Niedostatek – Michael Crummey – “Dostatek” [recenzja]

U wybrzeży Nowej Fundlandii, mieszkańcy dwóch wrogo nastawionych do siebie osad znajdują zdychającego wieloryba. Dla ludzi żyjących z tego, co sami upolują, wyhodują lub znajdą jest to okazja do zrobienia zapasów, rozpalenia ogniska i wytapiania tłuszczu. W toku obrzydliwej pracy, podczas brodzenia w zimnej wodzie pośród zastygniętego tłuszczu, mieszkańcy Paradise Deep i Trzewia odkrywają ciało mężczyzny, które do tej pory uwięzione było w brzuchu wieloryba. Znalezione zwłoki miały niezwykle bladą skórę, a do tego całkiem siwe włosy, jak również rzęsy i brwi. Co więcej, okazuje się, że nie są to wcale zwłoki… Takimi wydarzeniami rozpoczyna się Dostatek Michael’a Crummeya. Od tej chwili czytelnik zostaje wciągnięty przez dziwne, często niewytłumaczalne zjawiska, śledzi losy zwaśnionych rodów i zakazanych miłości, brnie przez śniegi i wody wraz z bohaterami poszukującymi jedzenia. Rzeczywistość opisana w Dostatku jest wciągająca i uzależniająca przez swoją brzydotę i piękno zarazem; przez trudy i nędzę, która z roku na rok doskwiera mieszkańcom wybrzeża coraz bardziej. Wszystko, o czym czytamy, staje nam jak żywe przed oczami. Można wyczuć wiejące spomiędzy stron podmuchy mroźnego i przeszywającego wiatru, nietrudno marszczyć nos w grymasie spowodowanym smrodem, jaki wydziela z siebie przez całe życie mężczyzna zrodzony z wieloryba.

Juda – bo tak, przez mylne zapamiętanie Biblii, zostaje nazwany tajemniczy człowiek – sprowadza do życia ciasnej społeczności dwóch miasteczek zarówno dostatek, jak i tragedię. Cuchnący albinos zdaje się niekiedy, na wzór Gombrowiczowskiej Iwony, przez swoje milczenie i nieporadność, podkreślać wady i grzeszki innych ludzi. Nie robi tego oczywiście celowo, jego egzystencja opiera się przecież jedynie na niemym przytakiwaniu na każdy rozkaz, każde słowo mieszkańców. Juda, wyśmiewany zarówno przez dorosłych, jak i przez ich latorośle, skrywa w sobie tajemnicę nie tyle rodzącą się z samego faktu jego pojawienia się na zimnej plaży, co raczej płynącą z jego bytowania. Jego istnienie nie tylko przeczy wszelkim prawom, ale jest poniekąd policzkiem wymierzonym w ludność Paradise Deep i Trzewia. Paradoksalnie, policzek ten bierze się z faktu, że wśród butnych, kłótliwych i agresywnych mieszkańców Juda jest tym, który zawsze nadstawia drugi policzek. Wśród zawadiackich zachowań i ciągłych, trwających od chwili założenia osad konfliktów, biały niemowa zakrawa niemal na fenomen. Jak dzieje się bodaj w każdej społeczności – przez swoją inność Juda staje się obiektem szyderstw i kpin. Bezbronny i, wydawałoby się, niewzruszony, Juda staje się więc symbolem tego, co trafnie ujął w jednym ze swoich utworów Koniec Świata, kiedy śpiewał: jak nie ma winnych, oskarży się ofiary. Cokolwiek złego dzieje się bowiem w życiu bohaterów, winą zawsze obarczany jest niespodziewany biały przybysz. Nawet kiedy okazuje się, że jego obecność podczas połowów przyniosła niespotykany dotąd dostatek, mieszkańcy nie mogą wyzbyć się natrętnej myśli, że obfitość ta okupiona musi być również złem, którego źródłem także ma być Juda.

Crummey w Dostatku roztacza przed nami nie tylko widoki zimnych, niebezpiecznych i jednocześnie pięknych wybrzeży, ale także daje nam wgląd w niezwykłą panoramę ludzkich charakterów. Jest to chyba najmocniejszy punkt tej magicznej powieści. Na jej kartach spotykamy Wdowę po Devinie – owianą legendą staruszkę, której boją się mieszkańcy obydwu osad, ale po którą posyłają jednak za każdym razem, kiedy ktoś zachoruje, kiedy zbliża się poród lub kiedy na pomoc jest już za późno, lecz nikt nie ma odwagi zamknąć powiek nieboszczykowi. Poznajemy również jej największego wroga – Królówkę Sellersa, którego powody do nienawiści wymierzonej we wdowę są tak błahe, prozaiczne i często spotykane, że jego złość wydaje się niekiedy dziecinna. Wymieniona wyżej dwójka to przedstawiciele najstarszego pokolenia w pierwszej części powieści. Stanowią oni jedynie początek tej niesamowitej galerii osobowości, z których każda jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Mamy przecież Mary Tryphenę, wnuczkę wdowy, która z roku na rok coraz bardziej upodabnia się do babci, cechują ją jednak jeszcze większa determinacja i chyba większa wrażliwość. Mamy także Ojca Phelana, który jak na duchownego jest niezwykle aktywny seksualnie, a każdy swój występek niezgodny z obowiązującymi go ślubami, potrafi przekonująco wytłumaczyć – przede wszystkim samemu sobie. Mamy ducha pana Gallery’ego, którego smętna postać straszy mieszkańców wiosek… W podobnym stylu można by wyliczać jeszcze jakiś czas, powieść obejmuje przecież niemal dwieście lat życia mieszkańców Trzewia i Paradise Deep. Nic nie zastąpi jednak poznania ich osobiście, witania się z nimi przy każdym kolejnym rozdziale i towarzyszenia przy kolejnych uroczystościach, połowach lub pogrzebach.

Dostatku poruszony również zostaje w sposób nienachalny religijny konflikt. Konflikt, który wydaje się jednak nieunikniony, będący normalnym stanem rzeczy, by nie rzec nawet, że potrzebnym dla zdrowego funkcjonowania sąsiadów. Paradise Deep założona przez Królówkę Sellersa to bowiem osada protestancka, natomiast mieszkańcy Trzewia to walczący z nimi o prym wiary – katolicy. Dostatek jednak nikogo nie obciąża religijnym fanatyzmem, nikogo nie osądza i nad nikim nie zawiesza lśniącej aureoli. Ukazuje świat takim, jaki jest, ze wszystkimi jego różnicami i wynikającymi z nich, a będącymi jedynie logiczną konsekwencją, opozycjami. Na tle tego konfliktu wyznań, których rzucane cienie mają jednakową długość i kąt padania, wzrastają miłości i uczucia, które ostatecznie nie zawsze otrzymują od świata rację bytu. Crummey pokazuje dzięki nim nie tylko stające na przeszkodzie różnice religijne, ale także problemy, jakie wynikają z życia w tak małych osadach, bez większego sąsiedztwa. Skutkiem takiego życia jest bowiem brak odpowiedniej ilości rówieśników, co z kolei prowadzić może do związków, w których różne wyznania przestają mieć znaczenie, zakazuje ich bowiem zarówno katolicyzm, jak i protestantyzm.

U wybrzeży Nowej Fundlandii, w chłodnej i surowej atmosferze codziennego znoju toczy się życie, o jakim siedzący dziś przed komputerami ludzie często zapominają, że w ogóle istniało. I choć mróz, bieda, głód i niespodziewane śmierci w pogoni za pożywieniem kładą cień na codzienności bohaterów Dostatku, to cień ów, choćby nie wiem jak mroczny, nie jest w stanie przełamać magii zaklętej w powieści Crummeya. Słusznie proza jego porównywana jest do prozy Márqueza, jest to jednak słuszność nieobowiązkowa. Można bowiem ten realizm magiczny Dostatku traktować zupełnie odrębnie, nie doszukując się analogii, bo i świat tutaj opisywany zdaje się nie podlegać żadnym ramom i definicjom. Mieszkańcy dwóch osad walcząc między sobą nawzajem, czy to o władzę, tłuszcz wieloryba, czy słuszność ich wiary, zdają się zagłuszać tymi drobnymi konfliktami fakt, że ich największym rywalem jest przecież przyroda. To z nią toczą bowiem największe batalie, próbując przeżyć kolejny rok. Na wzór swoich praprzodków wymyślają legendy i zabobony i wierzą w nie, bo tylko to chroni ich przed szaleństwem i bezradnością, w ramiona której tak często popychają ich wzburzone wody.

Język, jakim posługuje się Crummey, jest zupełnie inny od tego, którego się spodziewałam. Przygotowana byłam bowiem na delikatny, wolny od wulgaryzmów i sprośnych skojarzeń tok myśli tworzący fabułę Dostatku. Spotkałam się jednak z czymś, co było kompromisem między tym, czego oczekiwałam, a tym, co miało mnie zaskoczyć. Niewymuszony, ale jakże inteligentny humor i wyważone słowa, zdające się dokładnie wiedzieć, kiedy są przekleństwami, a kiedy ich rola jest zupełnie inna, sprawiają, że tę osnutą wokół życia kilku pokoleń powieść czyta się tak, jakby opowiadał nam ją jeden z mieszkańców, siedząc obok i częstując nas soloną rybą, wydartą bezdusznym falom.

Przewracając ostatnie strony powieści, najboleśniej odczuwamy to, że tak bogate osobowości, tak rozległą panoramę charakterów obejmującą prawie dwieście lat, Crummey zamknął w 355 stronach tekstu. Ileż jeszcze opowieści moglibyśmy poznać, ile dostatku i niedostatku moglibyśmy przeżywać razem z bohaterami… 355 stron to jednak wciąż za mało na opisanie tylu lat, tak ciekawych ludzi i ich potomków. Po odłożeniu powieści na półkę, daje bowiem o sobie znać czytelniczy niedostatek.

Fot.: Wiatr od Morza


Recenzja pierwotnie ukazała się na:

 

 

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *