Co się wydarzyło w Kingsley Hall – Robert Mullan – „Normalnie wariat” [recenzja]

Dobrze, że powstają filmy o postaciach, które były i są ważne, a o których mimo wszystko mało się wie. Dobrze, że również w Polsce można takie filmy obejrzeć, zwłaszcza kiedy mówią one o postaci, o której polskie strony internetowe niemal milczą, podając jedynie podstawowe, zdawkowe informacje. Dobrze zatem, że powstał film Normalnie wariat, bo doktor Laing to nietuzinkowa postać, która jako pierwsza postanowiła spojrzeć na pacjentów szpitali psychiatrycznych inaczej niż jak na zwykłych wariatów, przez co w wielu środowiskach sam za tytułowego wariata był uważany. Produkcja w reżyserii Roberta Mullana pozwala nam poznać bliżej jego życie, przekonania i własne demony, z którymi się zmagał.

W fabułę i życie Ronalda Davida Lainga zostajemy wprowadzeni dość bezceremonialnie, a żeby użyć obrazowego frazeologizmu – zostajemy jako widzowie rzuceni na głęboką wodę. Nie ma żadnej notki, kim jest, ani wprowadzenia, które ułatwiłoby nam zorientowanie się w sytuacji. Jednak kilka scen później jesteśmy już w stanie powiedzieć, że ten szczupły mężczyzna zajmuje się dziedziną nauki, jaką jest psychiatria, że prowadzi wykłady i wydaje książki, a także, co bardzo ważne dla fabuły, jest założycielem miejsca, gdzie ludzie z wszelkimi problemami psychicznymi mogą po prostu żyć, w spokoju i ciszy, niefaszerowani lekami, nieterroryzowani elektrowstrząsami, o których sami lekarze, twierdzą, że: nie wiemy jak działają, ale działają. Takim miejscem jest Kingsley Hall. Doktor Laing ma zupełnie inne, całkowicie nowatorskie i o wiele bardziej humanitarne podejście do pacjentów. Uważa poniekąd, że chorzy uleczą się sami, potrzebują natomiast nie proszków mamiących ich umysły, lecz wyrozumiałości, cierpliwości i świętego spokoju. On, garstka jego pracowników i pacjenci tworzą specyficzną rodzinę. Jednak (chociaż dewizą lekarzy podobno jest: po pierwsze – nie szkodzić, choć Laing nie szkodzi swoim pacjentom, a czasami wręcz przeciwnie, jego metody pomagają dotrzeć do chorych i nawiązać z nimi kontakt, którego niekiedy nie było przez długi czas) wielu jego kolegom po fachu nie podoba się to, co robi Laing, a od tego już całkiem blisko do ślepej nienawiści zwykłych ludzi i życia uprzykrzanego przez docinki i niemiłe gesty. Miejsce, które miało być schronieniem dla tych, którzy nie odnaleźli go ani w domu, ani szpitalu niejednokrotnie stanie się celem wyzwisk i tablicą do zapisywania wulgaryzmów.

W trakcie seansu poznamy oczywiście kilku pacjentów doktora Ronalda Lainga bliżej, ale nie tak blisko jak na przykład miało to miejsce w odcinkach serialu Doktor House. Reżyser bardziej postanowił skupić się na samym Laingu i jego problemach, które w dużej mierze wynikały z tego, że poświęcał chorym tak wiele czasu i uwagi, zatracając jednocześnie swoje własne życie. Był bezkompromisowy – o tym możemy się przekonać podczas kilku momentów, w których pokazane są dyskusje i debaty, w jakich uczestniczy lekarz. Był osobą medialną i rozpoznawalną, na co wpływ z pewnością miała kontrowersyjność jego metod i to, że stał w opozycji do niemal całego lekarskiego światka. Niejednokrotnie wykorzystywał swoją popularność i posłuch do tego, by krytykować lekarzy faszerujących swoich pacjentów lekami, aby  – jak to określał – to im ulżyło, a nie chorym. I słuchając go, trudno się z nim nie zgodzić, zwłaszcza kiedy poznajemy dwa trudne przypadki, którym pomógł właśnie swoją cierpliwością i brakiem nachalności.

Ale życie osobiste Lainga również nie należało do usłanych różami. Po rozstaniu z żoną, widywał się bardzo rzadko ze swoimi dziećmi, które bardzo kochał. Ze swoją nową miłością, którą poznaje na początku filmu, nie zawsze dobrze się rozumie, co spowodowane jest najczęściej tym, że obydwoje mieszkają w domu pełnym ludzi z problemami, przez co jego ukochana,  Angie, czuje się nieswojo i obco. Brakuje im prywatności, a kobieta z dnia na dzień coraz bardziej odczuwa zagrożenie, jakie może płynąć od strony pacjentów. Problemem stało się również to, że Angie doskwiera brak zainteresowania ze strony partnera; uważa, że cała jego uwaga skupia się na chorych, a jej zostaje resztka, która absolutnie jej nie zadowala. Kiedy pojawia się w niej pragnienie posiadania dziecka, wydaje się, że to może być tym, co scali ich na nowo… jednak w takim miejscu, w jakim mieszkają, maluch może jedynie pogorszyć ich stosunki. Sytuacji nie poprawia również fakt, że jedna z córek Lainga umiera w oczach z powodu nieuleczalnej choroby, z czym mężczyzna nie jest w stanie sobie poradzić i coraz częściej zagląda do kieliszka…

Normalnie wariat w dosadny sposób pokazuje, że lekarze (nieważne czy zajmujący się problemami ciała czy ducha) niekiedy tak mocno i intensywnie żyją chorobami i cierpieniem swoich pacjentów, że przez długi czas nie potrafią dostrzec swoich. Zaniedbują własne życie i rodzinę na rzecz tych, którym pragną pomóc. Misja Lainga była natomiast dla niego podwójnie ważna, bo wiedział, że jest jednym z niewielu, a na pewno jedynym tak popularnym lekarzem, który głosi inne metody leczenia chorób psychicznych niż te dręczące pacjentów lub zmieniające ich w – brzydkie acz trafne sformułowanie – warzywa. Najistotniejszym elementem jego terapii był fakt, że w przeciwieństwie do wielu innych specjalistów, on naprawdę chciał i próbował zrozumieć, co trapi tych, którzy zwrócili się do niego z pomocą. Często także nie szukał winy w pacjentach, lecz upatrywał jej w złym nastawieniu środowiska – bardzo często rodziców. Chciał dostrzec sedno każdego pojedynczego problemu, a nie usunąć jego skutki, zagłuszając wewnętrzne krzyki. Ronald Laing to zatem postać z pewnością nietuzinkowa, o której warto dowiedzieć się czegoś więcej niż tylko tego, że po prostu istniał. On wierzył, że wielu z jego pacjentów to wcale nie ludzie chorzy, lecz tacy, którzy z jakichś przyczyn widzą świat nieco inaczej. Czy to jednak znaczy, że są gorsi? Że trzeba karmić ich lekami, by nie byli zdolni do samodzielnego myślenia?

Aktora, który wcielił się w Ronalda Lainga, czyli Davida Tennanta, znam przede wszystkim z roli Kilgrave’a w serialu Jessica Jones i muszę przyznać, że choć są to dwie zupełnie odmienne postaci – obie odegrał bardzo dobrze. Jego Laing jest wiarygodny i bardzo łatwo ulegamy jego nastrojom. Pałamy do niego sympatią, choć nie zawsze daje nam ku temu powody. Bardzo często bywa zamyślony, odcięty od świata, nieobecny – nawet dla najbliższych. Takie zachowanie potrafi być odpychające, jednak w jego wykonaniu sprawia,  że wierzymy, iż również on, tak jak jego pacjenci, potrzebuje naszego zrozumienia i cierpliwości. Tennant świetnie oddał także jego zmęczenie życiem, uległość wobec cierpienia. Przez długi czas nie dostrzegamy, że bardzo przeżywa on problemy swoich podopiecznych, jednak kiedy w końcu wychodzi to na jaw – pokazane jest to dosadnie i nie pozostawia w nas żadnych wątpliwości. Również pozostali aktorzy spisali się nieźle – wcielająca się w rolę Angie Elizabeth Moss zagrała zakochaną, lecz mającą granicę cierpliwości kobietę, która za późno zorientowała się, że musi dzielić się swoim ukochanym z ogromną liczbą innych ludzi i być może nigdy nie będzie dla niego najważniejsza, natomiast Gabriel Byrne świetnie wykreował postać, u której stopniowo dostrzegamy objawy choroby psychicznej i od sympatii przechodzimy do zniecierpliwienia, a nawet niepokoju, jaki budzi w nas ten bohater. Michael Gambon, czyli sam Albus Dumbledore, zagrał natomiast rólkę niewielką, ale jakże zapadającą w pamięć!

Film Roberta Mullana wiele zawdzięcza także klimatowi, do jakiego przyczyniło się niemal zawsze przytłumione światło, mające sprawiać wrażenie każdorazowo przytulnego pomieszczenia. Miejsca, gdzie ludzie czują się bezpiecznie i swobodnie… jak w domu. Kolorystyka i światło odgrywają tu niebagatelną rolę, bo podkreślają, jak ważne dla Lainga było stworzenie właśnie bezpiecznego miejsca dla umęczonych dusz, zamkniętych w ciałach, którym nakazywano robić rzeczy, na które czasami duch się nie zgadzał. Atmosfera intymności czyni równocześnie z widza podglądacza, co wiąże się również z tym, że przede wszystkim poznajemy Lainga jako człowieka, który również miewa problemy i chwile słabości. Normalnie wariat to ciekawa produkcja, która opowiada o niezwykłym człowieku, wyprzedzającym czasy, w których przyszło mu żyć i mającymw sobie pokłady empatii, które pozwalały mu na tak dobry kontakt z pacjentami. Warto obejrzeć ten film choćby ze względu na to, że Ronald Laing jest tak mało znaną w Polsce postacią, a zrobił przecież tak wiele dla ludzi. Zobaczył człowieka tam, gdzie inni lekarze widzieli tylko wrzeszczące, drapiące ciała, które trzeba spętać. Zobaczył normalność tam, gdzie inni widzieli jedynie szaleństwo. Stworzył dom, w którym umieścił – według opinii wielu ludzi – wariatów, a przecież był to dom, w którym sam zamieszkał. Normalnie wariat, może ktoś pomyśleć. Wspaniały człowiek – być może doda ktoś inny.

7/10

Film można oglądać na kanałach HBO i w serwisie HBO GO

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

1 odpowiedź

  1. Bronka napisał(a):

    Z zainteresowaniem przeczytałam Pani recenzję, generalnie odpowiada moim odczuciom. Dodałabym, że są w tym filmie sceny przejmujące, np. rozmowa Lainga ze śmiertelnie chora córką. Jednak na Pani miejscu nie przyznawałabym się, że nie zna Pani ról Tennanta. Aktora, ktory gra od prawie 30 lat, niezwykle wszechstronnego, do tej pory uwazanego przez wielu fanów za najlepszego Dra Who, słynnego Hardy’ego z Broadchurch (trzecia część miała niedawno premierę, także w Ale kino), doskonałego aktora szekspirowskiego, ale również uroczego amanta z komedii romantycznej i rodzinnej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *