Filmy,Wielogłos

Wielogłosem o…: „NIC NIE GINIE”

Nic nie ginie to komediodramat w reżyserii debiutującej pełnometrażowo Kaliny Alabrudzińskiej, wyprodukowany przez Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną w Łodzi. Fabuła filmu obejmuje historie z życia przedstawicieli pokolenia Y oraz Z. Przybliża historię Klaudii, osaczonej przez krytyczną matkę, Przemka wielbiącego Polskę i nienawidzącego głupich ludzi, czyli… wszystkich. Opowiada o Donatellu uwielbiającym żółwie błotne, Aktorze zachwycającym się tylko sobą oraz Mają żyjącą i chillującą jak Netflix przykazał. Wszyscy wymienieni biorą udział w terapeutycznym turnusie pod troskliwym okiem Remka i jak głosi opis dystrybutora: tworzą najsmutniejszą komedię roku. Debiut został doceniony m.in. na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie, gdzie otrzymał najwyższe laury za Reżyserię i Nagrodę Jury Młodych. Pierwotnie film miał zagościć w kinach od 27 marca, jednak ze względu na pandemię premiera odbywa się dziś na platformach VOD.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Przyznam szczerze, że nie miałem wobec filmu żadnych oczekiwań. Miałem z tyłu głowy informację, że jest to dzieło debiutantki oraz, że za produkcję jest odpowiedzialna Łódzka Szkoła Filmowa. I muszę być na wstępie szczery – spodziewałem się, że jak to w wielu przypadkach sztuki filmowej bywa, debiutanckie dzieło nie będzie niczym szczególnie udanym. Dlatego tym bardziej miło mi pisać, że zaliczyłem bardzo pozytywne zaskoczenie i Nic nie ginie jest jednym z tych dzieł, które bardzo ciepło wspominam i jeśli tylko będę miał możliwość, z chęcią do niego powrócę, zwłaszcza, że bardzo polubiłem bohaterów tego filmu.

Klaudia Rudzka: Dla mnie Nic nie ginie okazało się doprawdy miłym zaskoczeniem. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że jest to jeden z lepszych debiutów Szkoły Filmowej, które w ostatnim czasie dane mi było zobaczyć. Myślę, że właśnie w taki sposób powinno się rozpoczynać swoją przygodę z długimi metrażami – tworząc dzieło uniwersalne i po prostu przyjemne w odbiorze mimo niełatwej tematyki, w końcu każdy z bohaterów borykał się z jakimś problemem.

Małgosia Kilijanek: Nic nie ginie to doprawdy zaskakujące, choć kameralne widowisko. Nie spodziewałam się, że podczas jego oglądania czas upłynie mi tak szybko, a po napisach końcowych pożałuję, że rozstałam się z bohaterami, przez co nie dowiem się o nich już niczego więcej. Film skonstruowano bardzo ciekawie, rzeczywistość przepleciona została retrospekcjami, nie zawsze ze sobą powiązanymi, a pojawiające się postacie okazały się naturalne i bardzo… ludzkie, bliskie odbiorcy. Prawie każdy bohater w czasie seansu uchylił widzom rąbka swojej historii, będącej odmienną od cudzych, a jednocześnie doprowadzającą do równie trudnych odczuć. Tym samym wykreowany został obraz jednostek bardzo różnorodnych, które mimo swej odmienności, posiadają pewne cechy wspólne.

– I co, będziemy sobie tak w kółeczku siedzieć?
– Tak, tak. Tak zazwyczaj grupy prowadzę.
– I jak Ci idzie? Jak tam wyniki?
– No różnie, wiesz… Ale kółeczko zawsze jest kółeczkiem. Może dlatego, że nie ma doskonalszej figury. Widzimy się wszyscy.
– To na filmach są takie sceny terapii i tam ludzie płaczą, i opowiadają smętne historie. I to są zawsze najnudniejsze sceny…
– No właśnie nie do końca najnudniejsze, to zależy od filmu.

To zależy od filmu. Wydaje mi się, że Nic nie ginie to produkcja, która fantastycznie udowadnia, że sceny statyczne mogą okazać się naprawdę interesujące. Terapia grupowa ukazana została w niej wyjątkowo wiarygodnie, a pojawiające się podczas jej trwania indywidualne przeżycia bohaterów nie pozwalają choć na chwilę na rozproszenie widza. Aktorzy zaprezentowali się z bardzo dobrej strony, scenariusz okazał się dopracowany, a sam debiut Kaliny Alabrudzińskiej to jedno z moich filmowych odkryć. Jedną z możliwości, jakie dają niejednoznaczność historii oraz niedopowiedzenia, jest dowolność domysłów snutych przez odbiorcę, sprzyjających większemu zainteresowaniu opowieściami, których staje się świadkiem.

PROBLEMATYKA

Małgosia: Film Kaliny Alabrudzińskiej stanowi historię o tym, że problemy życiowe nieodłączne są każdemu z nas, a to, co wydaje się błahe i pomijane, może okazać się dla ludzi znaczące. Tematyka nie wydaje się innowacyjna, jednak działa skutecznie uświadamiająco i… być może pokrzepiająco. W scenariuszu pojawiły się kwestie, z którymi borykają się ludzie XXI wieku. To, co kryje przeszłość bohaterów uwidoczniona w postaci retrospekcji nie wydaje się być oczywiste po tym, co o sobie mówią. Wszystkich łączy fakt posiadania problemów, choć nie u każdego są one dość wyraźnie ukazane. Życiorysy ludzi pokolenia Y i Z nie wydają się nadzwyczajne, aczkolwiek nie utożsamiałam się w czasie seansu z ich fragmentami. Stałam się obserwatorem, który niezauważony chodzi po sali i śledzi gesty opowiadających z ogromnym zaciekawieniem.

Przebłyski retrospekcyjne dają szczątkowe podpowiedzi na temat tego, jakie zdarzenia kształtowały bohaterów. A te to między innymi zaspokajanie potrzeb budowania relacji z panią do towarzystwa, tinderowe ONS, wyalienowanie (a raczej ucieczka) ze świata ludzi na rzecz misji przedłużania gatunku zwierząt czy skrzywdzenie przez wychowanie oschłej, wymagającej matki. Profil każdego z uczestników terapii moglibyśmy rozrysować na kartkach w postaci mapy myśli, choć więcej gałęzi zawierałoby nasze podejrzenia oraz wyobrażenia na ich temat, ponieważ informacje, których dostarcza nam obraz to jedynie ułamek ich życia. Ułamek na tyle ciekawy, iż nieuniknione okazuje się snucie podejrzeń na temat pozostałych cząstek.

Mateusz: Problematyka debiutu Alabrudzińskiej jest uniwersalna. To film opowiadający o ludzkich dramatach, pokazujący, że coś, co dla jednej osoby jest tak istotne, jak zeszłoroczny śnieg, dla innych jest całym światem bądź barierą nie do pokonania. Nic nie ginie uczy nas (bądź utrwala w tych bardziej empatycznych jednostkach), że nim wydamy lekceważący wyrok dotyczący drugiego człowieka, powinniśmy choć przez chwilę zastanowić się nad tym, że jesteśmy tak cholernie złożonymi istotami, że dla każdego ból może oznaczać coś innego. Obraz ten pokazuje także, że nie zawsze trzeba ze swoim smutkiem walczyć, czasem należy się z nim oswoić, pobyć i go zaakceptować, a wtedy i nam będzie łatwiej zrozumieć, że złe emocje są tak samo potrzebne, jak i te dobre.

Klaudia: Zgadzam się z Wami całkowicie. Nic nie ginie to historia ukazująca, jak bardzo złożonymi jednostkami są ludzie. Jest również o tym, jak wiele ich łączy, a spoiwem dokonującym tego jest  smutek i samotność, który reżyserka znakomicie oddaje na ekranie.

ZALETY I WADY FILMU

Małgosia: Niewątpliwą zaletą jest ekranowa świeżość i umiejętne zbudowanie historii, wobec której, mimo braku sensacyjności, trudno przejść obojętnie. Jako główną wadę mam ochotę wymienić długość filmowej opowieści, gdyż z chęcią spędziłabym przed ekranem kolejne godziny… Czy jest to jednak wada, oceńcie sami. Powstały po seansie niedosyt wydaje się pewną zaletą, ponieważ jeśli usłyszałabym o kontynuacji projektu Nic nie ginie, pierwsza stałabym w kolejce po bilety.

