Filmy,Patronat,Recenzje

Półsłówkami pomiędzy półkami – Thomas Stuber – “Walc w alejkach” [recenzja]

walc w alejkach
walc w alejkach

Nad pięknym modrym Dunajem… Chyba każdy z nas zna te charakterystyczne dźwięki stworzone przez Johanna Straussa w 1867 roku. To one właśnie, melodią tak znanego na całym świecie walca, wprowadzają widza w świat przedstawiony w obrazie reżysera Thomasa Stubera. Jednak zamiast tańczących w jego rytm ludzi, czego moglibyśmy się spodziewać, widzimy jedynie ciemne, mało przytulne wnętrze jednego z niemieckich supermarketów i poruszające się do tej – zdającej się odstawać od otoczenia – klasycznej muzyki wózki widłowe. Oto otwiera się przed nami szary świat pracowników sklepu, do którego wkracza nowy pracownik, Christian. Walc w alejkach – który Głos Kultury objął patronatem medialnym – można uznać za rozpoczęty.

O Christianie wiemy niewiele. To niesamowicie milczący i skryty mężczyzna, o którego charakterze czy przeszłości mogą mówić jedynie liczne – i raczej nienależące do tych artystycznych – tatuaże, które kierownik od razu każde mu zasłonić długimi rękawami, tłumacząc, że klienci tego nie lubią. Mieszka sam, a jego otwartość względem nawiązywania nowych znajomości jest raczej znikoma. Mężczyzna bez większego entuzjazmu, ale również bez oporów, wdraża się w nowe zajęcie, ucząc się zarówno układu sklepu, jak i układów pomiędzy pracownikami poszczególnych działów (to, że napoje lubią się ze słodyczami, nie znaczy, że z delikatesami może być tak samo). Oprócz tego, musi jeszcze nauczyć się operować wózkiem widłowym i zdać egzamin, który da mu uprawienia do obsługi tej maszyny. Kolejne dni mijają, a Christian, choć nadal milczący i zamknięty w sobie, coraz bardziej zdaje się wtapiać w społeczność pracowników supermarketu. Ze swoim “mentorem” Brunem mają zwyczaj chować się w ubikacji, by wspólnie oddać się przyjemności palenia; spotykając innych pracowników, podjada to, co zostało wyrzucone do śmieci, choć wciąż nadaje się do jedzenia (musi jednak uważać, by nie zostać przyłapanym, jest to bowiem surowo zabronione – co zdaje się nie przeszkadzać większości pracownikom). Do rytuałów Christiana zalicza się również flirt z jedną z pracownic działu ze słodyczami, uwodzicielską Marion. Kobieta wpada w oko “świeżakowi” – jak ta będzie go nazywać jeszcze przez następne miesiące – już na samym początku, kiedy podgląda ją pomiędzy półkami. Znamienna jest scena, w której kobieta związuje swoje krótkie włosy tuż nad karkiem. Ponieważ Walc w alejkach nie ma ani jednej sceny erotycznej, to właśnie w tym ujęciu upatrywałabym jej odpowiednika emocjonalnego. Nie bez znaczenia jest zresztą fakt, że mężczyzna znajduje później i zabiera tę samą gumkę, którą Marion związywała włosy.

Choć Marion nie jest obojętna wobec nieśmiałych zalotów Christiana, ich związek raczej nie ma większych szans ze względu na to, że Marion jest mężatką. To jednak nie przeszkadza innym pracownikom sklepu w cichym dopingowaniu im i w utrzymywaniu mężczyzny w postanowieniu i przekonaniu, że może ją zdobyć. Z czasem dowiadujemy się co nieco zarówno o przeszłości Christiana, jak i o małżeństwie Marion – dzięki rozmowom, jakie nowy pracownik przeprowadza z Brunem. Wszystko jednak jest dla widza niedopowiedzeniem i poniekąd zagadką. Nie wiemy dokładnie, jaki jest Christian, i co dzieje się w domu Marion. Z czasem okaże się również, że nawet pracownicy sklepu, którzy znają się od lat, wiedzą o sobie nawzajem bardzo niewiele, co ukazane zostanie w sposób dobitny, ale i przytłaczający.

Walc w alejkach to opowieść niespieszna i tocząca się w rytmie, który najbardziej zdają się rozumieć sami jego bohaterowie – pracownicy supermarketu. Gdy ostatni klienci opuszczają sklep, oni oddają się żmudnej pracy sprzątania, wykładania i porządkowania towaru, tańcząc pomiędzy wąskimi alejkami, za partnerów mając palety i wózki widłowe lub ręczne. Nie bez znaczenia wydaje się obranie za główny motyw muzyczny właśnie walca, który początkowo był wolny, a poruszanie się w takt muzyki odbywało się na jak najmniejszej przestrzeni, co miało dowodzić tanecznych umiejętności i kunsztu. Właśnie tak poruszają się zmęczeni codziennością pracownicy – powoli, lecz sprawnie, znając na pamięć każdy zakamarek każdej ciasnej alejki. Również Christian i Marion tańczą swój taniec – niesamowicie powoli, to zbliżając się do siebie, to znów oddalając, lawirując pomiędzy półkami i półsłówkami. Może okazać się to niebezpieczne dla nich obojga – on zbyt zakochany, może popełniać głupstwa, które wyciągną na jaw jego nieciekawą przeszłość; ona – zbyt pochopna i ciesząca się z adoracji mężczyzny, może wykonać jeden niewłaściwy krok i… W zasadzie nie wiemy, co może grozić Marion, lecz nastrój filmu i krótka rozmowa Christiana z Brunem upewniają nas w przekonaniu, że i dla niej flirt ten jest czymś ryzykownym. Oboje jednak odnajdują się w nim, czerpiąc z niego przyjemność i – wydawać by się mogło, że – jakąś dodatkową energię do życia i pracy.

Film w reżyserii Thomasa Stubera przez niemal cały czas, z małymi jedynie wyjątkami, dzieje się na terenie niemieckiego supermarketu. Kamera niemal wciska się w wąskie, obłożone towarem alejki, słusznie wzbudzając w widzu wrażenie pewnej klaustorfobii i zaduchu. Ujęcia są więc przytłaczające i ciasne; kamera świetnie oddaje również brak dziennego światła i sztuczne, w pewien sposób odczłowieczające oświetlenie jarzeniówek. Nie sposób nie wspomnieć o aktorstwie, bo choć ani Frantz Rogowski wcielający się w Christiana, ani Sandra Hüller, czyli filmowa Marion, nie otrzymali ról pozwalających na ukazanie intensywnych emocji czy jakiegokolwiek rodzaju ekspresji, to postawiono przed nimi zadanie chyba najtrudniejsze: niemal z niczego utkać wibrującą między bohaterami chemię i napięcie. I tkają ją sprawnie z nieśmiałych uśmiechów, drobnych gestów, przeciągłych spojrzeń; napięcie pomiędzy nimi jest dla widza praktycznie namacalne, a scena na Syberii (dział mrożonek) jest drugą emocjonalnie erotyczną, choć paradoksalnie bohaterowie są ubrani od stóp do głów w zimowe, grube ciuchy. Jak widać jednak nie trzeba wcale nagich ciał, by ukazać namiętność, pożądanie i wibrujące uczucie.

Powolny i sunący dostojnie Walc w alejkach to film pełen niedopowiedzeń i subtelności. Takie jest również jego zakończenie – absolutnie otwarte. Początkowo widz może czuć się oszukany, kiedy po dwóch godzinach zastaje i zostawia bohatera niemal w punkcie wyjścia. Jednak niemiecka produkcja od samego początku nie pozostawiała złudzeń, że opowiadać będzie półsłówkami – i trzyma się tego do samego końca. W tle słychać Nad pięknym modrym Dunajem, a my podglądamy, co też dzieje się na wieczornej zmianie wśród zmęczonych życiem pracowników supermarketu. Z jednej strony tworzą oni rodzinę, z drugiej – ostatecznie nic o sobie nie wiedzą, nie odwiedzają się po pracy, nie znają swoich rodzin. W pracy zdaje się towarzyszyć im raczej pustka, znużenie i melancholia; rutyna upchnięta w sklepowe alejki, rozwożona na paletach ma ten sam szary kolor, jaki ostatecznie kojarzyć będzie się nam z tym filmem. Nie przez jego bylejakość, lecz przez bylejakość życia, jakie zdają się prowadzić w sklepie jego pracownicy. Mimo to dwojgu z nich udaje się odnaleźć coś wyjątkowego; podobnie jak niejeden widz powinien odnaleźć nietypowy romantyzm i wyjątkowość podczas seansu Walca w alejkach.

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".