Muzyka,Publicystyka,Trzy po trzy

Trzy po trzy #5: Wstydzę się, że słuchałem

Każdy, kto traktuje muzykę inaczej niż tylko jako zapychacz tła, z pewnością ma swoje wyrabiane latami udpodobania. Idąc tym śladem, można wyciągnąć wniosek, że wszyscy ci, którzy czerpią przyjemność z obcowania z muzyką (różnego rodzaju), natknęli się w swoim życiu na zespoły bądź wykonawców, których słuchali z wielkim zapałem…. Jednak jak wiadomo – gusta się zmieniają a to, co lata temu uznawaliśmy za coś wspaniałego, dziś jest w (najlepszym wypadku) mglistym muzycznym wspomnieniem, do którego zdarzy nam się wrócić z nutką sentymentu. Są jednak zespoły, których słuchaliśmy, a dziś nie pozostaje nam nic innego, jak odczuwać z tego powodu ogromny wstyd…


 

Mateusz Cyra:

  1. Ascetoholix

Pochodzący z Oborników, znajdujących się nieopodal Poznania, hip-hopowy skład zasługuje na otwarcie stawki zespołów, których kiedyś słuchałem z wielkim zaangażowaniem, a dziś z tego tytułu mam ochotę zakopać się pod ziemią. Nawet sam przed sobą. Był taki krótki, ale jednak kilkumiesięczny epizod w moim życiu, kiedy zachęcony przez kolegów z gimnazjum do mojego stałego muzycznego repertuaru (którego się nie wstydzę i wstydzić się nie będę) dołączyłem również grupę Ascetoholix. Z początku na szkolnych korytarzach królowały Suczki i ich prześmiewczy, szyderczo-ironiczny wydźwięk. Potem jednak zacząłem słuchać całej płyty Apogeum i jakoś wyszło, że mnie wkręcił ten aż nadto “lajtowy” hip-hop. Dziś nie ogarniam, jak ja mogłem w ogóle tego słuchać… Przecież niżej jest tylko Mezo oraz 18L. Jakiż był wtedy w całym kraju “boom” na zespoły tego pokroju. Doszło nawet do nazwania niegdysiejszego trendu zaszczytnym mianem “hip-hopolo” – Śpiewne refreny, banalne bity i w większości częstochowskie rymy. Aż chciałoby się krzyknąć: Skandal! Tłumaczę to sobie tym, że młodość ma swoje durne, niezbyt zrozumiałe prawa.

█▬█ █ ▀█▀ Ascetoholix – Suczki (prod. Dj Zel, Doniu)

  2. Ich Troje

To zdecydowanie mój największy “zespół hańby”. Z tą polską grupą największą styczność miałem oczywiście jako dziecko/nastolatek, w latach, gdy był największy szał na czerwonowłosego Michała Wiśniewskiego i jego Ich Troje bodajże za sprawą płyty Ad.4. Cóż to były za czasy! Na zielonych szkołach oraz na koloniach szalało się do piosenek A wszystko to… (bo Ciebie kocham), Powiedz oraz Zawsze z Tobą chciałbym być.  Pamiętam, że rodzice kupili z marszu dwie płyty i w domu słuchało się tylko tego. I przyznaję, jakoś się wkręciło, słuchałem namiętnie chrypowatego wycia Wiśniewskiego, choć zdecydowanie bardziej lubiłem nieliczne momenty, gdy śpiewał Jacek Łągwa. W sumie na dzień dzisiejszy jedyna piosenka tego zespołu, której nie wstydziłbym się posłuchać to Tobą oddychać chcę. Po dziś dzień nie rozumiem jak fenomen Łódzkiego zespołu mógł trwać w Polsce tak długo, wszak niedawno stuknęło im 20 lat działalności muzycznej! Fakt, najlepsze lata mają (na szczęście bezpowrotnie) za sobą, ale – bądź co bądź – wydali 8 płyt, 3 kompilacje oraz około 20 singli. Jako dziecko to kupowałem, jednak dość szybko wskoczyłem na zupełnie inny muzyczny pułap, a Ich Troje pozostaje moim największym, najbardziej wstydliwym muzycznym wspomnieniem.  

Ich Troje – Powiedz

  3. Usher 

Jako ostatni do mojej galerii hańby dołącza amerykański tancerz, wokalista oraz aktor (chyba co zawód, to gorsze jego wykonywanie ;)) – Usher. Był magiczny rok 2004 (czyli minęło od tego czasu już 11 lat!), kiedy to MTV zdarzało się puszczać wciąż muzykę, (co prawda mocno komercyjną i nastawioną na masę, ale w końcu to normalne, że tak jest. Leci to, co ludzie chcą oglądać. Gdyby był popyt, dziś na tej stacji nadal królowałaby muzyka, a nie kolejny odcinek Warsaw Shore.) i pojawił się teledysk do piosenki Yeah! nagranej wspólnie z Ludacrisem oraz Lil. Johnem. Ludzie, jak mi się ta piosenka podobała! Na tyle, by przyciągnąć mnie do tego wokalisty i kupić (!) cały album Confessions, który gościł w mojej wieży długie miesiące. W pewnym momencie znałem całą płytę od deski do deski; dziś jak gdzieś  usłyszę w radiu, czy przechodząc korytarzami galerii handlowej, to zdarzy mi się coś zanucić, ale działa tu raczej siła sentymentu niż sympatia, bo ani żaden wcześniejszy, ani żaden późniejszy album Ushera nie przypadł mi do gustu. Do tego dziś zwyczajnie przeszkadza mi ten jego cieniutki, kompletnie niemęski głos i też, tak jak w wypadku pozostałych pozycji niniejszego Trzy po trzy zachodzę w głowę – “Jak ja mogłem…”. Odpowiedzi nie znam.  

Usher – Yeah! ft. Lil Jon, Ludacris


Jakub Pożarowszczyk

  1. Coma

Na pierwszym miejscu oczywiście. Innej opcji nie było. Na szczęście moje uwielbienie do Comy skończyło się gdzieś w klasie maturalnej na etapie poznawania Hipertrofii. Fakt, że kiedyś lubiłem twórczość Roguckiego i spółki świadczy dobitnie o tym, że przechodziłem przez tzw. okres dorastania i popełniałem zwykłe, młodzieńcze błędy. Co gorsza, wówczas czynnikiem, który powodował, że zasłuchiwałem się w Comie, były grafomańskie teksty lidera i wokalisty grupy, czyli Piotra Roguckiego. Dzisiaj, gdy z perspektywy czasu czytam jego twórczość na spokojnie, nawet z towarzyszeniem nie najgorszej muzyki jaką napisano do tekstów – bowiem muzycy Comy grać potrafią – to zadaje sobie jedno, zasadnicze pytanie: Dlaczego? Jakim cudem mogło mi się to podobać? Nie mam pojęcia. Na szczęście ten okres buntu minął w moim życiu i nie katuję swoich uszu infantylnymi, pseudo poetyckimi tekstami Roguckiego. Ja wiem, że są ludzie, którzy uważają to za poezję i to wysokiego lotu, popierając często swoją tezę rozbudowanymi analizami. Inni natomiast uważają, że Jakub Ćwiek jest wybitnym pisarzem fantasy, a jeszcze inni lubią porno ze zwierzętami. Ludzkie gusta są niezbadane.

Coma – Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków

  1. Hunter

Podobna sytuacja, jak w przypadku Comy. Jednak gdy Roguckiemu trzeba oddać przynajmniej to, że stara się on poprawnie posługiwać językiem polskim, to bohomazy Draka, lidera Huntera, są prawdziwym majstersztykiem. A w zasadzie koszmarem. Pozwolę sobie tylko zacytować fragment sztandarowego hitu zespołu (T.E.L.I.), do dzisiaj tłumnie śpiewanego na koncertach przez rzeszę gimnazjalistów (byłem kiedyś, widziałem), którzy błądzą i nie wiedzą co czynią: MARSH! Wrócą Bohatersi…/MASH! Ordery do piersi!/M.A.S.H.! Trudno je przypinać…/M.A.S.H.! TRZEBA SIĘ POCHYLAĆ… Brawurowe potraktowanie zasad pisowni języka polskiego, nieprawdaż? Z Hunterem było wszystko w miarę porządku, gdy większość tekstów pisali w języku Szekspira. Dwie pierwsze płyty, Requiem czy Medeis pomimo fatalnego akcentu Draka, w warstwie tekstowej wyglądały znośnie, jak doskonały, prosty w wyrazie utwór Fallen pochodzący z Medeis właśnie. Niestety na kolejnych płytach Drak postanowił śpiewać tylko i wyłącznie po polsku, z płyty na płytę drastycznie obniżając jakość tekstów i co gorsza – kompozycji. Rak oczu, uszu, wszystkiego.

Hunter – T.E.L.I…

  1. Dżem

Trzeci wybór jest najtrudniejszy. Z kilku powodów. Mnie ominęła moda na różne hip-hopy, ich troje czy inne techna. Więc odpadają naturalni kandydaci do listy wstydu. Na całe szczęście, u mnie w domu, dzięki starszemu bratu, miałem tylko i wyłącznie dostęp do rocka i metalu. Głównie starego, klasycznego, co spowodowało, że przez długi czas gardziłem nowościami, często zanurzając się w trzecioligowych zespołach hard rockowych z lat siedemdziesiątych jak australijskie Buffalo czy Fuzzy Duck. Najgorzej, że również miałem fioła na punkcie starego prog rocka (dalej trochę mam) i potrafiłem katować chociażby włoskie perełki takie jak Premiata Forneria Marconi, Banco Del Mutuo Soccorso czy Quella Vecchia Locanda. Czy to wstyd? Niekoniecznie, lecz w pogoni za młodzieńczą chęcią bycia w gronie ekskluzywnych słuchaczy starego, mało znanego rocka kompletnie zamknąłem się na nowości, powodując, że przeważnie moimi ulubionymi wykonawcami w okresie dorastania byli klasycy rocka i metalu. I tutaj kontynuuje wątek polski i oczywiście nominuje zespół Dżem. Formacja klasyczna, co do tego nie ma wątpliwości. Masa hitów, niezapomnianych piosenek, łzawych ballad śpiewanych przy ogniskach. Masa wstydu. Szczególnie, że człowiek będąc pod wpływem, potrafił śpiewać taki Sen o Victorii, mając niejednokrotnie zaszklone od pijackiego wzruszenia oczy. Ckliwe ballady jak Tylko ja i ty czy pseudo zwierzenia skończonego ćpuna (sorry fani Ryśka), czyli List do M były dla mnie muzycznym i, co gorsza, poetyckim absolutem, a Riedel uważany był przeze mnie za boga muzyki rockowej. Tragedia, chociaż po latach trzeba przyznać, że siłą formacji byli jednak doskonali muzycy, a nie pijacko-ćpuńska charyzma Riedla, i potrafili napisać przez lata kawałek wybornej muzyki. Dalej mi się zdarza ze znajomymi śpiewać piosenki Dżemu (na szczęście te całkiem znośne, jak nieśmiertelny Wehikuł Czasu i zawsze, ale to zawsze pod wpływem), wówczas odczuwam lekki wstyd i ukradkiem sprawdzam, czy nikt tego nie nagrywa. Więcej grzechów nie pamiętam.


Michał Bębenek:

  1.Roxette

Moją “listę wstydu” rozpocznę od najlżejszego kalibru. Otóż, pacholęciem będąc, w okolicach trzeciej, może czwartej klasy podstawówki zachłysnąłem się możliwością posiadania własnych kaset, z muzyką wybraną przeze mnie (a nie jak dotąd taką, która po prostu była obecna w domu). A należy nadmienić, że były to czasy, których możliwe, że moi przedmówcy nie pamiętają. Czasy, kiedy na polskim rynku nastąpiła eksplozja dobrobytu i na wszelkiego rodzaju bazarach i targach pojawiły się stoiska pełne kaset magnetofonowych (oczywiście było to jeszcze przed “oryginałami” z hologramem, piractwo pełną gębą, choć wtedy jeszcze nikt tego piractwem nie nazywał). Do rzeczy jednak – dostałem kieszonkowe i możliwość kupienia pierwszej w życiu własnej kasety. Mój wybór padł na Joyride zespołu Roxette. Koszmarnie wydany album, z drukowaną okładką, ale muzyka spodobała mi się bardzo. Taki leciutki pop-rock, niemniej jednak gdzieś tam słychać różne gitarowe riffy, które stały się zalążkiem do mojego późniejszego polubienia nieco cięższych rzeczy. Nakupiłem potem jeszcze kilka kaset tegoż zespołu i znałem wszystkie na pamięć. Szwedzki duet na jakiś czas stał się moim ulubionym zespołem, a ja szczyciłem się tym, że słucham “rocka”. Dziś wiem, że strasznie to było tandetne, niemniej jednak, jak gdzieś usłyszę pierwsze takty Joyride, budzi się we mnie nutka sentymentu ;).

Roxette – Joyride

  1. Ace of Base

Kolejna fascynacja podstawówkowa. Wszyscy tego słuchali, słuchałem więc i ja. Ace of Base wbiło się w okres popularności zaczątków muzyki dance, disco czy cholera wie, jak to właściwie nazwać. Zbiegiem okoliczności to kolejny zespół ze Szwecji, o ile się nie mylę. No i tutaj znów, kupiona na bazarze kaseta Happy Nation i zasłuchiwanie się w hicie All that she wants. Jak teraz o tym myślę, to było to okropne. Taka najbardziej perfidna odmiana muzyki popularnej, wszystkie piosenki na jedno kopyto, na wokalu dwie dziewczyny i dwóch facetów, wszystko okraszone muzyką z gatunku “umpa umpa”. Na szczęście w przypadku Ace of Base, inaczej niż z Roxette, nie zacząłem zbierać kaset z ich albumami i skończyło się na Happy Nation. No, a jakiś czas później, kolega pożyczył mi kasetę The Offspring i naprowadził na właściwe tory.

Ace of Base – All That She Wants (Official Music Video)

  1. Spice Girls

Długo się zastanawiałem, czy przyznać się do tego zespołu. No ale, skoro mają być to formacje, których się najbardziej wstydzimy, to nie może zabraknąć w tym zestawieniu najsłynniejszego girls bandu ;). Co więcej, jest to dla mnie szczególnie wstydliwy temat, gdyż to nie były już czasy podstawówki, tylko nieco późniejsze, a ja słuchałem już kilku nieco “poważniejszych” rzeczy. Nie jestem w stanie wyjaśnić zauroczenia spicetkami, one same wpadały w oko, a ich muzyka w ucho. Teraz wiem już, że podobnie jak wszystkie inne girls i boys bandy, które w tych czasach osiągały szczyty popularności, były od początku do końca wykreowane. Nie mogłem powstrzymać się jednak od kupienia debiutanckiego albumu Spice, na kasecie (z hologramem! – “oryginałka”, także to nie przelewki!). Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko tyle, że niektóre z piosenek na tym albumie miały naprawdę niezłą warstwę muzyczną, która nie była tylko zapychającym tłem dla śpiewających dziewczyn. Kilka z nich (piosenek, nie dziewczyn) miała nawet bardzo fajny funkowy vibe, jak chociażby Who do you think you are. Uf, wyrzuciłem to z siebie, największy muzyczny powód do wstydu. Mam tylko nadzieję, że nikt nie wykorzysta tego przeciwko mnie, a za moimi plecami nie pojawi się septa z dzwonkiem krzycząca “Shame! Shame!”.

Spice Girls – Who Do You Think You Are

 

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!