Mateusz: Spotkałem się w internecie z zarzutami, że film ten jest za mało komediowy, a za bardzo dramatyczny. Naprawdę nie mogę pojąć, od kiedy coś takiego może być dla kogokolwiek problemem. Rozumiem taki zarzut w przypadku, gdy wybieramy się na komedię… Nic nie ginie jest świetne w warstwie dramatycznej – to piękne, spokojne studium samotności i całkowitego życiowego rozbicia, w którym tak skrajnie odmienne światopoglądowo jednostki są w stanie znaleźć wspólny mianownik i jako grupa otaczają się wsparciem, którego nie potrafili zaznać w swoich prywatnych światach. Dzieło Alabrudzińskiej jest niezwykle proste i bezpośrednie. Niektórych oczywiście będzie to drażnić, znajdą się niecierpliwcy, którym taka forma narracji szybko przyśpieszy produkcję melatoniny, jednak bardziej empatyczni widzowie, którzy lubią filmy “potencjalnie o niczym”, poczują się tutaj, jak przysłowiowe ryby w wodzie. Trudno wskazać mi jakieś wyraźne wady, nie czuję nawet potrzeby, by się ich doszukiwać, bo mi w tej historii po prostu wszystko ładnie (na smutno) zagrało. Jeśli Alabrudzińska tak fajnie debiutuje, to nie mam obaw o jej następne produkcje, bo mnie jako widza już kupiła emocjami.

Klaudia: Zaletą Nic nie ginie jest bez wątpienia humor. Kalina Alabrudzińska doskonale przedstawia zarówno pojedyncze postacie, jak i całą grupę terapeutyczną. Im dalej zagłębiamy się w fabułę, tym bardziej rozumiemy zamierzenia reżyserki. Już dawno w polskim kinie, a tym bardziej w debiucie nikt nie łączył z takim wyczuciem smutku z uśmiechem, radości z bólem, miłości z wycofaniem i obojętnością. Kolejną zaletą w przypadku Nic nie ginie jest płynne przechodzenie z tematów z pozoru żartobliwych do scen umoralniających i poważnych. Reżyserka robi to bardzo precyzyjnie, będąc daleko od przerysowania czy karykatury, co daje bardzo wiarygodny i przekonujący efekt.  Jeśli chodzi o wady, to podobnie jak Wy, nie będę doszukiwać się ich na siłę.

NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCA W PAMIĘĆ SCENA

Małgosia: Z pewnością jedna z najbardziej charakterystycznych dla dzieła scen to zasiadający w kółku terapeuta i pacjenci. Jedną z ważniejszych wydaje się jednak ta, w której dochodzi do czegoś na kształt katharsis, osiąganego w procesie bardzo prozaicznym. Kadr ten wieńczy pobyt w ośrodku terapeutycznym i prezentuje pełne otwarcie się przed innymi przez czynność zwykłą, codzienną, ale jednak intymną. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, więc na tym zakończę.

Mateusz: Zgadzam się, ta konkretna scena jest naprawdę pełna ciepła i zdaje się być takim wyzwalaczem, momentem przełomowym dla uczestników terapii oraz dla samego Remka. Jeśli mam wymieniać swoje ulubione fragmenty, będą to chyba wszystkie retrospekcje. Ujął mnie sposób ich przedstawienia – mam tu silne skojarzenia z serialem Lost, w którym także mieliśmy wgląd w te wydarzenia z przeszłości bohaterów, które były kluczowe do ich zagubienia, i w filmie Alabrudzińskiej jest podobnie. Dodatkowo każdy urywek z życia poszczególnych bohaterów sam w sobie stanowi materiał na kolejne historie i daje widzowi poczucie takiego zdrowego niedosytu, dzięki któremu z jednej strony buduje się nasze zrozumienie dla poszczególnych uczestników terapii, ale też wzrasta nasza ciekawość, dotycząca ich życia.

Klaudia: Dla mnie najbardziej zapadającą w pamięć sceną jest moment w aptece, gdzie Piotr Pacek daje nam znakomity popis aktorstwa. To  scena, której w moim przypadku towarzyszyła cała gama emocji i odczuć. Od początkowej euforii i radości do zmieszania i współczucia. To doskonała metafora zawodu aktora ukazana nieco z przymrużeniem oka i jednocześnie nauka pokonywania własnych barier.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Mateusz: Wszyscy bohaterowie Alabrudzińskiej to jednostki cierpiące, zagubione, ale próbujące odmienić niekorzystne położenie swojego życia. W innym wypadku z pewnością nie zdecydowaliby się na terapię. Co ciekawe, również sam terapeuta (Remek) jest człowiekiem bardziej zagubionym, niż sam przed sobą (i innymi) chciałby przyznać. W ciągu trwania terapii dostajemy jedynie przebłyski zagubienia Remka, ale między wierszami można wyczytać, że doskwiera mu samotność. Jako terapeuta mężczyzna sprawdza się dobrze, mimo młodego wieku potrafi zajrzeć w dusze swoich rozmówców i swoim ciepłem i nieskończonymi pokładami cierpliwości udaje mu się dotrzeć nawet do tak zatwardziałych i wzbraniających się przed otworzeniem osób, jak Przemek. Prowadzący terapię ma w sobie ten magnetyzm, który sprawia, że chcielibyśmy umówić się z nim na piwo, żeby tylko mieć możliwość wymienić się spostrzeżeniami. To bardzo fajny bohater, który z powodzeniem mógłby wrócić w innych filmach reżyserki.

Klaudia: Każdy z bohaterów w Nic nie ginie ma nam coś do powiedzenia. W każdym możemy odnaleźć odrobinę siebie i utożsamić się z problemami, które przeżywają. Ciężko jest omawiać jedną wybraną postać bowiem film Alabrudzińskiej to swoisty gabinet osobliwości. Najbardziej w pamięci utkwili mi jednak Jan Hrynkiewicz wcielający się w rolę niepokornego Przemka, który bardzo długo trzymał mnie w napięciu i niewiedzy, czy terapia okaże się dla niego pomocna oraz Wiktoria Filus wcielająca się w rolę Mai, do złudzenia przypominająca Rooney Mare w moim osobistym odczuciu. Jej zagubiona, intrygująca postać swoim pięknem i ciepłem wprost epatowała z ekranu.

Małgosia: Myślę, iż każdy z bohaterów został skonstruowany na tyle ciekawie i wiarygodnie, by zasługiwać na wyróżnienie. Tak, jak wspomniał Mateusz, Remek wydaje się lekko odsłaniać przed resztą uczestników w trakcie terapii, w efekcie czego postać terapeuty staje się bliższa odbiorcy. Przemek okazał się osobą intrygującą, wyzwalającą potrzebę odkrycia, co tak naprawdę stanowi przyczynę jego reakcji na wypowiedzi innych. Maja faktycznie wzbudziła we mnie, tak jak u Klaudii, skojarzenia z Rooney Marą. Postawa ekranowej Klaudii prosiła się o obdarzenie sympatią, a Aktor raz budził współczucie, raz niesmak wynikający z objawianego narcyzmu.

AKTORSTWO

Mateusz: To chyba najsilniejszy punkt filmu Nic nie ginie. Naprawdę dobre, udane aktorstwo. Brakuje tu znanych twarzy (chyba najpopularniejszy z tego grona jest mimo wszystko Dobromir Dymecki) i jest to pierwsza zaleta tej produkcji. Nie znamy tych młodych (w większości) aktorów, nie mamy więc wobec nich z góry skrojonych oczekiwań, przystępujemy do seansu z przysłowiową białą kartką i pozwalamy, żeby aktorzy przekonali nas do swoich bohaterów grą, nie nazwiskami bądź rozpoznawalnymi buziami. To także dodatkowy atut dla krytyków – aktorzy nie są jeszcze popularni, nie zdążyliśmy więc wyrobić sobie na ich temat żadnych opinii i osądzamy tylko zaprezentowane sylwetki bohaterów, a nie fakt, że w poprzednim filmie Pani X zagrała mało wiarygodnie, a Pan Y u tego reżysera wyłożył się na scenie walki. Dlatego też w tej przyjemnej dla obu stron sytuacji z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że aktorzy wykonali kawał świetnej roboty. W kameralnych filmach pełnych statycznych ujęć w jednym pomieszczeniu największy ciężar produkcji spada właśnie na aktora, a w Nic nie ginie bardzo dobry dramatycznie scenariusz pozwolił na bardzo dużo jego odtwórcom, co ci też skrzętnie wykorzystali i z pewnością o niektórych nazwiskach wkrótce będzie głośno i wcale mnie ten stan rzeczy nie zdziwi. Trudno mi wyróżnić kogokolwiek, ponieważ moim zdaniem cała obsada wypadła bardzo dobrze. Moje serduszko skradła Wiktoria Filus, ale bardzo prawdopodobne jest to, że dostała wyróżnienie ze względu na to, że chyba najbardziej polubiłem jej bohaterkę.

Klaudia: Mówiąc o aktorstwie w Nic nie ginie, nie sposób nie zauważyć chemii, którą bez wątpienia wytworzyła reżyserka wraz z Wydziałem Aktorskim Łódzkiej Szkoły Filmowej. Poprzez sposób, w jaki są filmowani podczas terapii ma się wręcz wrażenie, że  jest to film w rodzaju „gadających głów” z dokumentalnym zacięciem. Reżyserka znakomicie dobrała młodych aktorów pod kątem postaci. Dialogi, a także same role, są bardzo naturalne i szczere. Ogromnym walorem aktorstwa w Nic nie ginie jest również harmonia – nie dostrzeżemy tu przesady, czy często pojawiającej się wśród młodych aktorów wyniosłości. Wszystkie elementy począwszy od doboru aktora do samego przedstawienia postaci, doskonale ze sobą współgrają.

Małgosia: Podpisuję się pod opiniami moich przedmówców. Bardzo cieszy mnie to, że aktorów w większości na początku kariery zawodowej, było mi dane ujrzeć w tak dobrze rozegranym widowisku. Nie jestem w stanie wyróżnić tutaj kogoś konkretnego, ponieważ to cały kolektyw zagwarantował nam wyjątkowo miłe odczucia związane z jakością seansu. Aktorstwo to w zasadzie szkielet Nic nie ginie, a dzięki dopracowanemu scenariuszowi wcielający się w postacie otrzymali szansę pokazania własnych umiejętności. Po obejrzeniu filmu Alabrudzińskiej wiem jedno: chciałabym każdego z nich ujrzeć na ekranie ponownie.

KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz: Jak już kilka razy zdążyliśmy wspomnieć – Nic nie ginie to produkcja kameralna, stonowana, będącą pełnometrażowym debiutem Kaliny Alabrudzińskiej, dlatego jasnym jest, że nie będziemy wspominać o efektach specjalnych czy innych technicznych fajerwerkach, bo to nie jest tego typu produkcja. W tym debiucie na pierwszym planie są ludzie i ich emocje, a to zostało pokazane najlepiej, jak to było możliwe. Znaczna większość filmu rozgrywa się w jednej sali, w której uczestnicy prowadzą mniej lub bardziej ożywione rozmowy. Reszta to retrospekcje bądź wynikające z rozwoju fabuły sytuacje takie jak wizyta w aptece lub powrót uczestników do swoich żyć. Wspomnę jeszcze o bardzo dobrym udźwiękowieniu – to jedna z tych nielicznych w naszym kraju produkcji, w której wyraźnie słychać wszystko, co mówią aktorzy! A mówimy tutaj o debiucie filmowym za małe pieniądze.

Klaudia: Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to zgadzam się z Tobą Mateusz – to aktorzy są na pierwszym planie i to dla nich jest ten film. Jednak czym by było Nic nie ginie bez intymnych zdjęć Nilsa Croné, który za pomocą osobliwych kadrów doskonale oddaje emocje bohaterów? Operator ze Szkoły Filmowej za pomocą kamery i miękkiego światła buduje atmosferę i klimat historii, tworząc ze wspomnianym wyżej dźwiękiem wspaniały i satysfakcjonujący efekt.

Małgosia: Ta filmowa asceza, o której mówicie, daje idealne tło pierwszoplanowym emocjom. Wraz z dopracowanymi statycznymi kadrami, umiejętnymi oraz dopasowanymi retrospekcjami, a także muzyką oferują seans, o którym szybko nie zapomnimy.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz: Nic nie ginie to udany debiut, w którym Alabrudzińska udowadnia, że ma dar wnikliwych obserwacji i jeśli już teraz pokazuje nam tak złożony dramat, to w przyszłości może być tylko lepiej i ciekawiej. Oglądajcie ten film, bo warto.

Małgosia: Jak najbardziej warto. Opowieść ta jest uniwersalna, bardzo dobrze skonstruowana oraz wyjątkowo wciągająca. Nie wydaje mi się, by konstrukcja fabuły czyniła film terapią dla widza, który wraz z innymi zasiada w kole i uzyskuje wsparcie poprzez wysłuchiwanie cudzych historii. W czasie seansu tworzy się jednak ciekawa interakcja z ekranowymi przeżyciami, nie pozostawiającymi nas obojętnymi. Z chęcią obejrzałabym kontynuację Nic nie ginie w postaci kolejnego turnusu terapeutycznego w reżyserii Kaliny Alabrudzińskiej oraz każdy inny film wspomnianej reżyserki.

Klaudia: Kalina Alabrudzińska dzięki Nic nie ginie udowodniła, że potrafi tworzyć filmy o ludziach i ich problemach. W bardzo przystępny sposób trafia do widza i pozostawia go ze swoistym niedosytem, o czym wspominaliśmy wcześniej. W kameralnej historii Nic nie ginie kryje się bowiem uniwersalna nauka na temat współczesnej kondycji ludzkiej psychiki, gdzie coraz częściej szukamy pomocy u terapeutów. Nic nie ginie to bardzo obiecujący debiut i po jego seansie z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła filmowe Kaliny Alabrudzińskiej.

Fot.: MEDIA MOVE

Podobne wpisy:

Ocena Klaudii8
Ocena Mateusza8
Ocena Małgosi8
8Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *