Seriale,Wielogłos

Wielogłosem o…: “22.11.63”

22.11.63
22.11.63

Ciężko jest nie znać nazwiska Stephena Kinga. Czytają go wszyscy – matki, żony, kochanki, dyrektorzy wielkich koncernów i odsiadujący wyroki dożywocia skazańcy. Nawet jeśli ktoś nie czyta, samo nazwisko przemknęło pewnie podczas seansów chociażby Zielonej mili czy Skazanych na Shawshank. Szkoda tylko, że poza tymi dwiema sztandarowymi produkcjami, z którymi kojarzony jest pisarz z Maine, na palcach jednej ręki policzyć można inne udane ekranizacje dzieł Króla. „Zabito” większość z przenoszonych na mały bądź duży ekran powieści oraz opowiadań napisanych przez tego autora, a najlepszym i najbliższym przykładem niech będzie serial Pod kopułą, którego po prostu nie dało się oglądać. Nie w smak to Michałowi i Przemkowi – zdeklarowanym oraz wiernym fanom pisarza. Z lekkimi obawami, ale i nadziejami, że tym razem jednak się uda, że w końcu ktoś dobrze zajmie się adaptacją prozy mistrza, zasiedli do ośmioodcinkowego miniserialu 22.11.63, stworzonego na podstawie wydanej parę lat temu powieści Dallas ‘63, którą z kolei nasi redaktorzy uznają za jeden z najlepszych tytułów sygnowanych nazwiskiem Kinga. Jak wyszło? Czy to kolejna klapa? Czy nasi redaktorzy po ostatnim odcinku zaśpiewali, jak jeszcze niedawno polscy kibice piłki nożnej, popularne: Nic się nie stało? Nic z tych rzeczy! Okazuje się, że najnowszy serial wyprodukowany przez J.J. Abramsa, spełnił oczekiwania nawet tak zaborczych fanów twórczości Stephena Kinga!

WRAŻENIA OGÓLNE

Przemek Kowalski: Nie jest wielką tajemnicą to, że Stephen King to jeden z dwóch moich ukochanych pisarzy. Król posiada w swojej bibliografii około siedemdziesięciu tytułów (z których większość szczęśliwie znajduje się w mojej biblioteczce). Na podstawie wszystkich tych książek, scenariuszy czy zbiorów opowiadań, twórcy dużego i małego ekranu próbowali, (również dzięki sławnemu nazwisku autora literackiego pierwowzoru) stworzyć obrazy, które przyciągną do kin lub przed ekrany telewizorów tłumy. Udawało się z różnym skutkiem, w większości przypadków niestety marnym, ponieważ na palcach jednej ręki można zliczyć udane ekranizacje prozy Stephena Kinga. Tymczasem wśród tych prawie 70 tytułów, znajduje się jeden, który śmiało można nazwać wzruszającym love story z amerykańską tragedią w tle. Powiem więcej – osobiście powieść tę zaliczam do grona trzech najlepszych, jakie wyszły spod pióra Stephena Kinga. Mowa oczywiście o Dallas ‘63. To jest naprawdę piękna książka! Kiedy jakiś czas temu gruchnęła wiadomość, że ktoś podejmuje się zrealizowania ośmioodcinkowego miniserialu na jej podstawie, nie skakałem z radości. Boooże, już nie mają czego zepsuć, to biorą się za Dallas – to moje pierwsze myśli. Jednak w miarę upływu czasu, kiedy dowiadywałem się, kto stanie po obu stronach kamery, zacząłem wierzyć, że być może to się rzeczywiście uda! Po zamykającym serial, ósmym odcinku, jako wielki fan twórczości Stephena Kinga i lekki (nauczony doświadczeniem) sceptyk przenoszenia dzieł Króla na ekran, powiem szczerze oraz z ulgą – udało się! Być może nie jest to ta sama półka co Skazani na Shawshank (bo i pewnie do tego miana ekranizacja Dallas nie aspirowała), być może tu i ówdzie można by coś poprawić, jednak z wielką radością mogę przyznać, że 22.11.63 to zdecydowana czołówka w kategorii “Przenieśmy Kinga do kina/telewizji”! A zarazem jeden z najlepszych (póki co) seriali 2016 roku.

