Kronika rodzinna – William Makepeace Thackeray – “Barry Lyndon” [recenzja]

lyndon

Podobno autor miał okazję osobiście poznać znamienitości swoich czasów, takich jak choćby Goethego czy Charlotte Brontë. Ta ostatnia dedykowała mu nawet jedną ze swoich powieści. William Makepeace Thackeray nie jest popularny na polskim rynku wydawniczym, choć był niezwykle płodnym pisarzem. Dorobił się nawet kilku pseudonimów: Charles James Yellowplush, Michael Angelo Titmarsh, George Savage FitzBoodle. Obecnie wydawnictwo Replika przypomina nam jedną z jego ważniejszych książek. Łotrzykowska powieść o Barrym Lyndonie po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w 1844 roku. Od tego czasu wielokrotnie bywała wznawiana, choć pod lekko zmienionym tytułem. W Polsce została wydana po raz pierwszy.  Stała się także inspiracją dla filmu Kubricka, który zaczerpnął od autora wątek fabularny, narrację i dialogi, a przede wszystkim ducha epoki drugiej połowy XVIII wieku.

Większość książek Thackeraya to psychologiczne portrety społeczeństwa angielskiego. W swojej twórczości zwykle dowcipnie i krytycznie demaskuje hipokryzję (także obyczajową) wyższych sfer. Tym razem ducha epoki sportretowanego za pomocą arystokracji poznajemy z perspektywy Irlandczyka – Redmonda Barry’ego. Na pierwszej stronie dowiadujemy się, że kluczową rolę w życiu rodziny (której rodowód sięga powstania świata) odgrywały kobiety. A z całą pewnością odpowiadały za wszelkie intrygi. Nie da się także ukryć, że ta jakże nobliwa rodzina czasy swojej świetności ma już dawno za sobą. Majątek przepadł przez wojenną zawieruchę, zdradę, czas, ekstrawagancję wcześniejszych pokoleń oraz związek z monarchią. Bohater jednak nie dopuszcza tej myśli i kreśli swój obraz jako szlachetnego dżentelmena uznanego w Irlandii i całej Europie. Przewidział nawet niedowierzania odbiorców: Prawdopodobnie będziecie się zastanawiać, jak to się stało, że wiejski chłopak jak ja wykształcony wśród irlandzkich  paniczów i ich służby w stajniach i na farmach zdobył eleganckie maniery, których jakości bezsprzecznie nikt mi nie może odmówić.

Kobiety to kolejny wątek, który chętnie porusza Redmond. Temat  stary jak świat, który dotyka młodych i starych. To o nich się marzy, o nich bez przerwy opowiada. Bywają kobiety śliczne i brzydkie, proste i skomplikowane (ale uwierzcie mi, przed osiągnięciem pięćdziesiątego roku życia nie natrafiłem na takie zjawisko jak nieskomplikowana kobieta), jednak wszystkie poruszają nasze serca. Miłość! Słowo to składa się z najpiękniejszych samogłosek i spółgłosek, jakie zna język. Cóż, miłość, honor, duma, pozycja, waleczność – to mieszanka wybuchowa.

Arystokracja przedstawiona w książce jest pełna wad. To żadna nowość. Jednak autor potrafi mimo to stworzyć sentymentalny portret hierarchii społecznej. Nie słyszeliście o zacnej rodzinie Barrych z Barryoughe? Nie przyznawajcie się do tego głośno, tylko czym prędzej nadróbcie zaległości. Poznajcie jej przedstawiciela, który opuszcza dom, by zarobić fortunę i zdobyć uznanie. By zyskać to, o czym marzy, nie cofnie się przed niczym ani nikim. Czy przywróci rodzinie choć odrobinę dawnej świetności?

Fot. Replika

 

Magdalena Kurek

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Gdańskim. Zgodnie z sentencją Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, pismo zostaje) pracuje nad rozprawą doktorską poświęconą interpretacji muzyki w prasie lat ’70 i ‘80. Jej zainteresowania obejmują literaturę i sztukę, ale główna pasja związana jest z tempem 33 obrotów na minutę (mowa oczywiście o muzyce płynącej z płyt winylowych).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *