Filmy,Patronat,Recenzje

Rozliczenia z przeszłością – Radu Jude – “Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” [recenzja]

radu jude
radu jude

Radu Jude to obecnie jeden z najważniejszych twórców kina rumuńskiego, a jednocześnie chyba najbardziej osobny. Każdy jego kolejny obraz filmowy nie jest podobny do poprzedniego. Bawi się on różnymi konwencjami, opowiada snute przez siebie historie w rozmaitych tonacjach i stylistykach, ale też mierzy się z różnorakimi tematami, w tym też takimi, które mają na celu demitologizację narodowych narracji historycznych. O ile jego poprzednie dzieło, tj. Zabliźnione serca, było intymną ekranizacją prozy międzywojennego rumuńskiego pisarza Maxa Blechera, który zmarł przedwcześnie na gruźlicę kości, a sam film był filozoficznym wywodem na temat przemijania, o tyle najnowsze dzieło rumuńskiego twórcy dotyka problematyki uwikłania Rumunów we współpracę z hitlerowską Trzecią Rzeszą. Dystrybutorem filmu jest firma Aurora Films, a Głos Kultury sprawuje patronat nad festiwalem Wiosna filmów, na którym jest on pokazywany.

Sam dziwaczny tytuł to de facto cytat z Iona Antonescu, faszystowskiego dyktatora Rumunii w czasie II wojny światowej, który miał sformułować tę deklarację w trakcie posiedzenia Rady Ministrów latem 1941 r., kiedy to na froncie wschodnim rozpoczęły się antyżydowskie czystki, w których rumuńska armia stała wręcz w gorliwej awangardzie na długo przed niemiecką konferencją w Wansee, gdzie podjęto decyzję o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej.

Radu Jude nie po raz pierwszy wykazuje się odwagą w podejmowaniu tematów, które do tej pory stanowiły temat tabu w rumuńskiej debacie publicznej. Jego obraz Aferim!, wykorzystujący schemat westernu, był historiozoficzną przypowieścią o powszechnym jeszcze w XIX wieku niewolnictwie, jakim w istocie było pańszczyźniane przywiązanie chłopa do ziemi. Zapewne w polskim kinie odpowiednikiem Jude mógłby być chociażby Wojciech Smarzowski.

Najnowszy tytuł Rumuna zdumiewa przede wszystkim formą. Mniemam, że jej unikatowość była jedną z najważniejszych przesłanek, która legła u podstaw tego, że artyście przyznano główną nagrodę na festiwalu w Karlowych Warach. Reżyser nie wypowiada się bowiem o rumuńskiej współodpowiedzialności wprost i bezpośrednio, zaś jego niemal dwu i półgodzinny obraz nie jest dziełem kostiumowym. Stanowi natomiast swoisty konceptualny eksperyment, którego materią jest język kina i sposób, w jaki to medium radzi sobie z przepracowywaniem narodowych traum.

Główna bohaterka, Mariana, to reżyserka teatralna, która obrała sobie ambitny cel, jakim jest zrekonstruowanie zdobycia przez rumuńską armię Odessy w 1941 r. w sposób wolny od narosłych przez dziesięciolecia wokół tego zdarzenia patriotycznych i bogoojczyźnianych mitów. Jest to szczególnie trudne w kraju, w którym w publicznej telewizji wciąż emitowane są panegiryki sławiące wspomnianego Conducatora Antonescu i wciąż żywe są nastroje antysemickie. W ocenie głównej protagonistki dramatu Rumunia jest najbardziej antysemickim krajem w Europie. Jej wnikliwość spotyka się z murem obojętności czy wręcz sugestiami ze strony producenta, aby wycofała się z określonej formy swojego projektu.

Najnowszy film Radu Jude jest dziełem niezwykle trudnym w odbiorze i to nie tylko ze względu na rozmiary czasowe. Całość trwa niemal dwie i pół godziny. Film zbliżony jest bardziej do formatu reportażu telewizyjnego, względnie swoistego making of z planu filmowego, niż pełnowymiarowego obrazu fabularnego. To w istocie korowód często rozwleczonych, mało efektownych wizualnie, statycznych scen, obejmujących żarliwe oraz erudycyjne dyskusje Mariany z producentem na temat zasadności podejmowanych przez nią czynności.

Sam obraz jest przy tym zaskakująco chłodny i w żadnej mierze nie przypomina na przykład polskiego Pokłosia Władysława Pasikowskiego. Jego tematem nie jest zresztą zakres ekspiacji narodu rumuńskiego za dawne zbrodnie, lecz bardziej poziom współczesnej wiedzy Rumunów na temat swojej, nie tak odległej, historii. Warto zapoznać się z tym interesującym tytułem nie tylko po to, aby dowiedzieć się czegoś o wciąż mało znanym w Europie epizodzie z II wojny światowej, ale też by zorientować się, jak z podobnymi wciąż nieprzepracowanymi tematami radzą sobie inni i jakie znajduje to odzwierciedlenie w kinematografii.


Przeczytaj także:

Recenzja filmu Aferim!

Podobne wpisy:

Ocena ogólna 7.5
7.5Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *