W których nie ma plejady dramatów wyciskających łzy, ale jest urzekająca zwyczajność. Ja takie seriale lubię, doceniam i chętnie po nie sięgam. Jeśli nie jestem jedyna i wśród naszych czytelników również znajdują się amatorzy tego typu produkcji, to z czystym sercem mogę polecić ten tytuł. Nie porwie Was bez reszty, nie zerwiecie całej nocy, by dowiedzieć się, co będzie dalej. Ale bardzo możliwe, że obejrzycie go z zaangażowaniem, rosnącą iskierką ciepła w sercu, z empatią dla bohaterów i z przekonaniem, że opowiada w sposób zabawny i mądry zarazem o sprawach, które wielu z nas dotyczą.
Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.
Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.
Na tej stronie wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Więcej informacji znajdziesz w polityce prywatności. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? ZGADZAM SIĘ
Manage consent
Privacy Overview
This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.