Joker

Przychodzi Joker do lekarza… – Lemire, Sorrentino – „Joker: Zabójczy uśmiech” [recenzja]

Joker to obecnie jeden z najbardziej znanych, komiksowych złoczyńców. Mogłoby się wydawać, że postać ta została już wyeksploatowana na setki sposobów, lecz co jakiś czas pojawia się nowe spojrzenie na wiecznie uśmiechniętego księcia zbrodni z Gotham. Tak też jest w przypadku albumu Joker: Zabójczy uśmiech, duetu Sorrentina oraz Jeffa Lemire.

Ten arcywróg Batmana obecny jest w popkulturze prawie tak długo, jak przeciwstawiający się mu Człowiek Nietoperz (w tym roku stuknęła mu okrągła sześćdziesiątka), lecz przez większość tego czasu była to postać dość kampowa, którą trudno było brać na poważnie. Brak jakichkolwiek super mocy nadrabiał niesamowicie błyskotliwym intelektem, wykorzystywanym w niecnych celach, jednak image cyrkowego klauna nie pomagał w sianiu strachu. Wszystko zmieniło się w 1988 roku za sprawą geniuszu Alana Moore’a, który swoim Zabójczym żartem skierował Jokera na zupełnie nowe tory. Jego wizja pokazywała prawdziwie przerażającego psychopatę, psychologicznie niejednoznacznego siewcę chaosu, próbującego udowodnić, że każdego można złamać, że w każdym człowieku tkwi ziarno szaleństwa, które odpowiednio stymulowane, może eksplodować. Od tej pory wielu autorów prześcigało się w próbach jak najbardziej oryginalnego przedstawienia Jokera, z lepszym lub gorszym skutkiem. Wśród tych udanych prób wymienić można chociażby Jokera Azzarella i Bermeja, po części Azyl Arkham Morrisona i McKeana czy filmowe wcielenia tej postaci w wykonaniu Heatha Ledgera i Joaquima Phoenixa (obie kreacje nagrodzone zostały Oscarem). Myślę, że do tej listy śmiało zaliczyć można też Zabójczy uśmiech, gdzie Sorrentino i Lemire starają się pokazać, jak zaraźliwe może być szaleństwo.

Wydana w 2019 roku historia, najpierw w formie pojedynczych zeszytów, a później jako zbiorczy album spod szyldu DC Black Label (czyli oferty skierowanej do dojrzałego czytelnika, która zastąpiła Vertigo), to momentami wizualna jazda bez trzymanki. Jeff Lemire stworzył całkiem oryginalną historię, choć nie pozbawioną zapożyczeń i nawiązań. Fabuła, nie licząc epilogu, jest pozbawiona Batmana, co wychodzi jej tylko na dobre. To raczej przedstawienie relacji Jokera z usiłującym go leczyć psychoterapeutą, doktorem Benem Arnellem. Lemire doskonale ukazuje, z jak silną osobowością mamy tutaj do czynienia i jak duży wpływ ma Joker na osoby postronne. No i przede wszystkim, jak łatwo, niczym wirus, przenosi się obłęd.

Prawdziwe brawa należą się jednak Andrei Sorrentinie, który Zabójczy uśmiech zilustrował. Już samo przedstawienie postaci Jokera jest tutaj zupełnie niekanoniczne w stosunku do wizerunku, który utrwalił się w głowach czytelników. Książę zbrodni, zakutany w pomarańczowy kombinezon pacjenta szpitala Arkham, wygląda prawie jak zwyczajny człowiek. U Sorrentina brak klasycznego, nienaturalnego uśmiechu od ucha do ucha czy wściekle zielonych włosów. Co prawda cera nadal pozostaje biała, lecz jokerowa ekspresja została znacznie stonowana. Pozwala to uwierzyć w prawdziwość postaci, a specyficzny i bardzo realistyczny sposób rysowania twarzy jeszcze bardziej to ułatwia. Nie to jednak jest największym atutem wizualnej strony komiksu. To, jak Sorrentino bawi się poszczególnymi kadrami, dynamika i niestandardowe, ekspresyjne kształty ramek, które wprowadza, to prawdziwe mistrzostwo, doskonale współgrające z szaleństwem tytułowego bohatera.

Joker: Zabójczy uśmiech to zdecydowanie udany album, który warto mieć na półce i bez wstydu można postawić go obok kultowych pozycji takich, jak Zabójczy żart czy Azyl Arkham. Joker to bardzo wdzięczna postać do eksperymentowania i oby więcej takich udanych prób, jak ta w wykonaniu Sorrentino/Lemire.

Fot.: Egmont Polska

Joker

Write a Review

Opublikowane przez

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.