Filmy,Recenzje

Spirala wściekłości – Janis Nords – “Z pianą na ustach” [recenzja]

z pianą na ustach
z pianą na ustach

Powiedzcie szczerze – jak dobrze znacie kino europejskie? I nie mam na myśli pierwszych państw, które przychodzą w tym momencie na myśl (Francja, Hiszpania, Rosja), ale te blisko nas, które pozostają dla polskiego widza białą plamą (Litwa, Łotwa, Estonia). Część z Was może zapewne kojarzyć produkcje takie jak Gra pozorów czy też 2 noce do rana, ale to odosobnione przypadki. Możecie nadrobić zaległości i wzbogacić swoją wiedzę filmową za sprawą Z pianą na ustach, litewsko-łotewsko-polskiej produkcji, która właśnie trafiła do kin. A warto poświęcić uwagę obrazowi Janisa Nordsa, choćby ze względu na polski wkład w powstanie tego dzieła.

Didzys to były policjant, który w wyniku nieznanego nam zdarzenia stracił jedną nogę. W związku z kalectwem nie może pełnić czynnej służby, ale pozostaje w bliskim kontakcie z dawnymi kolegami oraz z dawnym fachem, ponieważ aktualnie jest trenerem psów policyjnych. Jak się później dowiemy – Didzys już od kilku lat pracuje ze zwierzętami, przy okazji zaniedbując Janę, swoją żonę, która zawodowo zajmuje się fizjoterapią w pobliskim gimnazjum sportowym. Wcale niebrzydka kobieta wdaje się w romans z jednym z uczniów klasy pływackiej, niejakim Robertsem. Nie od dziś wiadomo, że w kwestiach miłosnych troje to już tłum, o czym brutalnie przyjdzie się przekonać bohaterom Nordsa. W międzyczasie ukochane psy Didzysa zarażają się wścieklizną i zaczynają terroryzować miasteczko i jej mieszkańców.

Z pianą na ustach może pochwalić się naprawdę mocnym scenariuszem. Portrety psychologiczne bohaterów zostały bardzo solidnie przygotowane i na całe szczęście twórcy mają pełną świadomość tego, co jest ich największym atutem. Dlatego też nawet przez chwilę nikt nie próbuje udawać, że obraz ten jest czymś innym, jak dramatem psychologicznym z dużą dozą thrillera i cała narracja skupia się przede wszystkim na tym, co dzieje się we wnętrzach całej wyżej wymienionej już trójki. Każdy z istotniejszych bohaterów toczy jakąś codzienną walkę (Didzys udaje, że nie stracił nogi, Jana udaje, że nie straciła uczuć do męża, a Roberts udaje, że nic nie czuje do Jany i nie przejmuje się zaborczą i zatwardziałą w poglądach matką), jednak ich zmagania przypominają próby trafienia w tarczę z opaską na oczach. Każda mała klęska wyzwala w nich coraz to nowe emocje, z którymi mają coraz większe problemy i dla których ujścia nie potrafią odnaleźć. Z kolei narastające emocje prowadzą do głupich zachowań, niewybaczalnych błędów i złych wyborów.

Bardzo podoba mi się przedstawienie motywu przemiany w tym filmie. Scenariusz w subtelny sposób ukazuje moment, w którym zaraża się pierwszy pies, następnie krok po kroczku podsuwa nam ekranowe tropy informujące, że nieodwracalne zmiany zdążyły już zajść, by scena po scenie coraz silniej ukazać przemianę zwierząt we wściekłe maszyny do gryzienia. Miłośnicy psów oraz uważni widzowie bez problemów wyłapią każdy etap przemiany, sęk w tym, żeby potraktować psy w filmie Z pianą na ustach jako pełnoprawnych bohaterów. Zresztą stopniowa i subtelna przemiana czworonogów bardzo zręcznie zestawiona jest ze zmianami, które zachodzą w głównej mierze w Didzysie na wieść o romansie żony. Nie bez powodu zresztą zdecydowano się na taki tytuł.

Polski wkład w dzieło Janisa Nordsa to w głównej mierze aspekty techniczne i to właśnie między innymi praca naszych rodaków do spółki z resztą twórców jest jedną z największych zalet Z pianą na ustach. Za montaż odpowiedzialna jest Agnieszka Glińska, natomiast muzykę do filmu skomponował Mikołaj Trzaska, który jest najbardziej rozpoznawalny ze swojej wieloletniej współpracy z Wojciechem Smarzowskim przy jego filmach. Muszę przyznać, że muzyka Trzaski w tej produkcji wykonuje tytaniczną robotę. Połowa klimatu, gęstość poszczególnych scen i dynamika filmu w dużej mierze są tak dobre właśnie ze względu na niepokojącą, wręcz dark ambientową muzykę. Również zdjęcia Tobiasa Datuma w kilku momentach sprawiają, że widz ma ochotę zatrzymać ujęcie i chwilkę poobserwować, tym bardziej że twórcy lubią często zestawiać ze sobą bardzo wyraźne skrajności. Aktorstwo jest bardzo solidne – najwięcej do pokazania miał oczywiście wcielający się w główną rolę Vilis Daudzins i są momenty, że niesie on ekranowe wydarzenia na jednej nodze lepiej niż wielu aktorów na obu. Z pianą na ustach wymagało od aktorów jednocześnie ról bardzo fizycznych (sporo ujęć na basenie, fizjoterapia, poruszanie się na jednej nodze) oraz kładących nacisk na aspekt psychiczny i cała najistotniejsza fabularnie trójka aktorów stanęła na wysokości zadania.

Moje dotychczasowe pozytywne przemyślenia nie znaczą oczywiście, że Z pianą na ustach to film bez wad. Reżyser rozgrzebuje niektóre wątki, nakreślając pewne problemy, by następnie porzucić je rozgrzebane. Dobrym przykładem będzie tu samochodowa rozmowa Robertsa z matką. Nie jestem także entuzjastą otwartego zakończenia. W tym konkretnym wypadku wolałbym, żeby twórcy zdecydowali się na jakiś bardziej radykalny krok – albo w całkowitą ciemność i beznadzieję względem swoich bohaterów, albo kompletne przeciwieństwo. Mam przez to nieodparte wrażenie, że zabrakło kropki nad “i” w całej tej historii, a ja jako widz akurat nie czuję się na siłach, by decydować o dalszym losie bohaterów, mimo że otrzymałem takie przyzwolenie od reżysera.

Film Janisa Nordsa to to dzieło krótkie, ale intensywne. Dostarcza satysfakcjonujących bodźców audiowizualnych, a przy okazji oferuje dość dobrą opowieść. Zdecydowanie wart poświęconego mu czasu, dlatego korzystajcie, póki grają go w kinach.

Fot.: Madness Distribution

REŻYSERIA6.5
SCENARIUSZ7.5
AKTORSTWO7
MUZYKA8.5
KWESTIE TECHNICZNE8.5
EMOCJE7
7.5Ocena ogólna
Avatar

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel serwisu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Wielbiciel kina i audiobooków. Nie pogardzi dobrą muzyką, serialami, grami komputerowymi oraz wszelkiego rodzaju grami planszowymi. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com