Filmy,Wielogłos

Wielogłosem o…: “W lesie dziś nie zaśnie nikt”

w lesie dziś nie zaśnie nikt
w lesie dziś nie zaśnie nikt

W lesie dziś nie zaśnie nikt to nowe dzieło twórcy Placu Zabaw, Bartosza M. Kowalskiego. Kinowa premiera naszego rodzimego slashera (jak głosili twórcy) planowana była na 13 marca, jednak z powodu pandemii koronawirusa początkowo ją przesunięto, by finalnie odwołać. Żeby nie odbierać możliwości obcowania z filmem, ku radości wielu widzów i naszej także, producenci zdecydowali się na udostępnienie filmu w serwisie Netflix. 

Film jest dostępny na platformie od piątku, 20 marca, i  z każdym dniem zdobywa coraz większą popularność, nie opuszczając Netflixowego rankingu Top 10 wśród filmów w Polsce dzisiaj. I możemy się założyć, że taki stan jeszcze trochę potrwa. Zapraszamy do lektury Wielogłosu tych z Was, którzy już widzieli film, a także te osoby, które wciąż wahają się, czy warto spędzić niemal dwie godziny przed ekranem.

WRAŻENIA OGÓLNE 

Mateusz Cyra: Wbrew mylnemu przekonaniu – W lesie dziś nie zaśnie nikt nie jest pierwszym polskim slasherem, ponieważ pierwsze próby podjęto między innymi w Porze mroku z 2008 roku, ale na szczęście nie zmienia to kompletnie niczego, bo nie uczestniczymy w żadnych wyścigach, tylko dyskutujemy o filmach. A prawda jest taka, że polski horror dotąd nie miał zbyt wiele szczęścia i najnowsze dzieło Bartosza M. Kowalskiego ma spore szanse, aby nasz kraj zaistniał na horrorowej mapie świata. Tym bardziej że w splocie niefortunnych dla świata kina zdarzeń premiera kinowa została odwołana, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i W lesie dziś nie zaśnie nikt trafiło szybko na Netflixa, a to z kolei daje nadzieję na to, że film wkrótce trafi na ekrany widzów reszty świata.

Klaudia Rudzka: Myślę Mateusz, że to zbyt daleko idąca teza, że dzięki filmowi Bartosza M. Kowalskiego Polska zaistnieje na horrorowej mapie  świata. Zgadzam się z tym, że nie jest to film zły, ale niestety jest to film na pewno spóźniony, który nie przynosi nic nowego. Spóźniony o dekadę albo i więcej. Jest to znakomity hołd dla postmodernistycznych slasherów lat 90., ale czy kino grozy nie znajduje się współcześnie w trochę innym miejscu?

Mateusz: Trudno się z tym argumentem nie zgodzić. Ten film to przede wszystkim laurka dla dawnych slasherów, list miłosny fana i w głównej mierze nostalgiczna podróż w przeszłość, która nie wnosi absolutnie nic do gatunku i w której zabrakło odwagi (o czym zresztą dokładniej zaraz porozmawiamy), ale w swoich ramach ten film sprawdza się bardzo dobrze, a można zaryzykować, że jest miejscami lepszy niż zagraniczne produkcje sprzed kilkudziesięciu lat. Jako odskocznia, sposób na złapanie oddechu i rozluźnienie w świecie horroru W lesie dziś nie zaśnie nikt sprawdza się świetnie, ale masz rację, że współczesna groza stawia na zupełnie inne motywy; ja wciąż jednak uważam, że dzięki Netflixowi ten film ma szansę trafić „w świat”, a w Stanach Zjednoczonych uwielbiają takie filmy.


RYS FABULARNY 

Klaudia: Można by powiedzieć, że fabuła nowego dzieła Bartosza M. Kowalskiego to nic innego jak uniwersalna definicja slashera. Mamy bowiem grupkę nastolatków, którzy przyjeżdżają na obóz, a raczej odwyk od Internetu. Akcja dzieje się w środku opustoszałego lasu. Jak nietrudno się domyślić, dzieciaki rozdzielają się, by w grupach wypełnić przydzielone im zadania. Cel niewinnego obozu offline z każdą minutą zmienia się diametralnie. Grupka nastolatków wraz ze swoją opiekunką muszą wspólnie walczyć  o życie z żądnymi krwi mutantami. Jak w klasycznym slasherze walka o przetrwanie staje się swoistym egzaminem odwagi, przyjaźni i poświęcenia.

Mateusz: Fabuła jest tak prosta, jak to tylko możliwe i w tym wypadku nie jest to żaden zarzut. Każdy, kto oglądał summer-camp slashery, poczuje się tutaj jak w domu.

ZALETY I WADY FILMU 

Mateusz: Zacznę od wad i rzeczy, które nie do końca mi zagrały, bądź w moim przekonaniu mogły wypaść nieco lepiej – przede wszystkim zabrakło mi w tej produkcji odwagi, pazura bądź – będąc zupełnie kolokwialnym – przysłowiowych jaj ze strony twórców. Film ten wydaje mi się odrobinę zbyt „podręcznikowy”. Tak naprawdę jedyny charakterny moment to scena Olafa Lubaszenki, reszta o ile jest naprawdę świetnie zrealizowana, to jednak pozostawia w widzu przeświadczenie, że „odhaczyli kolejny element, który powinien mieć miejsce”. Nie twierdzę, że jest coś złego w wierności gatunkowej i nie uważam, że wspomniany brak odwagi to jakaś wielka wada, ale chciałoby się, żeby twórcy dali z siebie coś więcej. A może po prostu to kwestia nieposkromionego apetytu mojego oraz innych krytyków? Bo widzimy, że Kowalski zrobił coś udanego i chciałoby się, żeby to było jeszcze lepsze? Jeśli więc jest to z mojej strony czepialstwo, to ja przepraszam. Bo w sumie bawiłem się podczas seansu dobrze. Naprawdę często się śmiałem. I to nie z poczucia zażenowania, ale tak pozytywnie, nostalgicznie. Bo na serii Piątek trzynastego ja się praktycznie wychowałem. A Kowalski czerpie z niej  garściami. Ty miałaś ze slasherami jakąś przygodę, czy to Twój pierwszy raz?

Klaudia: Nie powiem, żeby slasher stanowił mój ulubiony gatunek filmowy, ale jednak nie jest mi on obcy. Podobnie jak Ty, wychowywałam się na filmach typu Krzyk czy Teksańska masakra piłą mechaniczną, jak również Piątek Trzynastego, Krwawy obóz Bay czy Koszmar z ulicy wiązów. Trzeba przyznać rację Kowalskiemu, że widz z lekką dozą nostalgii ogląda W lesie dziś nie zaśnie nikt, gdy na myśl przychodzą wyżej wymienione produkcje. Jednak jeśli mówimy o wadach, to ja miałam swoiste poczucie przesytu. Dać dużo,  a w zasadzie wszystko, co podręcznikowe – jak wspomniałeś – w slasherze, to nie zawsze znaczy dobrze. Film miał potencjał, jednak trudno odnaleźć w nim osobną tożsamość czy pomysł. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas seansu, podobnie jak Ty, bawiłam się całkiem nieźle.

Mateusz: Pozostając jednak przy narzekaniach – nie do końca odpowiada mi główna bohaterka. Nie tyle mam problem z Wieniawą, ile z graną przez nią postacią. Jest zaskakująco nijaka, jak na podłoże, które scenarzysta starał się nam pokazać. Wiemy od samego początku, że jej przeszłość kryje jakieś mroczne zdarzenie, dostajemy finalnie wgląd w traumatyczne chwile, ale zamiast poczucia wypełnienia pustych przestrzeni w psyche bohaterki, zostajemy z wrażeniem uchodzącego powietrza ze źle zawiązanego balonika.

Jeśli zaś chodzi o zalety, na pierwszy plan wysuwa się rewelacyjna wręcz muzyka, epizodyczne role aktorskie oraz naprawdę bardzo dobra strona techniczna filmu.

Klaudia: Jeśli chodzi o zalety – z mojego punktu widzenia to również jest to muzyka autorstwa Radzimira Dębskiego, która doskonale dopełnia całość. Radzimir wykorzystał elektroniczne, intrygujące dźwięki, które doskonale korespondowały z fabułą. Plusem jest też świadome i umiejętne wykorzystanie absurdu i tandety, co – jak wiemy – w polskim kinie nie jest wcale takie proste.

PROBLEMATYKA

Klaudia: Trudno mówić o problematyce w slasherowych horrorach,  czy sęk bowiem nie tkwi w tym, by nie dać się zabić zombie bądź w tym przypadku mutantom? Mimo to reżyser zgrabnie zaznacza współczesny problem uzależnienia od Internetu i gier komputerowych, umiejscawiając akcję na obozie offline. Umiejętnie sygnalizuje wciąż istniejącą nietolerancję wobec homoseksualistów w Polsce, gdy w jednej ze scen Bartek (Stanisław Cykwa) mówi: niełatwo jest być pedałem w tym kraju.  Sugestywnie przedstawia również księdza jako „tego złego”, jednak nie chcę zdradzać szczegółów fabuły – oceńcie sami :). Jakby się nad tym zastanowić, to dużo w filmie W lesie dziś nie zaśnie nikt odniesień do działających w Polsce wzorów społecznych zachowań.

Mateusz: Jest dokładnie tak, jak mówisz – nawet w takim gatunku jak slasher udało się twórcom przemycić kilka prawd (lub wersji prawd), choćby właśnie na temat wspomnianego uzależnienia od nowoczesnych technologii i faktu, że dzisiejsza młodzież tak bardzo potrafi uzależnić się od smartfonów, mediów społecznościowych i rozrywek online, że zapominają o toczącym się dokoła życiu offline. Poza wspomnianymi przez nas kwestiami trudno doszukać się czegoś głębszego w tej nastawionej na „fun” produkcji.

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz: Chyba epizod z Olafem Lubaszenką. Uśmiałem się do łez.

Klaudia: Dla mnie najlepszą sceną była ta, w której Julek mówi o łamaniu przykazań każdego horroru. Prócz świetnej zabawy w momencie, gdy jego postać pojawiała się na ekranie, i ogólnej sympatii, którą wzbudził we mnie od początku, ta scena wywołuje ogromne napięcie poprzez kolejne działania bohaterów będące złamaniem owych zasad. Cudownie puszczone oczko w stronę widzów – od razu wiemy, z czym mamy do czynienia.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI 

Mateusz: Julek to typowy przedstawiciel komputerowych geeków. Okazuje się, że chłopak ma własny kanał na YT, jest zawodowym streamerem i profesjonalnym graczem e-sportowym, który był o krok od osiągnięcia spektakularnego sukcesu, gdyby tylko rodzice wspierali go w jego pasji, zamiast wysyłać go na karny wakacyjny obóz off-line, mający oduczyć go siedzenia w sieci i marnotrawienia życia. Chłopak w ekspresowym tempie zgarnia serca widzów, będąc jednocześnie skarbnicą wiedzy na temat horrorów oraz ciapowatym geekiem, który zdaje się mieć odpowiedź na każdą sytuację.

Klaudia: Zosia jest, zdawałoby się, najbardziej racjonalnie myślącą uczestniczką obozu. Reżyserowi można zarzucić jednak dość niejasne skonstruowanie postaci. Jak wspomniał wyżej Mateusz – wiemy, że cierpi na traumy z przeszłości, są one jedynie migawkami, wobec czego nie dostajemy odpowiedzi, co dokładnie drzemie w naszej bohaterce i jak mamy tłumaczyć jej zachowania. Dlaczego znalazła się na obozie offline? Tego się nie dowiemy. Mamy za to obraz snującej się smętnie po ekranie, cierpiącej Wieniawy. Nie pozwala to tym samym na utożsamienie się z postacią. Dla mnie osobiście Zosia była bardzo obojętna, wręcz męcząca na sam koniec w całym założeniu odegrania roli final girl.

AKTORSTWO 

Mateusz: Aktorów wypadałoby podzielić na tych mniej znanych i młodych, którzy grają w filmie pierwsze skrzypce (Julia Wieniawa, Wiktoria Gąsiewska, Michał Lupa, Sebastian Dela czy Stanisław Cywka) oraz tych epizodycznych, ale już o bardzo rozpoznawalnych, mających na koncie mnóstwo doświadczenia i ról (Olaf Lubaszenko, Wojciech Mecwaldowski, Piotr Cyrwus, Gabriela Muskała czy Mirosław Zbrojewicz). Ci drudzy raczej bawią się otrzymanymi rolami, tym bardziej że z większości przypadków są to role ograniczające się do jednej sceny. Julia Wieniawa, która otrzymała w filmie Kowalskiego główną rolę, wypadła dobrze, dość obiecująco, ale jak już wspominałem – uważam, że dostała kiepsko napisaną bohaterkę, z którą trudno złapać wspólny język. Show kradną jej Michał Lupa, wcielający się w Julka, oraz Wiktoria Gąsiewska, która dostała ciekawiej (choć wciąż sztampowo) napisaną bohaterkę i która zdaje się lepiej odnajdywać w gatunku.

W LESIE DZIŚ NIE ZAŚNIE NIKT - DRUGI TEASER FILMU

Klaudia: Mimo mojej krytyki postaci Zosi uważam, że Julia Wieniawa spisała się obiecująco. Pomijam fakt, że prawie przez całą pierwszą połowę filmu nic nie mówi. Mimo to dostatecznie dobrze gra mimiką, gestami. Czasem jest dość przerysowana i powiedzielibyśmy „drewniana”, jednak w ogólnym rozrachunku sprawdziła się nieźle. Moje serce należy jednak do Julka, w którego rolę wcielił się Michał Lupa i naprawdę w wielu momentach jest on perełką tego filmu.

KWESTIE TECHNICZNE 

Klaudia: Myślę, że technicznie W lesie dziś nie zaśnie nikt Bartosza M. Kowalskiego też broni się całkiem nieźle. Prócz wspomnianej przez nas muzyki istotna jest tu również scenografia, która wypada całkiem przyzwoicie. Kreacje mutantów przerażają w całej swej obrzydliwości, sceny gore również są takie, jak na slasher przystało. Mimo braku oryginalności i często powielanych, znanych nam z innych filmów schematów – pod kątem realizacyjnym film daje radę, nawet jeśli próbuje być znaną nam wszystkim kopią, czy jak kto woli hołdem, dla slasherów lat 80. i 90.

Mateusz: To ja Ci się muszę przyznać, że podobało mi się operowanie światłem w tym filmie. Dominują tu żółte kolory i niekoniecznie zawsze i wszędzie mi się to podoba, ale tutaj to pasowało i było miłe dla oka. Czuć niestety w scenach gore braki budżetowe, bo z reguły kamery poustawiane są tak, że nie widzimy dekapitacji albo momentu ingerencji przedmiotu w ciało człowieka, tylko zza kadru ktoś rzuca odciętą sztuczną głową lub kamera spogląda na bohatera, gdy temu wystaje z twarzy ogromny kawał drewna, ale w niczym to nie przeszkadza. Oczywiście spragnieni krwawych wrażeń mogą narzekać, ale reszta nie zwróci na to szczególnej uwagi. W tym miejscu warto także wspomnieć o naprawdę dobrej, wyrywającej się schematom muzyce Jimka, który zadbał o to, by było naprawdę oryginalnie.

SŁOWEM PODSUMOWANIA 

Mateusz: Jeśli miałbym się na sam koniec czegoś czepiać, to tylko tego, że film nie wywołał we mnie ani grama strachu, czyli można uznać, że poległ w ramach swojego gatunku. Czy jednak nie jest tak, że slasherów przestajemy się bać, gdy tylko obejrzymy pierwszy z nich? A może w ogóle slashery nie służą do straszenia, tylko mają być po prostu dobrą, niezobowiązującą rozrywką na rozluźnienie po ciężkim tygodniu pracy? Jeśli patrzymy w tych kategoriach na W lesie dziś nie zaśnie nikt – Kowalskiemu i reszcie twórców wyszedł film udany.

Klaudia: Reżyser stworzył film będący w pewnym sensie kompilacją znanych nam motywów. Gołym okiem widać fascynację slasherami, jednak znając cechy i zasady takich dzieł, reżyser mógł pójść o wiele dalej i pozwolić sobie na więcej. Film mógł być naprawdę niezłym kawałkiem szalonego kina, wyszedł jednak poprawny, wręcz podręcznikowy horror dostarczający nam rozrywki. Słowem podsumowania – pozostaje nam liczyć na bardziej oryginalny ciąg dalszy, jak to bowiem bywa w przypadku slasherów – miejmy nadzieję, że i tutaj doczekamy się kontynuacji.

Fot.: Next-Film/ Akson Studio

Podobne wpisy:

Ocena Mateusza6
Ocena Klaudii5
5.5Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *