Filmy,Recenzje

Wszystko na wierzchu – Adina Pintille – “Touch Me Not” [recenzja]

Prawdziwa sztuka żywi się radykalnym ekshibicjonizmem. Do właśnie takiego wniosku można dojść podczas seansu Touch Me Not. Dzieło Adiny Pintille to paradokumentalna kronika intensywnych przeżyć Laury, Christiana i Tomasa – trójki bohaterów, którzy za namową reżyserki próbują przełamać słabości. Film rumuńskiej artystki przypomina eksperymentalny video art, przeczący wszystkim konwencjom X Muzy, poprzez postawienie na skrajne emocje, kosztem tradycyjnie pojmowanej fabuły.

Występujący na ekranie aktorzy, mimo że nie grają samych siebie, to pozwalają sobie na autoterapeutyczną szczerość, upłynniając granicę pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Ich role kreują unikalny performance, rysujący wieloaspektowość ludzkich jednostek. Fizyczne niedoskonałości, subtelne gesty oraz płyny ustrojowe wysuwają się na pierwszy plan, ukazując protagonistów stawiających czoła prywatnym kompleksom. Obserwujemy, jak cała trójca rozbija wewnętrzne skorupy i próbuje zaakceptować samych siebie. Touch Me Not celebruje dyskomfort, definiując go jako nierozerwalną część dogłębnego poznawania naszego gatunku. Tylko poprzez eksplorację najbardziej skrytych traum oraz fetyszy, jesteśmy w stanie posiąść wiedzę na temat bliźnich. Kamera rejestruje trudną walkę z zahamowaniami, prowadzącą do kluczowych życiowych zmian. W trakcie psychologicznej potyczki anatomiczne defekty zostają przedefiniowane – niepożądana fizjonomia przeobraża się w element manifestujący siłę oraz wolność.

Pintille poświęca sporo uwagi nie tylko powierzchowności, ale też umysłowi. Szereg scen przedstawiających niezwykle poruszające konwersacje na temat pragnień i lęków rozmówców wyraża całą gamę odczuć kilkoma prostymi zdaniami. Minimalistyczne dialogi prezentują niejednoznaczność indywidualnych pragnień przy pomocy wymownych pauz i zdawkowych, aczkolwiek wyczerpujących temat wypowiedzi. Istotną funkcję w formalnym eksperymencie odgrywa reakcja odbiorcy. Przyglądający się zmaganiom postaci widz, pełni równocześnie dwie odmienne role. Z jednej strony usiłuje zrozumieć problemy Laury, Christiana i Tomasa, a nawet znajduje w nich odbicie swoich dylematów. Utożsamiając te wątpliwości z bolączkami ekranowych figur, odczuwa specyficzną więź. Natomiast nagromadzenie momentów nagości (zarówno ciała, jak i jaźni) zmusza publiczność do automatycznego osądu. Ekstremalne sekwencje motywują podświadomą, negatywną odpowiedź, przypominającą o paraliżującym społeczeństwo strachu przed innością. Intrygujący emocjonalny kontrast pozwala na analizę zobrazowanej tematyki z różnych stron.

Szkoda więc, że problem tego ambitnego przedsięwzięcia tkwi w zbyt rozcieńczonym sposobie ukazania stawianych tez. Repertuar mocnych pomysłów starcza autorce mniej więcej na ⅔ filmu, zaś trzeci akt stanowi niepotrzebne powtórzenie idei, które zostały odpowiednio przedyskutowane kilkadziesiąt minut wcześniej. Chęć zaakcentowania pewnych konceptów wpłynęła na zaburzające spójną strukturę całości, repetycje priorytetowych motywów. Nieco rozczarowujący jest także zbyt dosłowny finał. Zakończenie psychologicznej wojny z samym sobą przeciąga strunę, nie pozostawiając miejsca na domysły. Reżyserka podaje nam skutki widowiskowych metamorfoz na tacy, psując finezyjną inscenizację poprzednich scen. Aż trudno uwierzyć, że fascynująca penetracja ludzkiej natury doczekała się tak niesatysfakcjonującego epilogu.

Obraz Adiny Pintille to zdecydowanie jedna z najciekawszych kinowych premier tego roku. Odważna polemika z regułami dużego ekranu zapewnia niezapomniany seans, który jeśli nie wpłynie na zmiany światopoglądowe widowni, to na pewno sprowokuje choćby chwilę ważnej refleksji. Godne podziwu zaangażowanie obsady pozwoliło reżyserce powołać do życia oryginalną wizję, dotykającą spraw, o których nie mamy ochoty rozmawiać na co dzień. Konfrontacyjna natura dzieła na pewno nie ułatwia odbioru, lecz każdy dobrze wie, że droga do zrozumienia osobistych fobii mało ma wspólnego z przyjemnością. Choć drobne niedoróbki dzielą Touch Me Not od perfekcji, to czasu spędzonego z rumuńską produkcją nie można nazwać straconym.

Fot.: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty

Ocena7
7Ocena ogólna

https://web.facebook.com/kulturalnysampling/