Michał Bębenek: Trafił swój na swego, bo dla mnie również Stephen King to jeden z ulubionych autorów, a moja biblioteczka nie ustępuje Twojej, Przemek. I zupełnie przypadkiem Dallas ‘63 także u mnie znajduje się przynajmniej w Top 5 książek Króla. Tak więc rzetelnie zrealizowany miniserial na podstawie tej powieści to było coś, na co czekałem z niecierpliwością, odkąd w mediach pojawiła się pierwsza zapowiedź. I wiadomo, że nie była to ekranizacja na miarę Franka Darabonta, ale też raczej nie spodziewałem się tego po produkcji telewizyjnej z ograniczonym budżetem. I jak na taką, udała się zadziwiająco dobrze! Bridget Carpenter, która przełożyła wydarzenia z książki na mały ekran, spisała się na medal, mimo drogi na skróty, którą musiała obrać. Bo gdyby twórcy chcieli przenieść Dallas w skali jeden do jednego, nie skończyłoby się na ośmioodcinkowej miniserii, a raczej na ośmiu sezonach. Jednak mimo uproszczeń i wyrzuceniu części fabuły, serial uważam za udany. To, co sprawdziło się w powieści, po prostu nie sprawdziłoby się w telewizji, na pewno nie przy tak ograniczonym czasie antenowym. Oby więcej takich serialowych ekranizacji Kinga, bo 22.11.63 przywróciło moją wiarę w takie adaptacje (po bardzo słabym Pod kopułą).

dallas4

PLUSY I MINUSY SERIALU

Michał: Paradoksalnie właśnie owe wspomniane skróty fabularne były dla mnie zarówno plusem, jak i minusem. Brakowało mi pewnych motywów z powieści, ale też zdawałem sobie sprawę, że przy takiej ilości odcinków, to by po prostu nie miało sensu, bo żaden z wyrzuconych fragmentów i tak nie miałby szansy się rozwinąć. Jak chociażby cały wątek z licealistami z Jodie, z którego w serialu zostało tylko jedno wspomnienie przez dyrektora Simmonsa ucznia zwanego Jimla. W książce mieliśmy przedstawioną całą grupkę uczniów uwielbiających swojego nowego nauczyciela, Jake’a Ambersona (chociaż w powieści Jake przybrał imię George Amberson), który między innymi przyczynił się do wystawienia przez nich na scenie Buszującego w zbożu (powieści/sztuki w tamtych czasach uważanej za bardzo kontrowersyjną). No i przede wszystkim największą zmianą był fakt, że w książkowym pierwowzorze Jake kilka razy wracał do teraźniejszości i próbował na nowo, zaczynając od roku 1960. Na szczęście w serialu pozostał wątek miłosny między Jakiem i Sadie, który wyszedł bardzo dobrze i naturalnie, bo to właśnie to, zarówno w książce, jak i ekranizacji, jest tak naprawdę najbardziej istotne. Ważniejsze nawet niż misja Jake’a mająca na celu ocalić JFK.

Przemek: Zgadzam się w całej rozciągłości, odnośnie i samych skrótów oraz tego, że nie dało się ich uniknąć. Najbardziej żałuję, że zabrakło tego kilkukrotnego cofania się w czasie, jakoś sensowniej wyglądałaby wówczas całość. Innym, mniej istotnym dla fabuły “brakiem”, jednak takim, który zauważy fan Kinga, jest pominięcie sceny bardzo mocno nawiązującej do jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego horroru Króla, czyli do To. Michał wie, co mam na myśli, innym nie będę spoilerował. Nie znaczyłoby to nic, jednak szkoda, że zabrakło tego mrugnięcia okiem do widza.

dallas3

Michał: Jeszcze wspomnę tylko o tłumaczeniu tytułu, który dla mnie jest trochę nieudany (mimo tego że wierny oryginałowi). Anglojęzyczny zapis daty jest trochę na odwrót, w stosunku do naszego (za wielką wodą zapisują najpierw miesiąc, a później dzień), więc zmiana 11.22.63 na 22.11.63 ma jak najbardziej sens, z tym że dla polskiego widza taki tytuł jest po pierwsze ciężki do zapamiętania, a po drugie, pozbawiony znaczenia. Amerykanie mają tę datę wyrytą w pamięci od małego, to taki ich odpowiednik naszego 10 kwietnia… Lecz dla przeciętnego polskiego widza/czytelnika, który nie interesuje się historią, ten ciąg liczb nic nie znaczy. Dlatego też uważam, że nasze tłumaczenie tytułu książki, czyli Dallas ‘63 ma dużo większy sens i nie rozumiem dlaczego polski dystrybutor nie skorzystał ze sprawdzonego rozwiązania.

Przemek: Doceniam, że nie napisałeś “dla przeciętnego Kowalskiego” ;).

Michał: Przyznam, że w pierwszej chwili chciałem tak napisać :).

Przemek: I ponownie muszę się zgodzić odnośnie tytułu, skoro zmieniliśmy tytuł oryginału na bardziej przystępny, dlaczego nie zrobić tego również w przypadku serialu? Wcześniej zapomniałem wymienić zalety 22.11.63. Nie będę się jednak w tym momencie zbytnio rozpisywał, ponieważ największymi plusami tej produkcji są aktorstwo oraz klimat, o których za kilka chwil.

dallas2

NAJLEPSZY ODCINEK / SCENA

Przemek: O ile z wyborem najsłabszego odcinka nie będę miał najmniejszego kłopotu, o tyle wybór najlepszego nastręcza mi już trudności. Generalnie poziom jest wyrównany i jeśli miałbym wskazać na którykolwiek z epizodów, to kierować mogę się tylko osobistym uwielbieniem dla pierwowzoru. Dlatego też wyróżniłbym zarówno odcinek pierwszy, jak i ostatni. Pierwszy (The Rabbit Hole), świetnie wprowadza w klimat lat 50. i 60. ubiegłego stulecia, bardzo ładnie rozrysowując ogólny wątek serialu. Nie pamiętam niestety, czy zdanie to padło w serialu, z całą pewnością znalazło się w powieści, mianowicie “odsyłając” głównego bohatera do przeszłości Al Templeton, który korzysta z portalu czasowego regularnie, mówi do Jake’a, że tam po drugiej stronie wszystko jest prostsze, że wszystko smakuje lepiej. I takie też można odnieść wrażenie, kiedy wraz z młodym nauczycielem angielskiego cofamy się na kilka lat przed zamachem na prezydenta Kennedy’ego.

Ostatni odcinek (The Day in Question) również prawie idealnie oddaje ducha powieści Kinga. Twórcy serialu nie przeszarżowali (a mogli), zrobili wszystko dokładnie tak, jak zrobić powinni, i za to wielki dla nich szacunek. Ta historia tak właśnie miała wyglądać.

Michał: Podobnie jak Tobie, mnie także najbardziej podobały się odcinki otwierający i zamykający serial. Na tym ostatnim nawet się trochę wzruszyłem podczas finałowej sceny. Z kolei wprowadzenia w tego typu historie zawsze podobają mi się najbardziej. Bardzo podobał mi się klimat budowany od momentu, kiedy Jake odkrywa, czym jest “królicza nora” i jak z niej korzystać.

Przemek: Mnie również trudno wybrać najlepszą scenę, co przede wszystkim związane jest z faktem, że znając powieść, doskonale wiedziałem, co za chwilę wydarzy się na ekranie, nie było zaskoczenia. Zaskoczeniem z kolei będzie pewnie jednak właśnie scena, którą chcę wyróżnić, ponieważ prawdopodobnie nie jest ona tą, która urzekła resztę widzów. Mam na myśli scenę pierwszego wspólnego tańca Jake’a i Sadie na szkolnej potańcówce. Według mnie to jeden z ważniejszych momentów serialu, ponieważ to właśnie historia tej dwójki jest tu tym, co wysuwa się (przynajmniej w powieści) na pierwszy plan. Bardzo miłe dla oka i naprawdę świetnie zagrane.

