Filmy,Patronat,Recenzje

Miłośnicy – Iwona Siekierzyńska – „Amatorzy” [recenzja]

amatorzy
amatorzy

Narzekamy, że wciąż brakuje dobrych polskich filmów, że rodzime kino nie ma nic ciekawego do zaproponowania. Wybieramy się na kolejną polską komedię romantyczną, polskiego Greya albo najnowszy film Patryka Vegi i wychodzimy zniesmaczeni. Można to porównać do sytuacji, w której udając się na obiad do restauracji wegetariańskiej, dziwimy się, że w naszym posiłku nie ma mięsa. Tymczasem sami decydujemy o tym, co oglądamy i jakie dzieła będziemy jako widzowie wspierać. Zapominamy, że to my decydujemy o popularności filmów. Mam nadzieję, że świadomość tego dotrze w końcu do polskich widzów i na popularności zyskają dzieła ważne, potrzebne, dobrze zrobione i przede wszystkim wartościowe. Takie jak Amatorzy

Film wchodzi do kin dzięki dystrybutorowi Autograf, a Głos Kultury miał przyjemność objąć ten tytuł patronatem medialnym.

Amatorzy to opowieść o nietypowej grupie teatralnej, Biuro Rzeczy Osobistych (nie mylić ze: Znalezionych!), nad którą pieczę sprawuje Krzysztof – normalny, sympatyczny facet, który większość swojego życia poświęcił opiece nad niepełnosprawną umysłowo siostrą i właśnie wspomnianą grupą teatralną, która działa już od ponad 20 lat. Możemy się jedynie domyślać, ile poświęceń kosztowało Krzysztofa (w tej roli świetny Wojciech Solarz) takie życie. W filmie tylko jeden raz sam o tym wspomina i to nawet nie tyle w formie wyrzutu, ile raczej usprawiedliwienia dla swojego zachowania. Bo Amatorzy nie robią z nikogo ofiar. Ale też nie udają, że wszystko jest w porządku, a wszyscy ludzie są tacy sami. Ale do tego jeszcze przejdziemy, tymczasem wróćmy do fabuły. Biuro Rzeczy Osobistych wygrywa konkurs na spektakl i dzięki temu po raz pierwszy jego członkowie mają szansę stanąć ze swoimi przedstawieniem na znaczącej scenie w dodatku w towarzystwie profesjonalnych aktorów. W tym rozchwytywanej celebrytki Wiktorii (w tej roli Roma Gąsiorowska). To wyjątkowa szansa dla grupy i zdają sobie z tego sprawę wszyscy – zarówno Krzysztof, jak i matka jego i Mary, która urodziła się z niepełnosprawnością umysłową, ale także cała grupa aktorów-amatorów, którzy mimo przeciwności losu marzą o prawdziwej karierze. Jednak w życiu zawsze musi być pod górkę, dlatego warunki, na jakich grupa ma przygotować spektakl, zmieniają się i okazują się kompletnie nieprzystosowane do tego, z czym zmagają się członkowie Biura Rzeczy Osobistych. Najważniejsza zmiana dotyczy tego, co zaprezentuje grupa Krzysztofa. Dyrektor teatru stwierdza bowiem, że zamiast ich przedstawienia muszą wystawić Szekspira. Obojętne co, byleby Szekspira. Krzysztof od początku zdaje się rozumieć, że jego niepełnosprawni umysłowo podopieczni nie udźwigną ciężaru angielskiego dramaturga. A nawet jeśli, to pozostaje pytanie: czy udźwignie to widownia? Bo pełen powagi i wzniosłego języka spektakl w konfrontacji z niewyraźnie mówiącymi i do bólu szczerymi aktorami nie jest raczej tym, czego spodziewa się przeciętny gość teatru.

Na domiar złego przydzieleni do spektaklu profesjonalni aktorzy również nie ułatwiają Krzysztofowi pracy. Celebrytka (celebrytka na G!) Wiktoria zdaje się żyć w swoim własnym świecie, w którym inni ludzie, obowiązki, praca i nawet czas poczekają na nią tylko dlatego, że ona tak sobie życzy. A ponieważ na początku jest przy całym swoim braku profesjonalizmu sympatyczna, urocza (i oczywiście piękna) – nikt nie ma jej tego specjalnie za złe. Starsza aktorka, która z początku stara się wpasować jakoś w to nietypowe dla niej przedsięwzięcie, zaczyna tracić w pewnym momencie wiarę w to, że ma to jakikolwiek sens. Jedynie pan Bartoszek (Krzysztof Kowalewski) wydaje się pewną stałą. Milczącą i obojętną, ale stałą. A to już coś. 

Rozpoczynają się próby, ale szybko okazuje się, że jedynie Mary, bezzębna Mary, którą często trudno zrozumieć, jest w stanie nauczyć się na pamięć trudnego Szekspirowskiego tekstu. Krzysztof powraca więc do technik, na których pracowali wcześniej i pozwala swoim podopiecznym grać ruchem, wczuć się w emocje, a nie powtarzać słowa, których nie rozumieją. Jak jednak posklejać to w mający sens spektakl? Czy jest to w ogóle możliwe, mając u boku dyrektora teatru z – proszę wybaczyć wyrażenie – kijem w dupie i rozkapryszoną gwiazdę? A do tego niepełnosprawnych umysłowo aktorów, którzy, choć dają z siebie wszystko, to nie jest to w ogóle to, czego się od nich oczekuje…

Amatorzy nie łapią po drodze żadnych przestojów. Film  opiera się na jednolitej fabule i wątki poboczne okraja do minimum; nie dłuży się, a wręcz sprawia, że ogląda się go z rosnącym zainteresowaniem i zaciekawieniem, jaki też okaże się finał tej opowieści. To taki rodzaj kina, w którym na pozór wieje nudą, ale wbija w fotel na zupełnie innym poziomie i nie pozwala się od siebie ani na moment oderwać. Opowieść o nietypowej grupie teatralnej uchyla nam w minimalnym stopniu drzwi do świata, do którego na co dzień nie zaglądamy. A przynajmniej większość z nas. Konfrontuje nas z niewygodą, o której nie myślimy. Wypycha przez tę szczelinę ze strefy komfortu i każe zastanowić się nad wieloma sprawami. A filmy, które skłaniają nas do refleksji, to właśnie te, dla których powstały taśmy filmowe. Ciekawy jest wątek Wiki, która w moim przekonaniu kondensuje w sobie „zdrowe” społeczeństwo, które nagle zostaje postawione przed jego na różne sposoby niepełnosprawną częścią. Na początku towarzyszy temu sympatia, duża doza zrozumienia i wręcz ciekawości. Takiej ciekawości, która każe cieszyć się, że osoba podchodzi do czegoś dla niej innego z fascynacją, a nie niesmakiem, wstydem lub lękiem. Ale gdy tylko owa inność zaczyna przeszkadzać w jej planach, gdy nie wszystko idzie po jej myśli, zdaje się zapominać, że nie ma do czynienia z ludźmi takimi jak ona. Że podopieczni Krzyśka są inni i wymagają mimo wszystko nieco innego traktowania. 

Oczywiście, że osoby urodzone z niepełnosprawnością umysłową są takimi samymi ludźmi, jak ci urodzeni bez tego jednego dodatkowego chromosomu. Ale i nie są. Oczywiście, że czują tak jak my ból, strach, miłość, radość, odrzucenie, głód, zimno, wstyd… Ale chociażby przez to, że wyglądają nieco inaczej – świat jest dla nich inny. I o tym film Amatorzy doskonale przypomina. Że choć Mary, Ania, Renia, Oliwia, Adam, Marcin i reszta członków Biura Rzeczy Osobistych w kwestii człowieczeństwa jest dokładnie taka, jak Krzysztof, Wiktoria czy pan Bartoszek, to mają w życiu po prostu trudniej. Nie zmienia to jednak faktu, że często patrzą na świat o wiele zdrowszymi i rozsądniejszymi oczami niż my. Bo nie kierują nimi w tak dużym stopniu, jak nami konwenanse, wstyd przed tym, co pomyślą inni. Ich podejście do życia często przypomina niewinność dziecka, które nie wie, że bekać w towarzystwie nie przystoi, tak samo, jak powiedzenie w programie na żywo do kogoś, że ma wypierdalać

Nie bez przyczyny wielokrotnie w filmie zostaje podkreślone, że wszyscy przekręcają nazwę grupy aktorów-amatorów, mówiąc o nich: Biuro Rzeczy Zagubionych. Odczytuję to jako metaforę tego, jak łatwo wpadamy w pułapkę stereotypów, domówienia sobie tego, czego nie dosłyszeliśmy. Ale świat tak nie wygląda. Nie zawsze zdanie kończy się tak, jak nam się wydaje, że powinno. Nie każdy jest odzwierciedleniem stereotypu, nie na każdego czeka takie samo słowo po przecinku. Nie każda osoba z niepełnosprawnością umysłową mówi tak samo niewyraźnie, nie każda ma te same problemy czy marzenia. Problem ze zrozumieniem tego, co mówią podopieczni Krzyśka, również jest podkreślony w określonym celu. Oczywiście ma to niebagatelne znaczenie, bo przecież chodzi o teatr, gdzie liczy się dykcja, ale to pomaga również dostrzec, że zawsze w pewnym sensie niezrozumiały dla nas będzie ich świat, a raczej ich zmagania ze światem. Jak również to, dlaczego jest tak, jak jest. Aktorzy z grupy Krzysztofa wydają nam się nie przejmować swoją niepełnosprawnością, jakby sami czuli się zupełnie normalnie, jakby nie dostrzegali swojej inności. Ale to piękna bańka, która z hukiem pęka, kiedy Mary pyta matki z wyrzutem: Dlaczego mnie taką urodziłaś?

Skoro już jesteśmy przy matce Mary, zatrzymajmy się na dłużej przy aktorach, którzy wzięli udział w filmie wyreżyserowanym przez Iwonę Siekierzyńską. Anna Dymna wcielająca się w matkę zarówno Mary, jak i Krzysztofa, wypełnia ekran po brzegi ciepłem, naturalnością, ale i normalnością. Świetnie odegrała rolę nie matki sprawnego umysłowo i niepełnosprawnego umysłowo dziecka, ale po prostu matki, która kocha zarówno syna, jak i córkę tak samo, i zarówno na jedno, jak i na drugie potrafi się wkurzyć lub podnieść głos, gdy emocje wezmą górę. Wojciech Solarz, którego całkiem niedawno oglądałam w Netflixowym Sexify, również tutaj bardzo dobrze odgrywa swoją postać i choć zupełnie inną niż w serialu o studentkach, to gdzieś tam wybrzmiewa w jego bohaterze ta sama nieporadność gestów. Myślę, że Solarz to fantastyczny aktor do ról takich zwykłych, normalnych facetów. A takich – paradoksalnie – zagrać dobrze i wiarygodnie, i naturalnie jest o wiele trudniej niż na przykład jakiś czarny charakter lub przerysowaną postać. Reszta znanej obsady to także dobrze obsadzone i odegrane role. Krzysztof Kowalewski, Mariusz Bonaszewski, Roma Gąsiorowska i Małgorzata Zajączkowska (rola niewielka, ale również świetnie zagrana – tak prawdziwie i naturalnie) – wszyscy oni wypadli dobrze i przede wszystkim nie przyćmiewają reszty obsady, czyli naszych aktorów-amatorów. Marzena Gajewska, Anna Kujawska, Renata Klinkosz, Natalia Olszewska, Oliwia Cubala, Adam Siekierzyński, Marcin Wenta, Ariel Wojtanik, Tomasz Macniak, Jan Skiba, Michał Pniewski to żywe srebra na – nomen omen – srebrnym ekranie. Wypełniają go niepodrabialną energią, szczerością i zaangażowaniem. Brylują w filmie i bardzo dobrze, bo jest to film właśnie o nich. Grają w zasadzie samych siebie, ale i to musiało być dla nich wyzwaniem.

Amatorzy to kino, które skupia się na fabule i przekazie. Na rozmowach i ich znaczeniach. Zdjęcia są poprawne, montaż nie rozprasza, muzyka również. Jak już wspomniałam, nie ma tu dłużyzn, a scenariusz jest skonstruowany tak, by opowiedzieć historię bez zbędnego przeciągania, bez moralizatorstwa, bez wmawiania widzowi, co, kiedy i jak ma czuć. To kino, które oglądamy z zapałem, a emocje przychodzą same; rodzą się na linii film-widz naturalnie, nie trzeba ich wymuszać ani specjalnie podkreślać. Są naturalną częścią tej produkcji, choć mogą się różnić w zależności od odbiorcy.

Teatr Biuro Rzeczy Osobistych istnieje naprawdę i naprawdę działa od ponad dwudziestu lat. Występuję w nim między innymi brat reżyserki, możemy zatem mieć pewność, że twórcy doskonale wiedzą, o czym mówią i, że film robi to właśnie w taki sposób, w jaki powinien. Amatorzy to historia opowiedziana prosto z serca, ale nie znaczy to, że jest pozbawiona filmowego kunsztu – wręcz przeciwnie. Ma w sobie wszystko, czym powinno się charakteryzować dobre dzieło. Zapada w pamięć i na pewno jest to tytuł, do którego wrócę. Jest w nim sporo prawdy o świecie i o nas. Dzieło Siekierzyńskiej przypomina, że choć wszyscy jesteśmy tacy sami i nikt nie ma monopolu na konkretne emocje, to jednak różnimy się i różne zachowania inaczej niekiedy trzeba interpretować i inaczej do nich podchodzić. Jednak Amatorzy nie przylepiają członkom Biura Rzeczy Osobistych łatki ofiar, nad którymi trzeba się litować. Chodzi tu raczej o zrozumienie i empatię, ale nie litość – w żadnym razie. Co więcej, amatorscy aktorzy mogą widzów wiele nauczyć. Jak grać we własnym życiu. Że czasami odgórny scenariusz i przemyślane dialogi nie są potrzebne. Że czasami szczerość, nawet niewygodna, jest potrzebna. Pewna doza naiwności również. Że czasami po prostu trzeba coś wykrzyczeć, bo inaczej rozerwie nas od środka. Albo sprawi, że zgorzkniejemy.

Amatorzy to ludzie, którzy nie są zawodowcami w danej dziedzinie, ale amatorzy to również znawcy i koneserzy czegoś. Miłośnicy. I tak właśnie będę interpretowała tytuł filmu. Bo Mary i pozostali aktorzy to amatorzy kina, amatorzy dobrej zabawy, amatorzy życia. Tak jak my, a czasami nawet bardziej i lepiej.

Fot.: Autograf

Podobne wpisy:

Pomysł:8
Problematyka:8
Aktorstwo:8
Emocje:8
Kwestie techniczne:7
Przyjemność z oglądania:8
7.8Ocena ogólna

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *