Zakurzony Projektor #1: “Truman Show” (1998)

Podróż na księżyc

Ruszamy z ostatnio zapowiadanym cyklem Zakurzony Projektor, w którym omawiać będziemy filmy stare i nowe, nieoczywiste, niekoniecznie mainstreamowe, kinowe i te z serwisów streamingowych, zapomniane lub kompletnie nieznane szerszej publiczności oraz te, będące kiedyś (lub nawet teraz) na ustach wszystkich. Serdeczne dzięki za pomoc przy wyborze okładki wyróżniającej! Mamy nadzieję, że zarówno zwycięzca, jak i wszyscy, którzy brali udział w zabawie poprzedzającej pierwszy wpis cyklu, zostaną z nami na dłużej i pokuszą się o dyskusję dotyczące samego filmu. Na pierwszy ogień klasyk sprzed dwudziestu lat – Truman Show.

Trudno dziś wyobrazić sobie kogoś, kto choćby nie słyszał o serialu Black Mirror. A nawet jeśli ktoś tylko słyszał, to znajomi bądź liczne komentarze dotyczące brytyjskiego serialu skłaniają (niemalże przymusowo) do poświęcenia swojego czasu i zapoznania się z tym, co też do zaoferowania ma dzieło, które wykracza zdecydowanie ponad zwyczajną rozrywkę. Nie zamierzam niczego ujmować serialowi ani wchodzić w polemikę odnośnie jakości oraz wybitności Black Mirror, bo to temat na kompletnie inną dyskusję, ale faktem jest, że wizję równie przytłaczającą, dającą odbiorcy do myślenia i poddającą w wątpliwość stan naszego społeczeństwa wykreowali już dwadzieścia lat temu twórcy filmu Truman Show, z Jimem Carreyem w roli głównej, i z pewnością ich podejście do tematu nie odbiega od tego, czym dziś zachwycają się miliony.

Truman Burbank – sympatyczny trzydziestolatek, który prawdopodobnie nigdy w swoim życiu nie nadepnął nikomu na odcisk, a największą ekstrawagancją w jego życiu jest nocne granie w golfa z najlepszym kumplem na nieukończonym moście bądź innym samochodowym molo. To wzorcowy wręcz przykład przeciętnego, niczym niewyróżniającego się szaraka z klasy średniej Stanów Zjednoczonych, z którym każdy (chcąc nie chcąc) będzie w stanie się utożsamić. Truman jest szczęśliwym posiadaczem niedużego, acz uroczego domku w miłej okolicy (biały płot obowiązkowy!) nadmorskiego miasteczka Seahaven; ma oddaną, urodziwą i poukładaną żonę (sympatyczna pielęgniarka), przyjaciela od dzieciństwa (czteropak zawsze w pogotowiu!), stabilną pracę agenta ubezpieczeniowego (dziś pewnie byłby telemarketerem) i raczej niczego w jego życiu nie brakuje. A jednak… Poukładana i bezpieczna codzienność staje się dla mężczyzny coraz mniej atrakcyjna, a jego myśli coraz częściej dryfują w stronę zagrzebanego głęboko w czeluściach świadomości (i domowej piwnicy), zakurzonego marzenia z dzieciństwa o dalekich podróżach.

Sęk w tym, że Truman nie ma bladego pojęcia na temat tego, co jest grane. Od dnia narodzin każda sekunda jego życia jest nagrywana i transmitowana na żywo na cały posiadający telewizory świat. Grany przez Jima Carreya bohater nie ma świadomości tego, że jego życie to wyreżyserowany spektakl, wypełniony aktorami oraz statystami, wiarygodną scenografią, a Seahaven to tak naprawdę wielki i zamknięty plan filmowy, liczący około 5000 wiecznie włączonych kamer. Życie Trumana to jedna wielka fikcja – wymysł uznanego za wizjonera artysty Christofa, który na swoim Truman Show zbudował potęgę, latami przekształcając swoje przedsięwzięcie w korporacyjną machinę, która nie może pozwolić sobie na najmniejsze potknięcie. W związku z tym życie Trumana Burbanka jest starannie sterowane, a jego zachowania są precyzyjnie modelowane, aby zapewnić widzom rozrywkę pierwszej próby. A jest o co walczyć – świat opanowała istna Trumania – ludzie kupują gadżety z wizerunkiem mężczyzny, zapisują najlepsze momenty z jego życia, przesiadują w barach, gdzie jednoczy ich wspólne oglądanie życia niczego (jeszcze) nieświadomego człowieka, a Truman Show jest stałym elementem ich codzienności, bez którego nie wyobrażają sobie egzystencji. Świadomi tego twórcy muszą zatem wpływać na niektóre potencjalnie niebezpieczne dla emisji programu zachowania głównego bohatera. W związku z tym, aby wszczepić w świadomość Trumana niechęć wobec wojaży, w jego młodości wywołali wodną fobię, “zabijając” ojca na oczach naszego bohatera, tworząc piekielny sztorm w trakcie ich wspólnej podróży łódką. Jakby tego było mało – trzydziestolatek zewsząd atakowany jest plakatami (mającymi pełnić funkcję czegoś na kształt kampanii społecznej)  informującymi o zagrożeniach wynikających z podróżowania – terroryzm, wymyślne choroby, katastrofy lotnicze. Wszystko to ma skutecznie zatrzymać Trumana w Seaheven.

Niestety w perfekcyjnie zorganizowanej machinie zaczynają szwankować poszczególne trybiki, w efekcie czego Truman od czasu do czasu staje się świadkiem przedziwnych anomalii, które nie powinny mieć przecież miejsca – tu spadnie z nieba olbrzymia lampa, tam słyszy w samochodowym radiu rozmowę reżyserki ze statystami odnośnie tego, gdzie w danym momencie porusza się jego wóz, oraz jak mają się dopasować do zbliżającego się bohatera. Jednak kulminacyjnym momentem, pierwszym prawdziwym przełomem w życiu Trumana, jest pojawienie się na jednej z ulic mężczyzny, który do złudzenia przypomina jego… nieżyjącego ojca. Na domiar złego aktor odgrywający niegdyś rolę rodzica zostaje w trybie natychmiastowym usunięty z planu, co tylko potęguje wątpliwości i rozpoczyna prawdziwą myślową rewolucję Trumana, który wreszcie postanawia podjąć walkę, zmienić podejście i przekonać się na własnej skórze, czy wszystko wokół jest jedną wielką fikcją bądź jakimś niesmacznym spiskiem przeciw jego osobie.

Kibicujemy Trumanowi, nawet mimo świadomości (a może właśnie przez nią?), że nie ma on najmniejszych szans, stojąc w opozycji do ogromnej korporacji, której jest przecież własnością. Niczym mitologiczny Syzyf buntuje się przeciw “boskiej” ingerencji i podejmuje kolejne próby wyjścia spod klosza, zdemaskowania farsy, której wbrew swojej woli jest głównym bohaterem, i poukładania fragmentów chorej układanki, wykreowanej przez Christofa. Niestety podobnie do przywołanego założyciela i króla miasta Efyra, jego wysiłki zostają duszone w zarodku bądź pacyfikowane niemalże u kresu, gdy Truman jest bliski odkrycia przerażającej prawdy. Wszystkim tym pojedynkom przyglądają się miliony zasiadające przed telewizorami i – co paradoksalne – niemal wszyscy jednogłośnie trzymają stronę Trumana, mając przecież gdzieś z tyłu głowy świadomość, że jeśli Truman opuści Seaheven, zakończy się także trwające już niemal trzydzieści lat reality show. Wymowa filmu Weira jest dobitnie piękna – jesteśmy żądni sensacji, emocji, liczymy na niezapomniane show i jeśli znajdzie się ktoś, kto poda nam to na tacy, jesteśmy w stanie za to zapłacić, co skrzętnie wykorzystują dzisiejsze korporacje, zniewalając nas oraz uzależniając od produktów, na które przecież zgłaszaliśmy zapotrzebowanie.

Wymowa Truman Show jest oczywiście znacznie głębsza. Można spokojnie pokusić się o interpretację, że oto nasze życie jest swoistym show, w którym przecież wszystko jest ustalone, jesteśmy tak naprawdę tylko pionkami bez wolnej woli, a naszymi ruchami steruje Bóg, który w pewien sposób bawi się nami i nasze plany są dla niego jedynie mrzonką. O wiele bardziej przyziemnym podejściem, które rzuca się w oczy jako pierwsze, to fakt, że twórcy ukazują próbę walki jednostki o wolność i walkę z systemem, który narzuca nam punkt widzenia, kierując naszymi wyborami tak, aby czerpać z nas jak największe zyski. Przy tej całej krytyce globalizmu i korporacyjnego ścierwa Weir nie zapomina także, aby pogrozić paluchem każdemu z nas – nie bawiąc się przecież w zbytecznie wyrafinowane metafory, pokazuje, że dla większości z nas liczy się głównie popularność oraz chęć zarobku stosów pieniędzy, przy jednoczesnym zatraceniu podstawowych ludzkich wartości, takich jak godność osobista czy empatia. Historia Trumana pokazuje niemoralne społeczeństwo, które przy wykorzystaniu dostępnej techniki nie widzi problemu w odebraniu komuś wolności osobistej. Aż strach pomyśleć, co stworzyłby Weir, gdyby tak poczekał z dziesięć lat i do jego wizji wpisać dzisiejsze media społecznościowe i kolejne, coraz bardziej durnowate telewizyjne show…

Obsadzenie w głównej roli Jima Carreya pierwotnie mogło wydawać się rzeczą dość ryzykowną (aktor miał wtedy ugruntowaną pozycję kinowego błazna, który błyszczał w takich produkcjach jak Maska, Głupi i głupszy, Ace Ventura: Psi detektyw czy też Kłamca, kłamca), jednakże im dłużej się nad tym zastanawiam, tym większej nabieram pewności, że było ze strony Weira rzeczą skrzętnie przemyślaną. Truman Burbank miał być po trosze bohaterem infantylnym, nieco zbyt emocjonalnym, ze zdecydowanie zbyt dużą naiwnością w stosunku do otoczenia – wszak całe swoje życie otoczony był aktorami, którzy realizowali scenariusz przekazywany im przez twórców Truman Show i dla niego niektóre zachowania, które nam jawią się jako dziwaczne lub cholernie oderwane od rzeczywistości (lokowanie produktu w trakcie rozmowy), były zupełnie naturalną częścią życia. I tutaj Jim Carrey idealnie się sprawdził, czyniąc z Trumana Burbanka jedną ze swoich topowych kreacji w karierze. Widać w nim co prawda pewne czasami przebijające się czysto komediowe manieryzmy, takie jak przekrzywianie głowy i wykonywanie przy tym kretyńskiej miny czy też nadmierna ekspresja przy wykonywaniu niektórych czynności, ale z drugiej strony w tych momentach, w których dramaturgia zdecydowanie wymaga powagi, aktor dopasowuje się idealnie, rozkładając nas na łopatki smutnym spojrzeniem bądź paniczną wręcz determinacją w walce z nieznanym. To zdecydowanie jedna z tych ról, które możemy nazwać ponadczasowymi i jeśli już nie wpisały się w historię kina, to za jakiś to nastąpi i tak jak już wspomniałem – z pewnością rola Trumana wyszła Carreyowi na dobre, o czym świadczyć może choćby samo przyznanie Złotego Globa dla najlepszego aktora pierwszoplanowego, o czym wcześniej Carrey mógł raczej jedynie pomarzyć.

Reszta obsady prezentuje się równie dobrze, chociaż trzeba mieć tę świadomość, że Truman Show to w 80% teatr jednego aktora, co po części jest umotywowane choćby samym tytułem. Wcielająca się w rolę żony Laura Linney (Życie za życie, To właśnie miłość, Słowo na R) dostała rolę, która pozwoliła jej na aktorskie swawole i kompletną nienaturalność, ponieważ jej postać – Hannah Gill – to jedna z głównych gwiazd Truman Show, a jej rola Meryl to liczne achy, ochy, przesłodzony uśmiech i oczywiście udawane emocje. Podobną rolę otrzymał Noah Emmerich (Małe dzieci, Zawód: Amerykanin), który wciela się w aktora Louisa Coltrane’a, wcielającego się w najlepszego przyjaciela Trumana – Marlona. Jednak zadania Emmericha były kompletnie inne od tych, które miała Linney – jego bohater miał stać na straży wszelkich wariactw Trumana i w głównej mierze miał trzymać go w ryzach, służąc pomocą za każdym razem, gdy wymagała tego sytuacja. Chyba najbardziej smutny moment filmu to ten, w którym Marlon odbywa niezwykle poważną rozmowę z Trumanem i z wielkim przejęciem wypisanym na twarzy mówi mu, że Truman zawsze może na niego liczyć i jako przyjaciel zrobi dla niego wszystko, a widzowie przekonują się, że wszystko to jest jedynie kwestią wypowiadaną przez Christofa i powtarzaną wiarygodnie przez Louisa Coltrane’a. Oczywiście wiedzieliśmy znacznie wcześniej, że życie Trumana jest jedną wielką fikcją, ale najbardziej uderzające jest to, że chyba każdy z nas miał kiedyś w życiu podobny dialog z przyjacielem i chyba nikt nie chciałby znaleźć się w takiej sytuacji na miejscu Trumana. Ostatnim wartym wspomnienia jest oczywiście twórca całego tego zamieszania, czyli wielki artysta Christof, który przez te wszystkie lata zdążył poczuć się Bogiem w odniesieniu do żywota Trumana i który tak głęboko wsiąkł w wizję wykreowanego przez siebie świata, że sam zatracił pewne aspekty normalnego obcowania z ludźmi, nie widząc absolutnie niczego złego w odebraniu Trumanowi tożsamości oraz wolności. Ba, Christof uznaje się za zbawcę swego podopiecznego i z dumą obnosi się tym w jedynym od lat przeprowadzonym wywiadzie na potrzeby show. Wcielający się w niego Ed Harris znalazł złoty środek w sposobie grania, dzięki czemu traktujemy jego bohatera jak ekscentrycznego i enigmatycznego psychopatę, a nie jak przerysowanego antagonistę, który śmieszy i drażni argumentacją swych działań.

Na koniec warto wspomnieć o ostatnich kwestiach, które uczyniły Truman Show ponadczasowym i niezwykle udanym filmem (nawet mimo faktu, że sam format reality show strasznie nam spowszedniał i dziś większym zagrożeniem jest dla nas internet oraz media społecznościowe niż sama telewizja). Nie byłoby nic wyjątkowego w tym filmie, gdyby nie arcyciekawe i doskonale wykorzystane ujęcia, które w wielu scenach imitują obraz z kamer, zupełnie tak, jakbyśmy to my w wielu momentach byli obserwowani i stanowili część innego eksperymentu, nazwanego XXXX Show (w miejsce XXXX wstaw swoje imię). Zabieg potęguje wrażenie przerażenia i niesamowicie buduje klimat, bo a tu ktoś kombinuje z ostrością obrazu, a tu ktoś niezbyt umiejętnie ustawia zoom, gdzieniegdzie kadrowanie woła o pomstę do nieba, by w innych momentach raziła nadmierna perfekcyjność i symetryczność ujęć. Wszystkie te “niedociągnięcia” są oczywiście celowym zabiegiem i bardzo cenię Weira za te liczne mrugnięcia w kierunku widzów. Byłoby wielkim grzechem, gdybym nie wspomniał o genialnej muzyce w wykonaniu Burkharda von Dallwitza i Philipa Glassa (i nie pomogłoby tu odmówienie trzech zdrowasiek!). Motywu przewodniego nie można pomylić z niczym innym, a kolejnym ciekawym i dokładającym swoją cegiełkę do tego, by mówić o Truman Show jak o dziele szkatułkowym jest to, co robią z muzyką jej twórcy. Poszczególne utwory będące tak naprawdę epickim soundtrackiem do życia Trumana słyszymy, ale także widzimy, jak w “reżyserce” są odgrywane przez muzyków. Przyznajcie, w ilu innych filmach widzieliście taki numer? Dominuje tu muzyka klasyczna, która wbrew pozorom świetnie pasuje do Trumana, jego otoczenia i nadaje emocjonalnego klimatu całości.

Truman Show z dzisiejszej perspektywy moglibyśmy z powodzeniem traktować jak prequel Black Mirror. Z dorobku Weira dziś garściami czerpią twórcy brytyjskiego hitu, ale także innych produkcji, takich jak choćby The Good Place. Pełne odpowiednio wyważonych emocji dzieło dostarcza świetnej rozrywki, ale jednocześnie zrzuca na odbiorcę wymaganie, by pomyśleć oraz poddać analizie zachowanie swoje oraz społeczeństwa, w którym przyszło nam żyć. Chciałbym wierzyć, że głęboko poruszające zakończenie Truman Show to tak naprawdę happy end, w którym główny bohater ucieka i znajduje ukojenie na Fidżi bądź w jakimkolwiek miejscu na ziemi. Kłopot w tym, że w to nie wierzę – uważam, że odkrycie Trumana stanowi dla twórców jedynie przeszkodę, którą prędzej czy później jakoś przezwyciężą i cisza w eterze nie potrwa dostatecznie długo, by znieczuleni widzowie nie zechcieli ponownie zerknąć, co tam u Trumana, a jedyną formą ucieczki głównego bohatera może być tak naprawdę tylko i wyłącznie śmierć, ponieważ nie uda mu się uwolnić od korporacji. Obym się jednak mylił i moje pesymistyczne podejście okazało się jednak błędem. Dajcie znać, co myslicie o samym filmie, jak go wspominacie i czy zgadzacie się z moją interpretacją, czy jednak wolicie wierzyć, że za drzwiami znalazł sposób na ucieczkę z całego tego syfu. Tak czy inaczej – In case I don’t see ya – Good afternoon, good evening and good night.


 

Tytuł: Truman Show

Tytuł oryginalny: The Truman Show

Reżyseria: Peter Weir

Scenariusz: Andrew Niccol

Gatunek: Dramat, science fiction

Rok produkcji: 1998

W rolach głównych: Jim Carrey, Ed Harris, Laura Linney, Noah Emmerich

Nagrody i nominacje: 14 nagród, w tym trzy Złote Globy i trzy BAFTY oraz 22 nominacje, w tym trzy nominacje do Oscarów

Ocena: 7,5/10

 

 

 

The Truman Show – Trailer

Fot.: Paramount Pictures

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel serwisu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Specjalizuje się w literaturze (poza tradycyjną formą słucha audiobooków), kinematografii oraz w serialach telewizyjnych. Nie pogardzi dobrą muzyką, grami komputerowymi oraz wszelkiego rodzaju grami planszowymi. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

1 odpowiedź

  1. Darek Mazz napisał(a):

    Świetny tekst, w zasadzie powinienem napisać “świetna analiza” i naprawdę mocny pomysł na cykl! Podoba mi się również pomysł na wciągnięcie czytelników w “budowanie” cyklu, nawet jeśli mogliśmy dołożyć cegiełkę tylko do okładki. Ktoś tu ma dobre pojęcie o marketingu, oby tak dalej, bo takie numery budują zaangażowanie.

    Truman Show obejrzałem dopiero kilka lat temu, już w dobie Czarnego Lustra i strasznie sie zgadzam z tezą wyjściową, że ten fim spokojnie może stanowić część tego uniwersum, lub nawet w pełni konkurować z serialem. To też film, który udowadnia, że Carrey potrafi cholera coś wiecej, niż pajacowanie na ekranie.

    Czekam na kolejne teksty z utesknieniem! Pozdro!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *