Historia bohatera – Mel Gibson – “Przełęcz ocalonych” [recenzja]

Mel Gibson na pewien czas zszedł z pierwszego planu Hollywood, czego powodem były skandale związane z jego osobą. Dopiero po upływie dziesięciu lat możemy podziwiać Amerykanina w roli reżysera za sprawą produkcji Przełęcz ocalonych. Opowiada ona o historii Desmonda Dossa, która wydarzyła się naprawdę – za bohaterstwo, m.in. podczas bitwy o Okinawę w 1945 roku, mężczyzna został nagrodzony Medalem Honoru, najwyższym odznaczeniem w Stanach Zjednoczonych.

Desmond Doss zaciąga się do wojska, ale jako sanitariusz – jego przekonania nie pozwalają mu na zabijanie ludzi, chociaż teoretycznie mogą być oni wrogami, jak również używania broni, nawet na szkoleniu. To prosta droga do wywołania niezadowolenia wśród przełożonych i pozostałych żołnierzy. Mimo to Desmond postanawia pozostać przy swoich poglądach, a jednocześnie wykazać się pomocą podczas wojennych starć, chociaż niewielu w niego wierzy.

Film zaczyna się w tradycyjny sposób, czyli najpierw przedstawiając życie przed pójściem na wojnę, zaś na przykładzie ojca bohatera, także jak wygląda już po niej. To wprowadzenie służy przede wszystkim bliższemu poznaniu Desmonda – jego dzieciństwa, charakteru, pobudek, z których wzięły się specyficzne przekonania, czy miłości. W ten sposób dostajemy bohatera z miejsca budzącego sympatię. Łatwo mu się kibicuje i emocjonuje każdą przeszkodą, na którą natrafia w drodze do swojego celu. Z pozytywnej strony prezentuje się w tej części Przełęczy ocalonych Andrew Garfield, grając zdeterminowanego, dobrego i skromnego chłopaka tak, że w luźniejszych momentach wywołuje uśmiech na twarzy.

Przełęcz ocalonych

Te fragmenty miewają jednak dramatyczne zabarwienie, głównie dzięki wspomnianemu ojcu Desmonda, na którym wojna odcisnęła wyraźne piętno. Jego tragedia – wiarygodnie odgrywana przez Hugo Weavinga – potrafi poruszać, ale sama postać może powodować też odmienne uczucia swoim zachowaniem. Obok tych chwil dostajemy bardziej optymistyczne, wręcz zabawne sceny. Pod względem humoru oczywiście najlepiej wypadają relacje w wojsku odtworzone według sprawdzonego przepisu. Dowódcy swobodnie rugają rekrutów, używając barwnych określeń, a ci niekoniecznie zachowują się odpowiedzialnie, dając możliwość do tworzenia niecodziennych, śmiesznych sytuacji.

Niestety to jedna z niewielu szans na przedstawienie postaci, które później biorą udział w bitewnych starciach. Przy czym jest ich tyle, że tylko kilka ma szansę być kojarzonymi przynajmniej z pseudonimu. Zdecydowanie więcej czasu dostał Desmond, natomiast pozostałych sportretowano dość lapidarnie. Być może dlatego wojenna część filmu z czasem przestaje interesować, a zaczyna się wypatrywać zakończenia. Podobnie działa patetyczność, która za bardzo wylewa się z obrazu. Zamiast pokazywania heroicznych scen, momentami lepiej wypadłoby spuszczenie z tonu i zastosowanie prostszych, ale mocniej łapiących za serce środków. Jednak reżyseria nadal zasługuje na pochwałę.

Przełęcz ocalonych

Wojna zostaje ukazana jako niepotrzebna rzeź, w której każdy wystrzał czy wybuch może zakończyć czyjeś życie (i często kończy). Mamy więc do czynienia z pacyfistycznym filmem, nie tylko ze względu na bohatera, unikającego broni i zabijania, lecz też zaakcentowanie bezsensowności śmierci. Technicznie trudno Melowi Gibsonowi coś zarzucić. Jest naprawdę efektownie, a choć dzisiaj widzowie mogli się trochę uodpornić na brutalność filmów i tak trafiają się sceny, które potrafią zrobić wstrząsające wrażenie. Można podziwiać pokazanie śmiercionośnych broni (np. miotacza płomieni), rozróżnienie stron konfliktu (Japończycy nieliczący się ze swoim życiem) i kilka szczególnie zachwycających ujęć. W podobnie entuzjastycznych słowach nie mogę wypowiedzieć się o muzyce Ruperta Gregsona-Williamsa, bo tylko niepotrzebne wzmacnia podniosłość Przełęczy ocalonych i tym samym pozostaje mi obojętna.

O pompatyczności już wspomniałem, ale za nią idą ważne przesłania. Film nawołuje nie tylko do zaprzestania zabijania – przekonuje też do pozostawania przy swoich poglądach, nawet jeśli otoczenie bierze nas za szaleńców i nakłania do innej postawy. To motywacyjna produkcja, która pokazuje, że warto w siebie wierzyć. Oglądając Przełęcz ocalonych, sam myślałem, że Desmmond powinien pójść na kompromis. Poza tym nieustępliwość głównej postaci bierze się z zaufania Bogu, z czego Mel Gibson korzysta np. w ostatniej scenie, która dodatkowo ma symboliczne znaczenie. Film tutaj nie oszukuje, ponieważ Desmond Doss był głęboko wierzącą osobą. Na końcu umieszczono wywiady z nim i świadkami jego dokonań, potwierdzające prawdziwości wydarzeń.

Przełęcz ocalonych

Przełęcz ocalonych to emocjonujący film, który pod względem technicznym doskonale ukazuje wojenne starcia. Chociaż zabiegi nadające mu pompatyczności z czasem stają się męczące i skutkują spadkiem zainteresowania, to produkcja Gibsona spełnia swoje zadanie – zapoznaje widza z historią Desmonda Dossa i demonstruje brutalność wojny. Biorąc pod uwagę, że scenariusz został oparty na faktach, tym bardziej opłaca się skorzystać z okazji i obejrzeć ten tytuł. 8/10.

Fot.: Monolith Films

Krzysztof Lewandowski

Student dziennikarstwa i miłośnik fantastyki. Uwielbia czytać książki (fantastyczne) oraz oglądać filmy i seriale telewizyjne (nie tylko fantastyczne). Nie ma nic przeciwko dobrej grze, zwłaszcza z gatunku cRPG, ale ostatnio częściej grywa w Fifę. Piłka nożna to jego pasja, lecz zdarza mu się śledzić zmagania w innych dyscyplinach sportowych – gdy jest komu kibicować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *