Niewidzialna sieć – David Mitchell – „Atlas chmur” [recenzja]

atlas chmur

David Mitchell rozmyśla o przemijaniu. W dodatku rozmyśla o nim chyba całkiem sporo, ponieważ już druga jego powieść, która wpadła w moje ręce, dotyczy w dużej mierze właśnie przemijania. Zachęcona tym, jak pozytywne wrażenie zrobiła na mnie lektura Czasomierzy (recenzję znajdziecie tutaj), nie mogłam odmówić sobie zapoznania się z bodaj najsłynniejszą historią, jaka wyszła spod pióra brytyjskiego pisarza. Natomiast ze względu na ciągły brak czasu wykorzystałam fakt, że Audioteka w swoich zbiorach posiada Atlas chmur – bo o nim rzecz jasna mowa – w dodatku w formie raczej słuchowiska niż zwykłego audiobooka, i właśnie w takiej formie przyswoiłam sobie treść zekranizowanej powieści. Moje odczucia po skończonej lekturze są w zasadzie mieszane – powieść jest oczywiście dobra i nie można zarzucić jej banału czy przyczepić się do stylu, ale chyba miałam zbyt duże oczekiwania względem tej historii, w związku z czym na koniec nie obyło się również bez lekkiego zawodu.

Muszę się na początku do czegoś przyznać – pierwsze półtorej godziny audiobooka musiałam słuchać dwukrotnie. Nie zdarza mi się to często, ale czasami właśnie tak bywa, że moja głowa nie potrafi znaleźć wspólnego rytmu z lektorem i opowieścią przez niego czytaną. W przypadku Atlasu chmur problem leżał w tym, że przed nim słuchałam historii dość lekkiej (a przynajmniej w swojej formie), której styl i problematyka nie wymagały ode mnie wzmożonej aktywności mózgowej ani wyjątkowego “wczuwania” się w słuchaną lekturę. Słowa płynęły, ja przyswajałam fabułę i intrygę – i to w zasadzie wystarczało. Natomiast następnym wyborem okazała się powieść Mitchella i szybko wyszło na jaw, że tutaj zwykłe słuchanie podczas sprzątaia czy gotowania lub spaceru z psem nie wystarczy. W przypadku Atlasu chmur musiałam bardziej się zaangażować, wsłuchać i nie dać się sprowokować przez otoczenie, które na każdym kroku próbowalo wytrącić mnie z równowagi. Akurat ta powieść wymaga całkowitego oddania się jej, i to z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że historia spisana przez Brytyjczyka to opowieść wielowątkowa, w ktorej sporo wody musi upłynąć, aby pewne odnogi zaczęły schodzić się w jedną, szeroką drogę, prowadzącą do wspólnego celu. Nie możemy więc pozwolić sobie na chwilę nieuwagi, bo może okazać się, że akurat w tym momencie wydarzyło się coś, co spaja ze sobą dwie z pozoru niezwiązane ze sobą historie. Po drugie, Mitchell porusza sporo istotnych, uniwersalnych i ponadczasowych problemów, nad którymi nie wystarczy pochylić się tylko połowicznie. Po trzecie, co okazało się przez wspomniane pierwsze półtorej godziny moją zgubą – niejednokrotnie będziemy mieli do czynienia z nietypowym, zapomnianym już przez współczesność językiem. I o ile podczas tradycyjnego czytania nie powinien on sprawić na początku aż takich problemów, o tyle w przypadku słuchania audiobooka nieuwaga może nas sprowadzić na manowce – tak jak stało się to właśnie moim udziałem. Odpłynęłam na chwilę myślami, nie wsłuchałam się w ten specyficzny styl wypowiedzi i w pewnym momencie nie wiedziałam kompletnie, czego tak właściwie słucham. Żeby zobrazować, jak bardzo zagubiłam się w początkach powieści, zdradzę, że przekonana byłam, że narratorem i bohaterem pierwszej części jest jakiś podróżnik i odkrywca, gdy tymczasem po ponownym przesłuchaniu okazało się, że jest nim notariusz. Podróżujący, owszem, ale notariusz.

W ten sposób, ujawniając moje niedbalstwo i chwilową ignorancję, przechodzimy do pierwszego z bohaterów, czyli naszego wspomnianego już podróżującego notariusza (nie mylić z podróżnikiem-odkrywcą), który wybrał się w daleką wyprawę w celu niesprecyzowanym co prawda, ale wiemy, że poszukuje on kogoś, w związku z ostatnią wolą swojego klienta. Życie owego notariusza rozgrywa się w XIX wieku, toteż specyficzny jest język, jakim tkana jest narracja. Do tego dochodzi również fakt, że część ta prowadzona jest w formie dzienników z podróży. Pierwszy główny bohater to człowiek wykształcony, a z charakteru i sposobu jego zapisków wnioskujemy, że nie posługuje się on językiem “zwykłych “ ludzi, lecz raczej tym zarezerwowanym dla wyższych sfer. Będziemy towarzyszyć mu w kilku ciekawych przygodach, aż porzucimy go na rzecz nowego bohatera – uzdolnionego muzycznie biseksualisty, który szuka sposobu na zarobienie pieniędzy. To z nim zresztą będzie się ściśle wiązać tytuł książki, ale o tym przekonacie się sami. Artysta zamieszka w domu sławnego i cenionego kompozytora, oferując mu pomoc przy tworzeniu nowych dzieł. O jego losach będziemy dowiadywać się z listów, jakie muzyk pisuje do swojego kochanka. Dzięki tej epistolarnej formie dowiemy się o jego romansie z żoną gospodarza, a także o niesłychanej gafie, jaką popełni względem jego córki. Po kilku innych perypetiach wraz z autorem porzucimy muzyczny świat, by tym razem poznać ambitną dziennikarkę i wraz z nią uwikłać się w niebezpieczne śledztwo, które może przypłacić życiem. Następnie rozbawi nas nieco historia pewnego wydawcy uciekającego przed zbirami, według których mężczyzna ma u nich dług, po czym przyjrzymy się odległej przyszłości, w której kelnerki i pracownice restauracji to nie do końca ludzie, ale też nie do końca zwykłe roboty. Na koniec czeka na nas opowieść pewnego starego mężczyzny, którego styl wypowiedzi na początku każe nam myśleć, że oto znów mamy do czynienia z powrotem do jakichś odległych czasów, jednak po chwili wychodzi na jaw, że rzecz dzieje się w odległej przyszłości, po upadku ludzkości. Opowieści te nie są jednak jednorazowe – bedą się przeplatać ze sobą i będziemy do przerwanych w połowie, na rzecz innych, wracać.

Owo przeplatanie się to zresztą w pewnym sensie słowo klucz w przypadku tej powieści, bowiem losy wymienionych postaci splatają się ze sobą, mimo że niektóre z nich dzielą setki lat. Krzyżowanie się ich dróg David Mitchell prowadzi w zasadzie dwojako – po pierwsze poprzez przewijanie się w życiu kolejnych bohaterów jakichś tekstów kultury, które dotyczyły poprzednich części i postaci, a także poprzez nieprzypadkowość zdarzeń i coraz wyraźniejsze sygnalizowanie czytelnikowi, że kluczem do wyjaśnienia tej historii i do połączenia poszczególnych wątków jest reinkarnacja. Ta kwestia to jednak niejedyny problematyczny i dyskusyjny temat, jaki porusza pisarz w Atlasie chmur. Wątek Sonmi-451, a więc zaprogramowanej na 12 lat służby pracownicy restauracji Papa Song, to bodaj najmroczniejsza część tej książki, która stawia wiele pytań o kierunek, w jakim zmierza człowiek, ze swoim ciągłym dążeniem do władzy, do kontrolowania wszystkiego i wszystkich, do ulepszania, tego, co już jest dobre (przerażająco przypomina także czarne i wstydliwe karty historii). Również wątek zawziętej dziennikarki, o wiele bliższy nam czasowo, ukazuje człowieka w złym, a nawet momentami beznadziejnym świetle. Po trupach do celu – to zdanie zdaje się przyświecać niejednemu rozdziałowi powieści, a ludzie to w niej gatunek w dużej mierze zesputy i zdegenerowany, nastawiony wyłącznie na własne korzyści, konsumpcjonizm i absolutnie ślepy na cierpienia i szkody, jakich jest sprawcą i przyczyną. To również zresztą spaja poszczególne części – człowiek na przestrzeni wieków nie zmienił się wewnętrznie. Owszem, zmieniła się technologia, zmienia się świat i klimat, mamy coraz większe wymagania względem naszych umysłów i ich możliwości, jednak tym, co okazuje się najbardziej zaniedbane i niemal rzucone w kąt zapomnienia, są nasze sumienia.

Atlas chmur ze względu na kilkoro różnych narratorów, których dzielą niekiedy setki lat, a czasem wręcz przepaście cywilizacyjne, aż prosił się o wydanie go w formie słuchowiska z różnymi aktorami, którzy wcielaliby się w role kolejnych bohaterów. Tak też się stało, w związku z czym powieść Davida Mitchella czytana jest przez sześciu aktorów i każdy z nich wywiązał się ze swojego zadania nad wyraz dobrze. Dziennik Adama Ewinga czyta Marek Walczak, który świetnie poradził sobie z tym specyficznym, niedzisziejszym językiem, a i jego głos wyjątkowo zdawał się pasować do biednego, naiwnego notariusza. Kolejnym lektorem, który wziął udział w tworzeniu tego słuchowiska jest Wojciech Żołądkowicz, czytający listy Roberta Frobishera, który ten pisywał do swojego kochanka. Tu również głos został dopasowany bardzo dobrze do charakteru postaci – słuchając, łatwo jest nam wyobrazić sobie pewnego siebie i lekko narcystycznego muzyka. Część zbliżoną do thrillera, czyli epizody dziennikarki Luisy Rey, czyta Joanna Koroniewska i choć fragmenty te przeczytane zostały jak najbardziej poprawnie, to jej głos i interpretacja na tle pozostałych blakną chyba najbardziej. Tym bardziej że kolejne rozdziały, dotyczące Upiornej Udręki Timothy Cavendisha czyta Leszek Filipowicz, który świetnie zbudował głosem ironiczną postać pechowego wydawcy; ta historia to zresztą chyba najciekawsza (w kwestii czysto fabularnej), a z pewnością najzabawniejsza część powieści. Kolejnym głosem jest, fanom audiobooków kojarzony chyba najbardziej z Yennefer z Vengerbergu, głos Anny Dereszowskiej, która czyta zeznania (wyznania?) Sonmi-451, robiąc to oczywiście perfekcyjnie i wciągająco. Jej głos świetnie oddaje pewną obojętność i chłód w głosie Sonmi, jednak niewynikające z braku człowieczeństwa, lecz właśnie z zawodu, jakie to człowieczeństwo jej sprawiło. Ostatnim aktorem, którego usłyszymy w Atlasie chmur jest Jerzy Zelnik, fenomenalnie czytający część o Zachariaszu – w jego przypadku nie da się nawet opisać, na czym ów fenomen polega, po prostu trzeba tego posłuchać.

Atlas chmur swoją klamrową budową jeszcze raz podkreśla, że historia kołem się toczy, że wszystko zdaje się mieć wpływ na wszystko i że nic nie dzieje się przypadkowo. Czasem niewielki wpływ może mieć jednak niewyobrażalne skutki na rzeczywistość lub przyszłość. To, jak losy zupełne różnych i z pozoru niemających ze sobą nic wspólnego ludzi mogą być połączone niewidzialną nicią, zostało tu świetnie pokazane. I choć jest to powieść fantastyczna, a nawet z elementami science-fiction, to w zasadzie tylko od nas zależy, czy w spajajacą ze sobą wszystkie wątki reinkarnację uwierzymy, czy nie. W końcu nie ma dowodów na to, że jest ona niemożliwa, prawda? Zresztą, wydaje mi się, że obok dyskusji na tematy jak najbardziej realne, takie jak choćby ludzka podłość czy ogłupienie, do jakiego prowadzi władza, Mitchell chciał również wywołać wśród swoich czytelników rozmowy na tematy bardziej filozoficzne i czysto spekulacyjne. Odpowiada temu również język powieści, który momentami wydawać się może nazbyt erudycyjny, jednak kiedy zostaje on zrównoważony przez bliższe nam swoim kolokwializmem wypowiedzi niektórych bohaterów – wszystko wydaje się ukladać w spójną całość.

Nominowana między innymi do Nagrody Bookera powieść Davida Mitchella jest z pewnościa przebogatą wątkowo i językowo historią, która skłania do przemyśleń przede wszystkim nad niewidzialną siecią rozpostartą nad naszym światem, która łączy ze sobą obcych sobie ludzi i teoretycznie niepowiązane wydarzenia. Atlas chmur stawia także pytania o życie po życiu, o przemijalność i jej ewentualną niecałkowitość. Dotyka jednak spraw bardziej namacalnych i – niestety – aktualnych bez względu na epokę. Kondycja ludzkości, człowieka jako istoty – o zgrozo – rozumnej i wyposażonej (obdarowanej?) w empatię w każdej z części przedstawia się niezbyt dobrze, ale też w każdej są od niej wyjątki. A od nich już niedaleko do promyka nadziei.

Świetny pomysł Davida Mitchella i jego niezaprzeczalnie wyjątkowy, literacko bogaty, erudycyjny i intrygujący różnorodnością w kolejnych częściach styl opowieści uformowały historię wciągającą (choć nie zabrakło lekko nużących fragmentów) i mimo wszystko – przynajmniej w swojej strukturze – niebanalną. Ja jednak nadal pozostanę większą zwolenniczką powieści Czasomierze. I choć obie książki mają ze sobą wiele wspólnego (w końcu nic nie jest przypadkowe) to ta niezekranizowana historia wywołała we mnie większe emocje, skłoniła moją wyobraźnię do największego wysiłku i jednocześnie frajdy, a także przyczyniła się do wytrworzenia ogromnej sympatii względem bohaterów. W Atlasie chmur tak naprawdę z mało kim zaprzyjaźniłam się na tyle, by do kogoś tęsknić. Chyba najbardziej z Sonmi, ktora wzbudziła też we mnie największe współczucie. Rozczarowało mnie natomias odrobinę zakończenie, w którym czegoś mi zabrakło – może konkretów? Możliwe jednak, że owym konkretem według autora był właśnie brak konkretów, wytłumaczony zamknięciem historii tam, gdzie się rozpoczęła. Powrotem do początku cyklu, gdzie wszystko jest jeszcze możliwe, a jednocześnie z góry ustalone.

Fot.: Audioteka

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *