Czasem lepiej zjeść Big Maca – Adriana Lisboa – „Symfonia w bieli” [recenzja]

Dzięki Serii Brazylijskiej, Domu Wydawniczego Rebis, doczekaliśmy się debiutu na polskim rynku brazylijskiej autorki młodszego pokolenia, której twórczość znana jest już w kilkunastu krajach świata (opis z okładki), Adriany Lisboi. Wydana po raz pierwszy w 2001 roku Symfonia w bieli to najbardziej znane dzieło 46-letniej obecnie autorki, za które w dwa lata po debiucie uhonorowana została portugalską nagrodą Saramago, a sam José Saramago skomplementował Brazylijkę słowami: Oto poznaliśmy pisarkę, która na zawsze znajdzie swoje miejsce w światowej literaturze. Czy ta zachwycająca naprawdę piękną i klimatyczną okładką (brawa dla wydawcy), wypełniona barwnymi opisami powieść sprzed ponad dekady, jest w stanie spopularyzować nad Wisłą nazwisko pisarki i przysporzyć jej nowych fanów? Zdecydowanie TAK, choć ja akurat do grona tego zaliczać się raczej nie będę.

Okładkowy opis powie nam, że fabuła Symfonii w bieli skupia się wokół trójki bohaterów, prawda jest jednak taka, że najbardziej istotne role odgrywają tu dwie siostry – młodsza, zbuntowana Maria Inês oraz starsza, spokojniejsza Clarice, których to historię, od wczesnego dzieciństwa aż po wiek dojrzały, śledzimy na kartach powieści. Trzecią z postaci jest Tomás, malarz, a zarazem były kochanek Marii Inês. Najważniejszym, co wnosi do niniejszej lektury ostatni z wymienionych, jest sam jej tytuł nadany od nazwy obrazu pędzla Whistlera. To właśnie kobietę w bieli, uosobienie piękna, widzi pewnego dnia młody artysta, wyglądając przez okno jednej z kamienic w Rio de Janeiro, a wspomnienie tego widoku będzie towarzyszyło Tomásowi przez resztę życia. Losy całej trójki, choć odrębne, przeplatać się będą ze sobą na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a elementem je spajającym będzie rodzinny dramat oraz skrywany na dnie serca, niewypowiedziany, bolesny sekret.

Symfonia w bieli to książka z zaburzoną chronologią wydarzeń. Autorka rozpoczyna opowieść, prawie że na samym jej końcu, by po chwili (umiejętnie) cofnąć się do młodzieńczych lat, spędzonych przez siostry w wiosce, nieopodal zakazanych kamieniołomów. Następnie mamy przeskok do „chwili obecnej”, a zaraz po nim kilka stron traktujących o czasach, kiedy obu dziewczynek nie było jeszcze na świecie. Z pozoru całe to skakanie pomiędzy teraźniejszością a przeszłością może się wydawać chaotyczne, na szczęście udaje się Brazylijce, trzymając wszystko w ryzach, zapanować nad całością, nie wywołując u czytelnika dyskomfortu zagubienia w opowiadanej historii. Historia ta z kolei, sama w sobie, zawiera zaledwie szczątkowe elementy czegoś, co w większości innych dzieł literackich nazywamy „akcją”; przedstawiony powyżej ogólny jej zarys jest właściwie wszystkim, co można na temat „akcji” powiedzieć. Całość kręci się tutaj wokół nienazwanego po imieniu dramatu i to on jest osią wydarzeń, a dokładniej rzecz ujmując – emocji towarzyszącym poszczególnym bohaterom, bo to emocje, nie konkretne wydarzenia, są w Symfonii najważniejsze.

