Książki,Recenzje

Przyjemność demaskowania – Miroslav Zamboch – „Bakly. Szukając śmierci” [recenzja]

Miroslav Zamboch
Miroslav Zamboch

Gra o Tron dotarła już do swojego końca, wiemy, kto rządzi w Westeros, a kto nie zdążył się tego dowiedzieć. Avengers zamknęło pewien etap w historii bohaterskiego kina, i tak jak w przypadku GOT, w sercach wielu z nas pozostaje pustka, której nie sposób zapełnić. Powstało, powstaje i będzie powstawać monstrualna ilość przedstawicieli gatunku fantasy, lecz wraz z końcem tych dwóch kultowych dzieł zakończył się pewien okres, pewna epoka w historii naszej kultury, a większość z nas (w tym ja osobiście) stara się znaleźć COKOLWIEK, co będzie w stanie, choć odrobinę, zapełnić tę dziurę, która pojawiła się wraz z końcem dwóch wielkich i królujących produkcji. Na czas tejże żałoby zostawiam amerykańskich twórców w spokoju i szukam ukojenia u bardziej „sąsiadujących” kolegów. Miroslav Zamboch (pisarz z Czech) i jego Bakly. Szukając śmierci byli moimi towarzyszami niedoli, powiernikami pierścienia i plastrem na stłuczone kolano. I mimo że nie jest to to samo, co bitwa o Żelazny Tron czy walka u boku Iron Mana, to jednak ta świeża rana jakoś lepiej się goiła. I jakoś tak mniej smutno.

Już sam opis książki wprowadza nas w ogólny zarys fabuły: oto mamy trzech bohaterów ze swoimi interesami, z pozoru są inni, ale wizja nadchodzącej wojny złączy ich ścieżki ku jednemu wspólnemu celowi. I na taką historię byłam wręcz przygotowana, ale z tym uprzedzonym nastawieniem zrobiłam jeden z czołowych błędów popełnianych przez niektórych czytelników: miałam już z góry wyrobioną opinię i wizję o tym, o czym będzie książka. Wtedy pojawił się pan Miroslav Zamboch i krzyknął z uśmiechem na twarzy: Surprise! Surprise! Bowiem to, co już prezentuje samo wprowadzenie do historii, jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, małym preludium do całego świata Bakly’ego i mieszkańców Grafzatzy. Można zacząć od tego, że cała powieść nie skupia się tylko i wyłącznie na losach tych trzech bohaterów, chociaż to oni pełnią jedne z kluczowych ról; jednak Bakly jest wzbogacony o inne osobistości, które manewrują pomiędzy tymi trzema istotnymi postaciami, a losy wszystkich zaczynają się nieświadomie ze sobą splatać. Splatać w momencie, gdy nad całą Grafzatzą krąży widmo tajemniczej zagłady, która dosłownie kryje się pod stopami mieszkańców miasta. I staje się głodna. Bardzo, bardzo głodna.

Na sam początek pragnę naprostować, że nie porównuję czeskiej powieści do kultowej sagi Georga R. R. Martina, jak niektórzy mogliby mylnie pomyśleć po nieco nostalgicznym wstępie. Martin bardzo potężnie rozbudował swoje uniwersum, czym nie może pochwalić się każdy autor, i chyba nieprędko uświadczymy kogoś takiego (mam nadzieję, że się mylę); nie znaczy to jednak, że jest to główny wyznacznik tego, czy książka jest naprawdę dobra. Zamboch również wzbogacił swoją powieść o dodatkowe indywidua, nie tak licznie jak w przypadku Martina, ale w przyzwoitej ilości, która pozwala pisarzowi ujarzmić całą historię. Bo my, odbiorcy kultury, wyłapiemy każde pojedyncze niedociągnięcie (i każdy kubek ze Starbucksa).

Miroslav Zamboch nakarmił nas bardzo obrazowymi opisami walk, a właśnie na takie danie miewam chęć, jeśli chodzi o literaturę fantastyczną, zwłaszcza wtedy, kiedy uniwersum osadzone jest w czasach niestabilnego pokoju. Czeski pisarz nie zawiódł, a każde przedstawione starcie zamieniało się w krótkometrażowy film wyreżyserowany w mojej głowie. Pisarz nie cacka się ze swoim czytelnikiem, a opisy nie działają na zasadzie: „Zobaczyli się. Walczą. Bakly won yaaay”. Są to dobrze wykreowane bijatyki, które czyta się z przyjemnością (jeśli, oczywiście, lubi się czytać o łamanych kościach), a Bakly, tak samo jak my, jest spragniony kolejnego użycia swoich pięści. I bardzo dobrze.

Powieść nie serwuje nam całego posiłku na raz, a stopniowo dawkuje nam historię naszych bohaterów. Z początku nie wiemy, co stanowi główną oś fabuły, nie wszystko mamy podane jak na tacy, a kolejne fakty ujawniają się wraz z rozwojem fabuły, dzięki czemu strony zaczynają przerzucać się coraz szybciej, aby w końcu uzyskać odpowiedzi na narastające pytania: Co jest z Baklym? Co on wyprawia? Kim jest Zuzanna? Jakie znowu artefakty? Tajemnicza broń jest naprawdę bronią? Wszystko owiane jest jedną wielką tajemnicą, a my zamieniamy się w detektywów, którzy próbują zrozumieć: o co tu w ogóle chodzi. A coś, co z pozoru wydaje się bezużytecznym wypełniaczem, później nabiera całkiem nowego i wartościowego znaczenia.

Jednak zanim dojdziemy do tego finalnego punktu, gdzie nareszcie zrozumiemy, jaką rolę pełni każda książkowa postać, Miroslav Zamboch poprowadzi nas bardzo okrężną drogą; zaangażuje wiele innych pobocznych wątków, które w jakiś sposób zajmują bohaterom ich czas. Czy ma to jakiś wpływ? Pewnie ma, ale prawdopodobnie zrozumiem to dopiero w drugim tomie. Jest to zabieg na pewno interesujący, ale do pewnego momentu wydawał się nieco irytujący, gdyż dalej czekałam na moment, który utwierdzi mnie w fakcie, że to jest ten główny wątek. Był to z pewnością celowy zabieg autora i tak jak wspominałam – o ile jest to bardzo, BARDZO dobre, kiedy pisarz nie odsłania przed nami wszystkich faktów, o tyle tutaj było to trochę… zbyt długie. Jednak jest coś, w czym Zamboch jest bardzo dobry: w pozostawianiu niedosytu! (w tym pozytywnym znaczeniu). Akcja się rozkręca, sięga zenitu, zagadki zaraz zostaną rozwiązane, odpowiedzi mamy na wyciągnięcie ręki, punkt kulminacyjny, prawie, już prawie i…

Koniec tomu pierwszego.

Co? Nie. Tak nie można. To przecież zabronione! NIE WOLNO TAK” – oto w skrócie myśli, które towarzyszyły mi wraz z przeczytaniem ostatniej strony. Gdzie te odpowiedzi? Gdzie moje epickie stracie? Już wiem gdzie – w kolejnym tomie, na który przyjdzie mi jeszcze czekać, chociaż po dwuletnich przerwach między sezonami Gry o Tron ośmielam się stwierdzić, że w czekaniu już jestem profesjonalistką. A sam Zamboch sprawił, że bez wątpienia będę polować na drugą część.

Bakly. Szukając śmierci jest bez wątpienia dobrą fantastyką, zwłaszcza jeśli chodzi o wspomniane opisy walk czy stopniowe ujawnianie kolejnych faktów; dla niektórych ogromny plus, na innych zadziało to jak płachta na byka, chociaż czy to dobrze znać wszystkie niuanse po pierwszych trzech zdaniach? Czy to radość odkrywania nie stanowi tej prawdziwej frajdy z czytania? Nie jest to też przesadzone fantasy – owszem, mamy tam magię czarodziejów i pewnych „nadludzi”, lecz jest to zastosowane w zdrowych ilościach, bez nadmiernej przesady (kolejny punkt dla pisarza z Czech!). Na starcie trudno stwierdzić, dokąd zmierza cała historia, lecz jest to prawdopodobnie celowy zabieg twórcy, aby doprowadzić nas do epickiego finału w kolejnym tomie. Czy tak będzie? Zobaczymy. Na razie Bakly nie zawiódł.

Fot.: Fabryka Słów 

Podobne wpisy:

Avatar

Piszę, więc jestem. I straszę w horrorach. Bu.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!