Michał: Dla mnie z kolei najlepsze i najmocniejsze były sceny z psychopatycznym Johnnym Claytonem, eksmężem Sadie. Świetnie zagrał go T.R. Knight, którego widzowie zapewne kojarzą z dość ciapowatej roli w Chirurgach. Tutaj sprawiał wrażenie autentycznego psychola, który jednocześnie jest nieprzewidywalny i zagubiony.

Przemek: To prawda, psychopatyczny były mąż Sadie, mówiąc kolokwialnie “dał radę”, szkoda tylko, że w najmocniejszą scenę z jego udziałem wpleciono troszkę naiwności. Nie zmienia to jednak faktu, że Knight ze swojej roli wywiązał się znakomicie. Nawiasem mówiąc, mieliśmy w serialu do czynienia z dwoma psychopatycznymi tatuśkami i ten drugi również wypadł świetnie, nie wiem nawet czy nie lepiej niż ten, o którym piszemy. Frank Dunning, w którego wcielił się Josh Duhamel, był chyba jeszcze większym i bardziej przekonującym psycholem.

Michał: No właśnie, dla mnie Frank Dunning był zbyt oczywisty. Brakowało mu pewnych niuansów, od razu było widać, że to nieobliczalny brutal.

Przemek: Może i oczywisty, jednak zagrany elegancko :).

dallas7

NAJGORSZY ODCINEK / SCENA

Michał: Wiem, że Tobie, Przemek, najmniej przypadł do gustu epizod siódmy, mnie jednak bardzo ciężko jest wskazać, który z nich był najgorszy. W Soldier Boy (bo taki tytuł nosi 7. odcinek) być może rzeczywiście ekranizacja odpłynęła trochę za bardzo od pierwowzoru, generując tym samym kilka bzdurnych rozwiązań, no ale mnie to jakoś bardzo nie raziło.

Przemek: Tak, mnie zdecydowanie zawiódł przedostatni odcinek, czyli siódmy, który sam w sobie był słaby pod kilkoma względami, dodatkowo zawierał oczywiście najsłabszą ze scen. Pierwszym, co kwalifikuje ten odcinek do takiej a nie innej oceny są odstępstwa od literackiego pierwowzoru. Oczywiście, ktoś, kto powieści nie czytał, nie zauważy, co, gdzie i kiedy zmieniono. Nie będę więc potencjalnym czytelnikom czy widzom psuł zabawy mym smętnym narzekaniem, powiem jednak w skrócie, że twórcy serialu w tym konkretnym odcinku niepotrzebnie, na siłę próbowali tu zrobić wielki dramat w stylu hollywoodzkim. W złym tego słowa znaczeniu. Natomiast spleśniałą wisienką na torcie jest scena w której Jake i Sadie rozmawiają w samochodzie; nie oddam jej dokładnie, ale było to coś na zasadzie: “Nie pozwolę Ci zrobić tego samemu. – Nie mogę prosić Cię o takie poświęcenie. – Niee, muszę iść z Tobą, tak bardzo Cię kocham. – Niee, ja kocham Ciebie bardziej. – Wcale, że nie, bo ja. – Nie, ja…” – no, tak mniej więcej to wyglądało. Aż mi się samoczynnie zęby na tej scenie zaciskały, tak słodziachne to było.

dallas1

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Przemek: Dziur fabularnych było pewnie więcej i może Michał trochę rozbuduje temat, ja jednak skupię się na jednej mocno rażącej mnie sytuacji, która jak pewnie już się domyślacie, miała miejsce w najsłabszym, przedostatnim odcinku. Mianowicie pobity Jake traci pamięć. Ok, niech sobie i traci, niech nie pamięta, kto jest zamachowcem, tyle tylko, że Jake już od jakiegoś czasu mieszkał z Sadie, wyjawił jej prawdę o sobie i swojej misji, więc nie mogę po prostu uwierzyć w to, w co poszli twórcy serialu, czyli tego, że Sadie również nie wiedziała, kto ma zabić prezydenta i wspólnie z Jakiem szukali Oswalda, nie wiedząc, że szukają Oswalda! Sorry, ale ja tego nie kupuję. Był to dla mnie zdecydowanie najsłabszy moment całego serialu, w którym twórcy zrobili idiotów nie tyle z widzów, co z samych siebie.

Michał: Nie jest to aż tak wielka dziura, jak wynika z Twojego opisu. W momencie, kiedy Jake jeszcze nie został pobity, nie mieszkał jeszcze tak długo z Sadie, a po ostatniej rozmowie telefonicznej, jaką z nią odbył, można było domyślić się, że kiedy się spotkają, wyjawi jej całą prawdę. Jednak pobicie pokrzyżowało mu plany, a później leżał już w szpitalu, z częściową amnezją. Więc większa część okresu, który spędził, mieszkając u Sadie, była już po utracie pamięci. Inna sprawa, że ta amnezja była bardzo wybiórcza, bo Jake w zasadzie zapomniał tylko te fakty, które były istotne dla jego misji (i których zapomnienie było wygodne dla scenarzystów, żeby zbudować sztuczny dramatyzm). Pamiętał jednak, że jest z przyszłości, w której przecież fakt tożsamości zabójcy Kennedy’ego jest powszechnie znany.

Przemek: No nie wiem, Jake mieszkał u Sadie po pobiciu, mieszkał jednak i przed; fakt, że rzeczywiście dalsza część ich rozmowy, po tym, kiedy Sadie dowiedziała się, że Jake to facet z przyszłości, nie została pokazana, jednak dla mnie to już jest szczyt naiwności, wciskać widzom takie rzeczy. Czy gdyby ktokolwiek z nas zakochał się w osobie, która przybyła z przyszłości, jednocześnie mówiąc nam, że jej misja to ocalenie prezydenta, to nie spytalibyśmy kto jest domniemanym zamachowcem? Oczywiście był to celowy zabieg twórców, żeby dodać dramaturgii, jednak według mnie, całkowicie zbędny.

dallas6

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Michał: Trochę żałuję, że główny bohater – Jake Epping/Amberson, nie został praktycznie w ogóle pokazany ze swojej nauczycielskiej strony. Wiadomo, że nie byłoby na to czasu, jednak ten aspekt jego osoby, był w książce bardzo fajnie rozwinięty. Pojawiła się za to postać, która w powieści miała ledwie epizodyczny udział, w serialu natomiast stała się jedną z najważniejszych postaci drugoplanowych. Mowa tu o Billu Turcotte, który nagle stał się pomocnikiem Jake’a, takim odpowiednikiem Batmanowego Robina. I z tego tytułu też, cały jego wątek wprowadza najwięcej zmian w stosunku do ksiażki, nie zawsze na lepsze.

Przemek: Przejdę od razu do rzeczy i powiem, że moją ulubienicą była Sadie, a wcielająca się w tę postać Sarah Gadon była idealna. Ten uśmiech, ach, ten uśmiech! Generalnie sama rola nie była może i specjalnie skomplikowana, jednak Gadon wypadła tu znakomicie, ona autentycznie wyglądała i zachowywała się, jakby swą młodość przeżywała w latach 60. ubiegłego stulecia. Zresztą sama Sadie to naprawdę ciekawa bohaterka – młoda, żyjąca na prowincji kobieta otoczona stereotypami, ciągle w strachu przed byłym mężem, który jak się okazuje, był po prostu świrem. Sadie zaczarowała mnie zarówno w świecie książki, jak i na małym ekranie. Brawo panie King, brawo pani Gadon!

dallas9

AKTORSTWO

Przemek: Najogólniej rzecz ujmując – bardzo dobre, naprawdę. W zasadzie ciężko byłoby mi tu kogoś wytknąć palcem, mówiąc: “Ooo, ten się nie popisał”. Nie, każdy zagrał tak, jak zagrać powinien. Przyznaję, że obawiałem się, jak James Franco poradzi sobie z rolą, biorąc pod uwagę, że nie uważam go za jakiegoś wybitnego aktora, jednak i on się sprawdził. Kapitalnie zagrany Oswald, urocza Sadie, nawet czarnoskóra sekretarka była dokładnie taka, jak trzeba! Nie wiem, co więcej mógłbym tu dodać, można tylko przyklasnąć i aktorom, i ekipie odpowiadającej za casting.

Michał: A ja powiem Ci, że to właśnie James Franco był dla mnie pewniakiem i najmniej obawiałem się właśnie jego występu. Nie jest wybitnym aktorem, to fakt, i zdarzały mu się słabe role, jednak ma w sobie coś takiego, że go lubię. Reszta obsady była dla mnie jedną wielką niewiadomą i na szczęście w większości okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Sarah Gadon wcielająca się w Sadie rzeczywiście była urocza i niesamowicie przyjemnie się na nią patrzyło (ten uśmiech!). Zgadzam się też, że Daniel Webber odwalił kawał dobrej roboty w roli Oswalda. Na wyróżnienie zasługuje też T.R. Knight, o którym już wspominałem. Całkiem nieźle wypadł też Kevin J. O’Connor jako człowiek z żółtą kartą, chociaż momentami miałem wrażenie, że stara się trochę za bardzo. Za to dość średnie wrażenie zrobił na mnie odtwórca roli Billa – George MacKay. Najbardziej pozytywne określenie jego gry aktorskiej, jakie przychodzi mi na myśl, to – neutralna.

Przemek: Wspomniałem wcześniej, że między innymi aktorstwo to jeden z najmocniejszych punktów 22.11.63. Co prawda żadna z ról nie jest wybitna, jednak siłą jest to, że wszyscy aktorzy trzymają równy, wysoki poziom, a trzeba powiedzieć, że wbrew pozorom nie zdarza się to często w produkcjach telewizyjnych; zawsze znajdzie się ktoś, kto nas wkurza. W tym przypadku tak nie było, każdego z aktorów oglądało się z przyjemnością, a uroku dodawał wszystkim kapitalnie oddany klimat tamtych lat.

dallas8

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Michał: 22.11.63 uważam za bardzo udany serial (jeden z najlepszych w tym roku) i bardzo udaną ekranizację Kinga. Oby więcej takich produkcji, bo autor z Maine ma w swoim dorobku jeszcze kilka długich powieści, które chętnie zobaczyłbym na małym ekranie (niektóre z nich po raz kolejny, jak chociażby To czy Bastion, które co prawda miały już swoje własne miniseriale, ale zestarzały się dość mocno i przydałoby się im odświeżenie). Oglądając serialową wersję Dallas ‘63, bawiłem się świetnie i autentycznie żałowałem, że to już koniec. To historia z bardzo dużym potencjałem, którego twórcy na szczęście nie zmarnowali. Ode mnie wielki kciuk w górę.

Przemek: Ode mnie również kciuk w górę. Obawiałem się na początku, że ten serial będzie kolejną porażką, do której dopięte zostanie nazwisko Stephena Kinga. Miałem do obaw pełne prawo, patrząc na to, co reżyserowie i scenarzyści zazwyczaj wyprawiają z dziełami Króla, gdzie pierwszym z brzegu przykładem może być masakra, jakiej dokonano na Pod kopułą. Dallas ‘63 to dla mnie ścisła czołówka utworów Kinga, dlatego też sam postawiłem jej ekranizacji dość wysoko poprzeczkę. Nie jest to serial idealny, zdarzają się małe wpadki, jednak całościowo jestem autentycznie zadowolony! Jedna z najlepszych produkcji, przy której widnieje nazwisko King.

dallas5

Fot.: Hulu / Sven Frenzel, Alex Dukay

Podobne wpisy:

Ocena Michała8
Ocena Przemka 7.5
7.8Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *