Książki,Wielogłos

Wielogłosem o…: “500 zdań polskich”

Profesor Jerzy Bralczyk to niekwestionowany autorytet w dziedzinie języka polskiego. Strach byłoby się przy nim odezwać, a już na pewno do niego napisać, bo na każdym kroku obawialibyśmy się błędu, wyśmiania czy tego, że spotkamy się wręcz z politowaniem. Jednak po lekturze 500 zdań polskich mężczyzna ten  jawi się jako człowiek przede wszystkim przyjazny, pomocny i zabawny. Nie wytyka niewiedzy, tylko prowadzi przez jej meandry niemal za rękę. Z wierzchu podobna encyklopedycznej, wewnątrz książka ta odkrywa przed nami mnóstwo zarówno wiedzy, jak i dobrej zabawy. Martyna i Sylwia podjęły wywzwanie rzuconego orzecha i usiadły niczym z wujkiem przy kominku, dzierżąc w rękach pracę profesora Bralczyka. Dowiedziały się sporo, zaśmiały nie raz, a teraz rozmawiają o 500 zdaniach polskich.

WRAŻENIA OGÓLNE

Martyna Michalska: Jak powszechnie wiadomo, w dziedzinie językoznawstwa mało kto jest w stanie dorównać profesorowi Bralczykowi. O języku opowiada on w sposób niezwykle ciekawy, tak, że jego wypowiedzi są w stanie zainteresować zarówno poważnego badacza, jak i również osobę, która język i zabawy z nim traktuje tylko jak rozrywkę. W zbiorze 500 zdań polskich czytelnik otrzymuje porządną dawkę wiedzy o pochodzeniu bardziej i mniej znanych wszystkim Polakom zwrotów, podaną na dodatek w bardzo zabawny sposób.

Sylwia Sekret: Profesor Jerzy Bralczyk i wydawnictwo Agora oddali w ręce czytelników książkę, która ma nie tyle uczyć bądź pouczać, jak to się dzieje w przypadku wielu publikacji dotyczących zawiłości naszego ojczystego języka, ale raczej zaciekawiać i przyciągać. I choć czytanie jej jednym tchem, jak beletrystyki, nie do końca się sprawdza (stąd nasz wielogłos pojawia się dopiero po pewnym czasie od premiery 500 zdań polskich), nie oznacza to, że lektura jest nużąca – wręcz przeciwnie. Autor, niemalże guru współczesnego językoznawstwa, podszedł do tematu niezwykle poważnie, biorąc pod uwagę liczbę zdań, a także obszerność wypowiedzi, lecz z drugiej strony również z niewielkim przymrużeniem oka, traktując język polski bardziej jak dobrego znajomego, wieloletniego przyjaciela niż niesfornego wariata, którego należy okiełznać.

WADY I ZALETY ZBIORU

Martyna: Bardzo podoba mi się to, że autor nie zawęził wyboru sentencji tylko do zdań z długą brodą. W zbiorze odnaleźć możemy zarówno zdania używane już od pokoleń, jak i te, których obecność w języku jest stosunkowo krótka. Jest to ogromna zaleta tej pozycji, pozwoli bowiem dotrzeć jej do szerszego grona odbiorców i wyjaśnić również młodszym pokoleniom sens używanych przez nich stwierdzeń. Co mi się jednak nie do końca podobało, to fakt, iż w 500 zdaniach polskich przeważają jednak te sentencje, których sens został już trochę zapomniany i nie są używane tak powszechnie. Zamieniłabym je na nieco młodsze, częściej używane w wypowiedziach.

Sylwia: To o czym wspomniałaś, to faktycznie spory plus, bo dzięki temu autor nie tylko dotrze do młodszych pokoleń, ale także sprawi, że za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat będziemy mieli pod ręką genezę niektórych zwrotów, haseł czy wyrażeń, a do tego czasu – jak mniemam – o wielu z nich zapomnimy i bez pomocy profesora nie będzie łatwo przypomnieć nam sobie, skąd tak naprawdę się wzięły i co pierwotnie oznaczały. Rozumiem również Twój zarzut, choć nie do końca się z nim zgodzę. Nie odczułam w tak dużym stopniu jak Ty, tej przewagi sentencji starszych. W pamięci musimy mieć również to, że autor dokonał wyboru subiektywnego, więc mógł nawet kierować się sentymentami i kaprysami, choć wydaje mi się, że brał także pod uwagę swoich przyszłych odbiorców.

Do najbardziej rzucających się w oczy plusów zaliczyłabym dwie sprawy. Pierwszą będzie styl, w którym profesor prowadzi swoje przemówienia, wywody i ciekawostki dotyczące poszczególnych zdań polskich, ale ponieważ na to mamy poświęconą osobną kategorię, nie będę się tutaj o tym rozpisywała. Drugą sprawą jest wydanie, ale po to, by o nim opowiedzieć, również stworzone zostało odrębne miejsce w tym wielogłosie. Czy pozostaje mi więc zamilknąć? Przykro mi, ale jeszcze nie. Nie tak prędko.

500 zdań polskich niełatwo sklasyfikować gatunkowo, niełatwo opisać komuś, czym właściwie jest ta książka. I to też, wbrew pozorom, uważam za jej zaletę. Kiedy jeszcze uczęszczałam do gimnazjum, a później do liceum, bardzo często dostawałam od babci wszelkiego rodzaju słowniki języka polskiego. Przydatna rzecz, nie powiem. Raz na jakiś czas trafiło się również jakieś super eleganckie wydanie Pana Wołodyjowskiego lub innej polskie klasyki. Widać było, że babcia z jednej strony nie ma pomysłu na prezent, a z drugiej szanuje moje literackie zapędy, które coraz częściej skłaniały rodzinę do tego, by myśleć, że idąc na uczelnię, wybiorę filologię polską jako kierunek studiów. No cóż, nie mylili się. Zmierzam jednak do tego, że w pewnym momencie przychodzi przesyt słownikami, choć wiadomo – język polski martwym nie jest i jeden słownik kupiony (lub otrzymany) kilkanaście, a nawet kilka lat temu nie posłuży nam raczej do końca życia. I myślę, że taka publikacja stanowi swego rodzaju złoty środek pomiędzy słownikami i książkami traktującymi o przemianach i użyciach naszego ojczystego języka a literaturą lżejszą i przyjemniejszą w odbiorze. Oczywiście doskonale nadaje się również na prezent.

Najważniejsze jest jednak to, że profesor Bralczyk nie przynudza, nie sili się na kreowanie siebie jako kogoś, kogo należy słuchać z nabożnym posłuszeństwem, i właśnie dlatego chce się go słuchać, a w tym przypadku czytać. Nie widzę z kolei minusów publikacji, może poza tym, że 500 zdań polskich w niewłaściwych rękach może zostać przywitane niewielkim grymasem, ale wątpię, by z własnej woli sięgnął po ten tytuł ktoś, kto tego typu publikacji nie lubi i uważa za zbędne.

Martyna: Znając profesora Bralczyka nie można było się spodziewać innego stylu ;). On nawet kiedy zwraca komuś uwagę na błędy językowe, czy pyta, co konkretnie rozmówca ma na myśli, nie robi tego w sposób złośliwy, raczej stara się dobrodusznie pokazać dobrą drogę. Dzięki temu w mojej głowie mam jego obraz jako dobrego nauczyciela i mentora po językowych zawiłościach.

STYL, JĘZYK

Martyna: Choć sięgając po 500 zdań polskich można odnieść wrażenie, że jest to pozycja typowo encyklopedyczna, już pierwsze przeczytane hasło trochę tę opinię obala. Owszem, hasła są tu poukładane w porządku alfabetycznym, każde hasło ma swoje wyjaśnienie, a po spisie treści możemy z łatwością interesującą nas pozycję odnaleźć. Jednak czytając kolejne z kolei hasło, miałam wrażenie, że autor raczej bawi się w wyjaśnianie, niż narzuca czytelnikowi jedyną słuszną interpretację. Bardzo mi się to spodobało, bo przez moment sama miałam chęć rozebrać pewne zdania na czynniki pierwsze i samodzielnie domyślić się ich prawdopodobnego znaczenia. Co jest jednak istotne, czytelnik, dla którego naukowe pojęcia są nie do przełknięcia, może się zrazić do lektury. Często bowiem w wyjaśnieniach profesor Bralczyk używa słów fachowych, których znaczenie nie jest powszechnie znane, w związku z czym osoby, które nie miały do tej pory styczności z teorią literatury, mogą mieć problem ze stuprocentowym zrozumieniem wywodu autora. W takim przypadku słownik terminów literackich, albo po prostu Internet, mogą okazać się niezbędne.

Sylwia: Najważniejszą dla mnie sprawą dotyczącą stylu, w jakim profesor Bralczyk napisał 500 zdań polskich, jest jego ogromne poczucie humoru i widoczny co rusz dystans, nawet do własnego zawodu. Ceniony językoznawca bawi się wybranymi zdaniami i nawet kiedy, jak wspomniałaś, rozkłada je na czynniki pierwsze, stosując nawet fachowe określenia, nie traci przy tym dobrego humoru i radości, którą musiał czerpać z tworzenia tej książki. Czuć to na niemal każdej stronie i w dużej mierze to sprawia, że również my mamy frajdę z lektury. Zabawa i  – kolokwialnie mówiąc – luz, z jakim profesor podszedł do pracy nad tym tytułem, pozwalają mu z kolei na liczne dygresje, na gawędziarstwo niemal, przez co ma się wrażenie, że tak naprawdę nie siedzimy ze sporą książką na kolanach czy stole, lecz popijamy ciepłą herbatę w profesorem Bralczykiem i gawędzimy sobie właśnie o języku w sposób, w jaki można rozprawiać tylko w gronie bliskich przyjaznych nam ludzi, w cieple i będąc w dobrym humorze. Poratuję się tu przykładem, bo niezwykle trudno oddać mi te kręte drogi, po jakich poruszają się myśli autora. Na stronie 277 znajdziemy zdanie (277.): Nie kładź palca między drzwi. I choć wyjaśnienie mogłoby być z pewnością dużo krótsze, profesor pozwala swoim myślom płynąć, zabierając ze sobą także czytelnika:

“Drzwi” to jeden z rzeczowników, które nie mają liczby pojedynczej. Nie wiadomo nawet, jak mogłaby ta liczba wyglądać. “Jedno drzwio”? Nonsens. Inne wyjścia jawią się nam jako jeszcze bardziej absurdalne. Nie ma niczego takiego pojedynczego. Drzwi są tylko mnogie, bardziej nawet niż spodnie, bo spodzień sobie jakoś wyobrażamy, bardziej chyba niż nożyce nawet.

Wbrew pozorom więc, profesor Bralczyk nie zachowuje się jak naukowiec, który ze swojej dziedziny robi pomnik, którego tknąć nie można, a wyrażać się o nim żartobliwie czy chociaż radośnie, to już w ogóle. Autor podchodzi do języka polskiego ciepło i momentami humorystycznie, co sprawia, że i czytelnik miast widzieć w nim kolczastego jeża, momentami ma wrażenie, że to słodki, puchaty szczeniaczek, z którym można się pobawić.

Na powyższym przykładzie widać również, że autor nie skupia się wyłącznie na tłumaczeniu nam znaczenia i genezy danego zdania. Odbiega od tematu, przegląda zdanie z każdej strony, skupia się na jego budowie, porównuje, sprawdza puls i żywotność. Takie podejście do tematu sprawiło, że lektura 500 zdań polskich nie jest nudna, lecz ciekawa.

Martyna: Masz rację, profesor podszedł do tematu w niezwykły, jak na taką pozycję, sposób. Materię, jaką w tym przypadku jest język, potraktował należycie, pamiętając o tym, że jest on ciągle żywy. Myślę, że dzięki temu pozycja nie zestarzeje się tak szybko, jak to się dzieje w przypadku tradycyjnych słowników i encyklopedii.

WYDANIE

Sylwia: Zdążyłam już wspomnieć, że wydanie 500 zdań polskich jest sporą zaletą tej publikacji, i już śpieszę z wyjaśnieniem dlaczego. Przede wszystkim duży format i twarda okładka zapewniają temu tytułowi dokładnie taką oprawę, na jaką zasługuje. I o ile format wydania – solidny i porządny – przywodzi nam na myśl właśnie jakąś pozycję encyklopedyczną, o tyle zdjęcie wybrane na front okładki sprawia, że wiemy od razu, iż mamy do czynienia z czymś zgoła innym. Na fotografii widnieje postać profesora Jerzego Bralczyka, który ze skupieniem wpatruje się w twarz swoich czytelników. Ze skupieniem, ale jednocześnie pewnym przekąsem, z zapytaniem, które zwerbalizowane mogłoby brzmieć: “Podejmujesz wyzwanie?”. Co więcej, autor na zdjęciu tym trzyma ręce na stole, a dłonie jego zaciśnięte są w pięści. To ważna informacja, biorąc pod uwagę fakt, że przed profesorem, na wspomnianym stole, leży włoski orzech. I co najważniejsze – orzech ów jest rozłupany! Znaczenie tego zdjęcia nasuwa się samo, bo o ile dla nas wszystkich, a przynajmniej dla większości z nas, język polski jest ciężkim orzechem do zgryzienia, o tyle dla profesora Bralczyka w mig ujawnia się jego nieregularne, ale smaczne wnętrze. Fotografia autorstwa Piotra Bernasia została więc wybrana znakomicie, a kolorystyka całej oprawy dopełnia finalnego efektu.

Martyna: Zgadzam się, kolorystyka została tutaj dobrana bardzo interesująco. Zazwyczaj w słownikach i podobnych pozycjach dominuje jedna, lub dwie barwy, a okładka zawiera tylko informację, czego książka dotyczy i nazwę wydawnictwa. To zdjęcie jest miłą odmianą, bowiem zachęca do nieco innego podejścia. Do podjęcia rękawicy i zmierzenia się z zawiłościami języka. A rozłupany orzech sugeruje, że nie jest to wcale takie trudne.

W tym punkcie chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę, chodzi mianowicie o okładkę. Egzemplarz, który otrzymałam do recenzji był poprawnie wydrukowany i zawierał tylko jedną, natomiast egzemplarz Sylwii dwie. W sumie jest to drobnostka, natomiast jeśli dbacie o to, aby książki w Waszej biblioteczce nie zawierały podobnych wad, dokładnie przyjrzyjcie się temu, co kupujecie.

Sylwia: A ja się tam cieszę z tego faktu. Mogę się chwalić, że mam wyjątkowe wydanie 500 zdań polskich. Poza tym wiadomo oczywiście, że profesor Bralczyk jest tylko jeden, ale cóż… ja mam dwóch ;).

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: 500 zdań polskich to świetna publikacja zarówno jako prezent dla kogoś, kto choć trochę interesuje się zawiłościami i ciekawostkami naszego języka, ale także jako tytuł, który uzupełni naszą własną biblioteczkę. Raz na jakiś czas będzie można zdjąć ją z półki i otworzyć nawet w dowolnym miejscu – delektować się erudycją profesora Bralczyka, uśmiechnąć pod nosem z jakiegoś żartu w formie dygresji, ale także dowiedzieć się czegoś o języku, którym posługujemy się na co dzień, a który wciąż skrywa przed nami mnóstwo tajemnic. Omawiana tu książka może też spokojnie przełamać opory tych, którzy od takich publikacji trzymają się zazwyczaj z daleka, bo napisana jest tak, aby sprawić przyjemność, a nie zirytować nas naszą własną niewiedzą.

Martyna: Myślę, że niezależnie od tego, kto sięgnie po tę książkę, nie będzie żałował. Jak już wcześniej pisała Sylwia, ogromną zaletą książki jest to, że niewiedza nie jest tu bezlitośnie punktowana, a lekki i zabawny styl, w jakim została napisana, zachęca do przewracania kolejnych kartek i zapoznawania się ze znaczeniem nawet tych sentencji, które pierwszy raz widzimy na oczy.

Ja osobiście mam nadzieję, że po książkę sięgną również ci, którzy są pewni swojej językowej wiedzy. Dopiero lektura tej książki uświadomiła mi bowiem, ilu przysłów używam błędnie! Dobrze więc, że wpadła mi w ręce i więcej nie będę robić z siebie głupka.

Fot.: Agora

 

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *