Głębszy odcień czerni – Frank Miller – „Sin City. Tom 6” [recenzja]

Frank Miller to artysta wybitny. Wie to każdy miłośnik komiksów. Szersza publiczność o Millerze usłyszała, kiedy do kin wszedł film w momencie premiery nieporównywalny z jakimkolwiek innym obrazem filmowym. Sin City. Miasto grzechu Roberta Rodrigueza zatarło granice między filmem a komiksem i raz na zawsze zmieniło nasze postrzeganie nie tylko powieści graficznych, ale i sztuki filmowej i możliwości, jakie niesie połączenie tych sposobów artystycznej ekspresji. Sin City Rodrigueza powstało na kanwie komiksowej serii pod tym samym tytułem, której autorem jest nie kto inny, jak Frank Miller właśnie. Miller zresztą maczał palce także w filmowej adaptacji i zostawił swój bardzo wyraźny podpis na tym dziele. Ogromny sukces ekranizacji sprawił, że Miller z gwiazdy dość niszowej gałęzi sztuki stał się częścią szeroko rozumianej kultury popularnej. 

Czarno-biały świat

Szósty tom serii Sin City autorstwa Franka Millera Girlsy, gorzała i giwera składa się z jedenastu krótkich opowieści. Ich głównymi bohaterkami są kobiety. Jeśli dodać do tego inne stałe elementy serii, czyli posępnych mężczyzn po przejściach, szemrane interesy i brudne zaułki skorumpowanego, zepsutego miasta, dostajemy rasowy kryminał noir.

Że Phillip Marlow ma się dobrze, wie każdy pochłaniacz popkulturowej pulpy. Seria Sin City jest na to znakomitym dowodem. Znów dostajemy historię, którą widzieliśmy to tysiąckroć, a mimo to wciąż chcemy więcej. Mamy więc wszystkie części składowe rasowego czarnego kryminału sygnowanego nazwiskiem Marlowa. Brutalnych mężczyzn o duszach czarnych jak smoła, ulegających wdziękom zabójczo pięknych i zabójczo niebezpiecznych kobiet. Brudne miasto, w którym żyć potrafią tylko desperaci i wszechobecną czerń.

W cieniu

Sin City to mistrzostwo operowania czernią i bielą, które jednocześnie ze sobą kontrastują i współgrają. I to zaskakująco wiele sposobów. Miller jest artystą niezwykle odważnym. Dla wizualnego efektu gotów był poświęcić całe plansze na tło opowieści: zacinające strugi deszczu, skok w przepaść ulicy, taniec striptizerki w barze. Kadry w tej opowieści to prawdziwe mistrzostwo.

Jak każdy szanujący się kryminał noir, tak i Sin City, wprowadza czytelnika w rzeczywistość, która jest jedną wielką grą cieni. Postaci chowają się w mroku, krążą po ciemnych zaułkach i zakazanych dzielnicach, przesiadują w obskurnych barach. I prowadzą ze sobą gry pełne dwuznaczności i niedopowiedzeń, w które czytelnik wciąga się zdumiewająco łatwo.

Świat bez bohaterów

W tym brudnym, zagrażającym świecie próżno też szukać pozytywnego bohatera. Osiłek Marv jest raczej wzorowym antybohaterem, postacią zbudowaną z przeciwieństw. Raz maszyna do zabijania, raz namiętny kochanek, w zależności od okoliczności przyrody. Oczywiście nie ma sensu doszukiwać się jakiegokolwiek psychologicznego prawdopodobieństwa w kreacjach mieszkańców Miasta Grzechu. To ludzie-alegorie, jak w średniowiecznych przypowieściach. Ludzie, niosący określony bagaż doświadczeń, który całkowicie ich określa. Odtwarzający wciąż ten sam scenariusz losu, od którego nie ma ucieczki. Bo nad Sin City i jego mieszkańcami wisi fatum.

Komiksowe arcydzieło

Jest to zarazem świat paradoksalnie uwodzicielski. Jak każda porządna opowieść noir Sin City fascynuje na wiele sposobów. Artystycznie wysmakowanymi kadrami. Scenariuszem ponownie powołującym do życia klasyczną opowieść o wyrzutkach wiodących pieskie życie. Pięknymi portretami famme fatale i mniej pięknymi męskimi bohaterami stawiającemu czoło losowi z ironicznym uśmieszkiem.

Sin City to wyjątkowe komiksowe zjawisko. Bezkompromisowe, odważne, łączące rozrywkę niskich lotów z najczystszym artyzmem. I zaskakujące, bo sztampową, przewidywalną fabułę przekazano za pomocą formy  przesadnej, buńczucznej i estetycznie wysmakowanej. Klimat Sin City po prostu nie ma sobie równych.

Fot. Egmont


Przeczytaj także:

Recenzja komiksu Harleen

Recenzja komiksu Stwory nocy

Write a Review

Opublikowane przez
Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.