W swym najbardziej rozpoznawalnym utworze pisarka, odnosząc się również do historii swej ojczyzny, kreśli przed nami obraz zupełnie innej Brazylii niż ten, który zazwyczaj widzimy oczyma wyobraźni, sugerując się medialnymi opisami. Nie zobaczymy u Lisboi odzianych w kolorowe pióropusze, opalonych dziewcząt tańczących w rytmie Samby, nie zobaczymy palm i czystego gorącego piasku, dostaniemy za to przepełnioną bólem opowieść osadzoną m.in. w mrocznych kamieniołomach czy też ponurym i nijakim domu rodzinnym Marii i Clarice. Całości dopełniają bohaterowie, czyli nasiąknięte negatywnymi emocjami, pałające żądzą zemsty, złamane przez życie jednostki. Nie tak wyobrażamy sobie karnawałową Brazylię prawda? Taką jednak Brazylię przedstawiam nam Adriana Lisboa, próbując jednocześnie pokazać czytelnikowi, jak konserwatywny jest to kraj i jak ten konserwatyzm wpływa na ludzi w nim mieszkających.

Choć, na całe szczęście, autorka nie serwuje nam ckliwego romansu, książka sama w sobie może wciągnąć a za najmocniejszy jej punkt można uznać naprawdę mocny finał. Jak już wspomniałem, sam fanem talentu tej pisarki raczej nie zostanę. Powód? Przede wszystkim styl, jakim posługuje się pisarka, i mówię tu o dwóch jego aspektach. Pierwszym jest sam język, który na wielu czytelnikach prawdopodobnie zrobi wrażenie, ja jednak daleki jestem od zachwytów. Przykładowe cytaty z omawianej lektury: Poranek miał barwę niewzbudzającego zaufania błękitu. Intensywnego, ale porowatego, z nieskończonością przerw, skaz, niedopatrzeń. Nazbyt intensywny, jak błękit obrazu olejnego, jak sztuczny błękit powstały na palecie artysty – albo w słowach artysty. Cytat numer dwa: Bangwille kwitły jak dzikie, niemal agresywnie, nieeleganckie gałęzie bezceremonialnie się narzucały, a ciernie przeczyły delikatności kwiatów. No właśnie. Nie chcę tu wyjść na ignoranta, nie chcę też zostać źle zrozumiany, oczywiście potrafię docenić zabawę językiem, grę słów i cały ten gramatyczny kunszt, tyle tylko, że jak w każdej dziedzinie, trzeba znać umiar albo przynajmniej zachować jakieś proporcje. Rozumiem taką a nie inną wrażliwość autorki, jednak w odniesieniu do tej powieści i stylu, w jakim została napisana, idealnie pasuje powiedzenie: „co za dużo, to niezdrowo”. Oczywiście, można się językiem bawić, jednak nie prawie że zdanie po zdanie! Naprawdę męczące (przynajmniej dla mnie) było przedzieranie się przez wszystkie te kwieciste opisy; nawet przez moment nie dała Brazylijka chwili oddechu. Raz na jakiś czas przydałoby się zwyczajne: „miał oczy w kolorze błękitu” czy „obok domu rósł dąb”; nie, nie, tutaj oczy zawsze musiały mieć kolor niespokojnego morza, przywodząc na myśl wspomnienie jakiejś kawiarenki czy upalnego dnia spędzonego na zajadaniu się obłędnymi wręcz lodami o trylionie smaków, dąb natomiast musiał być silny niczym [tu wstaw opis któregoś z greckich herosów, WAŻNE – opis ten musi ciągnąć się przez co najmniej trzy linijki], musiał również – a jakże – przywodzić na myśl jakieś wspomnienie. Kolejną kwestią odnośnie stylu jest „robienie z igły widły” i próba mydlenia czytelnikowi oczu. Dramat stanowiący epicentrum całego zła (którego z szacunku dla potencjalnych przyszłych czytelników, tak jak autorka, nie nazwę) nie jest tematem łatwym, nie jest też niczym nowym. I chociaż doceniam wyrafinowane metody, przy pomocy których pani Lisboa chciała się z nim rozprawić, nie mogę nie zauważyć, że było to najzwyklejsze wciskanie kitu. Już po mniej więcej 30 stronach (książka liczy 200) wiadomo było, co spowodowało siostrzaną traumę, tymczasem pisarka, przez następne 150 stron próbuje robić z tego wielką tajemnicę, zupełnie jakby przeciętny zjadacz chleba nie był w stanie wyczytać wszystkiego między wierszami. W wielu powieściach, na kilku stronach udaje się, choć pewnie nie z takim rozmachem, opisać to, do czego pisarka z Rio dąży okrężną drogą przez prawie całą książkę. Oczywiście, jak wspomniałem, przede wszystkim chodzi tu o emocje, jednak jak na mój gust mamy tu do czynienia z klasycznym przejawem przerostu formy nad treścią.

Przyznam szczerze, że sięgnąłem po tę konkretną pozycję, skuszony kapitalną okładką oraz nadzieją na poznanie od wewnątrz dalekiej nam, Europejczykom, południowoamerykańskiej kultury. Nie mogę powiedzieć, że się zawiodłem, bo i oczekiwań względem Symfonii w bieli wielkich nie miałem. W żadnym też wypadku nie będę nikomu lektury tej odradzał, wręcz przeciwnie, ponieważ – co wielce prawdopodobne – opinia większości czytelników, będzie zdecydowanie bardziej pochlebna niż ta, którą teraz czytacie. Jednak nawet mnie udało się dostrzec niewątpliwe plusy dzieła Adriany Lisboi, do których zaliczyć można sprawne przeskoki czasowe w treści opowiadanej historii czy też zapadający w pamięci finał, w którym autorka odkrywa wszystkie karty i nawet fakt, że są to karty znaczone, nie psuje ogólnego, mocnego wrażenia. Trzeba także oddać pisarce, że jest szczera, widać, że przelewa na papier całą swoją wrażliwość, do mnie jednak ta wrażliwość nie do końca trafia. To, co wielu uzna za najmocniejszą stronę Symfonii, czyli język, mnie najbardziej drażniło. Niestety, przez prawie całą lekturę odnosiłem wrażenie, że debiutująca na naszym rynku autorka, w każdym kolejnym zdaniu ściga się sama ze sobą, na zasadzie: „zobaczcie, ile jeszcze znam metafor, zobaczcie, ile jeszcze porównań udało mi się wymyślić”; przez cały czas siedziało mi gdzieś z tyłu głowy, że ktoś tu próbuje mi wmówić, że jego dzieło jest czymś lepszym, niż w rzeczywistości jest. Sam jestem sobie winny, sam zapędziłem się w kozi róg, nie zważając na ostrzeżenie na okładce – Wyrafinowana, mistrzowska powieść, którą po prostu się smakuje. I rzeczywiście, tak też jest, problem jednak w tym, że z mojego punktu widzenia, pani Lisboa próbuje nam zaserwować przekombinowane danie na miarę finału Masterchefa pod czujnym okiem Magdy Gessler czy Gordona Ramsaya, ładując na talerz wszystkie najbardziej wyszukane składniki naraz. To tak, jakby podano mi jagnięcinę w sosie truflowym z dodatkiem owoców morza, na szpinakowym purée z domieszką słodkich warzyw, najlepiej jeszcze skropione sokiem ze świeżo wyciśniętych pomarańczy i ozdobione bezą. Oczywiście dla niektórych będzie to mistrzostwo świata, u innych może wywołać niestrawność. Dlatego też nie jest to książka, którą mogę polecić każdemu, bo są i tacy którzy z większym apetytem pochłoną literackiego, smażonego na głębokim oleju burgera. Być może składniki użyte do jego przygotowania nie będą równie wykwintne jak te, którymi raczy nas Adriana Lisboa, jednak czasami naprawdę lepiej jest zjeść Big Maca.

Fot.: Dom Wydawniczy Rebis

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.