Kim Gordon

Koniec jest nowym początkiem – Kim Gordon – „Dziewczyna z zespołu” [recenzja]

Kim Gordon nie zawsze była dziewczyną z zespołu. Jej biografia to książka drogi – od młodej, dojrzewającej dziewczyny, która dopiero zaczyna poznawać prawdziwe życie, przez najważniejsze wybory życiowe i dążenie do realizacji marzeń, do kobiety, matki i artystki. Mimo licznych sukcesów nie gwiazdorzy, opisuje wszystko zgodnie z prawdą. Nie szczędzi gorzkich słów pod adresem byłego męża i ojca swojej córki, choć pisanie ich z pewnością do łatwych nie należało – cóż, pisanie książki mogło stanowić element terapii. Dziś jest silna i pokazuje, że wszystkie te doświadczenia ją zbudowały, dzięki czemu potrafi sobie poradzić z każdym wyzwaniem sama. W swoich jakże intymnych, kilkudziesięciu opowieściach wyłania się także portret Ameryki tamtych lat.

Pierwszy rozdział książki zatytułowany jest wymownie – koniec. Dotyczy on zarówno ostatniego wspólnego koncertu (który mimo wszystko nie różnił się niczym od poprzednich), jak i rozpadu wieloletniego związku (który mocno wewnętrznie przeżyła). Po dwudziestu siedmiu latach małżeństwa wszystko się zawaliło. Para, o której wszyscy myśleli, że jest wspaniała, normalna i niezniszczalna, która dawała młodym muzykom nadzieję, że można przetrwać w szalonym rockandrollowym świecie, stała się kolejnym typowym przykładem związku, który zakończył się fiaskiem. Co za banał, kryzys wieku średniego, druga kobieta, podwójne życie. Po upływie tylu lat, tak wspomina swój związek: Gdy patrzę na nasze stare zdjęcia, muszę wierzyć, że byliśmy szczęśliwi – przynajmniej tak szczęśliwi, jak może być szczęśliwych dwoje artystów pod naporem bieżących zobowiązań, trapiących lękami o przyszłość, o własne pomysły i walczących z wewnętrznymi demonami.

Od dziecka wiedziała, co chce robić w życiu. Od samego początku chciała być artystką. Nic innego się dla niej nie liczyło. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że to marzenie może się nie spełnić. Jednak nie zawsze była dziewczyną z zespołu. Dorastając, nie śpiewała. Słuchała Dylana, Beatlesów, Buchleya. Popalała trawkę i tworzyła sztukę. Wszystko zaczęło się podczas studiów, gdy na potrzeby projektu semestralnego wraz z grupą przyjaciół założyli zespół. Nazwali go Below the Belt. Śpiewała i grała w nim na tamburynie. Ich występy nazywano przejawami czystej anarchii. Na rozwój jej muzycznych pasji wpływ miało także poznanie Mary Lamley, które zaowocowało otrzymaniem gitary. Świat jest jednak mały i okazało się, że Thurston, z którym już wtedy była w związku, znał doskonale poprzednią właścicielkę instrumentu, jak i samą gitarę. Uznali to oboje za znak od losu, przeznaczenie. W ten dziwny i niespodziewany sposób coś ich połączyło, mimo że było w nim coś dziwnego, lecz nie przesadnie. Grał na gitarze w sposób swobodny i nieokiełznany.

Potem nadszedł czas na kolejny, tym razem żeński zespół – Introjection. Niestety na pierwszym koncercie nie wykonały dobrze swojego zadania, dlatego żywot grupy nie był długi. Przełomem okazał się band założony wraz z Thurstonem. Wielu pytało, dlaczego w muzyce Sonic Youth jest tak dużo dysonansu. Kim twierdziła, że odpowiedź jest tylko jedna: Nasza muzyka jest realistyczna i dynamiczna, ponieważ właśnie takie wypełnione skrajnościami jest nowojorskie życie. Pragnęli zatracić się w muzyce i wyzwolić dzięki niej.

Właśnie dlatego, wśród licznych opisów nie mogło zabraknąć wspomnień dotyczących Nowego Jorku, który kiedyś zapamiętała jako miasto w kryzysie, ale z duszą. Dziś trzęsie nim Wall Street i przemysł modowy. Wszelkie fascynacje, zjawiska kulturalne nie trwają tu dłużej niż dziesięć minut. Tym trudniej jest jej pisać o Nowym Jorku – zakochała się bowiem w tym mieście. W żadnym innym nie czuła się bardziej u siebie, choć zaznała tu samotności i biedy. To miejsce ciągle tętniące życiem jest gmatwaniną barw, kształtów, kątów i wysokości.

Być może niewiele mówi Wam zespół Sonic Youth. Nie zmienia to jednak faktu, że biografia Kim Gordon nie należy do typowych muzycznych historii. Autorka jawi się w niej jako wrażliwa i ciekawa osoba, która wiele w swoim życiu przeszła, ale nigdy się nie poddała. W swych wspomnieniach, które mogły stanowić dla niej pewien walor terapeutyczny (Podobno jak kończy się małżeństwo, nie można już znieść tych wszystkich drobiazgów, których wcześniej się nie zauważało), kreśli ważne momenty życia (założenie zespołu, stworzenie rodziny, urodzenie córki), przybliża sylwetki artystów z pierwszych stron gazet i tych pozostających w ich cieniu. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak opisuje całe swoje życie; co czytała i jaka literatura miała na nią wpływ; co ją i zespół łączy z Nirvaną i Courtney Love; o czym były ich utwory; jak zespół czuł się na początku na scenie; kim się inspirowali; skąd brali pomysły na okładki płyt; jak artystka się czuła, gdy pytali ją: jak to jest być dziewczyną w zespole?; jak się łączy rolę matki z muzyką i w końcu: jak wyglądają imprezy z tamtejszą bohemą w Los Angeles – to koniecznie sięgnijcie po tę jakże wielowątkową biografię.

Fot.:  Wydawnictwo Czarne

Kim Gordon

Write a Review

Opublikowane przez

Magdalena Kurek

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Gdańskim. Zgodnie z sentencją Verba volant, scripta manent (słowa ulatują, pismo zostaje) pracuje nad rozprawą doktorską poświęconą interpretacji muzyki w prasie lat ’70 i ‘80. Jej zainteresowania obejmują literaturę i sztukę, ale główna pasja związana jest z tempem 33 obrotów na minutę (mowa oczywiście o muzyce płynącej z płyt winylowych).

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.