Wielogłosem o…: „Eisenstein w Meksyku”

Po projekcji najnowszego filmu Petera Greenawaya można było spodziewać się wszystkiego. Na pewno wyrafinowanej, intelektualnej przygody. Reżyser przywykł do skrajnych reakcji na własne dzieła, słynie przecież z tego, że jest prowokatorem. Świadomy elitaryzmu własnych tworów zupełnie nie zniechęca się do tworzenia coraz bardziej specyficznych obrazów, dla coraz mniejszej garstki odbiorców. Zakłada, że tylko silne, wręcz wstrząsające reakcje oddziałują na wyobraźnię widzów. O rozbuchanym erotyzmie i barokowym przepychu Eisensteina w Meksyku rozmawiają Marta Karczewska i Magdalena Nowińska. Jeśli uważnie prześledzicie ich konwersację, przekonacie się, że także wśród nich film wzbudził oczekiwane kontrowersje.

WRAŻENIE OGÓLNE

Marta Karczewska: Magia obrazu działa. Dygresyjnie i chaotycznie, dygresyjnie, bezwstydnie i jeszcze raz dygresyjnie reformator kinematografii, Eisenstein, sam zostaje przereformowany, przez Greenawaya. Ogołocony, z rozgrzebaniem najbardziej wstydliwych i intymnych anegdot. Zniekształcony prawdopodobnie na obraz tego, jakim widzieli go inni – z Lynchowską bujną czupryną jak w “Głowie do Wycierania” (1977), zdziecinniały ekscentryk, raczej niezrozumiały dla większości. Ogółem eksperymentacyjny film o eksperymentatorze, z charakterystycznymi dla Greenawaya dopiskami o śmierci. Chyba nie ma miejsca na świecie, gdzie jest się bliżej niej, gdzie kult martwego przoduje nad istotą życia – to cały Meksyk. Mnogość nasyceń przekazu broni się wizualnością, jak dla mnie znaczeń akurat pozbawioną, bo te zostały dodane dopiero w montażu – kolejno występujących po sobie scen, różnych punktów widzenia bądź wplecionych archiwalnych fotografii.

Magdalena Nowińska: Peter Greenaway to postać doprawdy nieprzeciętna. Odrzuca tradycję brytyjskiego realizmu społecznego, brukając i podważając tym samym dokonania tak wybitnych reżyserów jak np. Mike Leigh. Niespecjalnie aprobuję jego tok myślenia, zgodnie z którym kino powinno być jedynie abstrakcyjne, nie zaś naturalistyczne, ani też twierdzenia, że sztuka mimetyzmu jest marnowaniem czasu. Nie powinnam także pochwalać jego samouwielbienia i przerostu ego, przy każdym kolejnym wywiadzie ostentacyjnie dyskredytującego wielu twórców, a jednak zgodnie z nim wierzę, że została mu powierzona misja reformatora kina, którą wraz z powstawaniem kolejnych obrazów, stara się godnie udowadniać. Eisenstein w Meksyku jest właśnie próbą pokazania przez niego nietuzinkowego i nieoczywistego sposobu patrzenia na film. Najnowsze dokonanie Brytyjczyka przenosi nas w inną czasoprzestrzeń, w której wartość nadrzędną stanowi rozbuchana wizualność i bogactwo stylistycznych zabiegów podkreślających erudycję reżysera. Greenaway niczym artysta cyrkowy miota i żongluje ekwilibrystyką znaczeń, nawiązań i kulturowych odniesień. Przyznaję, że z nieopisaną satysfakcja przyjęłam jego zaproszenie do tej wizualnej gierki z historią kina i sztuki plastycznej, bo tak właśnie widzę ten film. Eisenstein i jego podróż do Meksyku, jakiej podjął się w ramach datku od komunistycznego agenta, jest tylko pretekstem do oddania czci historii kina, i nawet nie samemu Eisensteinowi. Greenaway ukazuje 10 dni z życia twórcy Pancernika Potiomkina, zważając jednak jedynie na prywatną i intymną płaszczyznę tego okresu, rezygnując z nadbudowywania wątków przyczynowo-skutkowych, które zwykł omijać szerokim łukiem także we wcześniejszych filmach.

eisenstein-w-meksyku-014-low-res

PLUSY I MINUSY FILMU

Marta: Jak na figle Eisensteina z montażem przystało, Greenaway siłą rzeczy też musiał pójść tą ścieżką. To wyszło zdecydowanie na plus, chociaż bardziej zostało ugryzione od strony tworzenia równoległych historii w kadrze przez podział obrazu na 3 bądź więcej części. To trzeba zaakceptować od samego początku, gdyż dynamika całości nie pozwala na dogłębne rozmyślania, więc albo podążamy w pędzie, już, natychmiast, albo stawimy opór, bo później wszystko zacznie się dodatkowo nawarstwiać przez nałożenia na siebie obrazów i będzie się jeszcze bardziej zapętlać i wiercić w kółko. Możemy też podpatrzeć małe zabiegi koloryzacyjne, które całkiem elegancko wprowadzają nas w rzeczywistość, po której zaczniemy się poruszać. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że film traktuje o historii czołowej w historii kina postaci, więc jeśli mam przejść do minusów, to one chyba zakrywają większość tego dobrego, bowiem podano nam groteskowy popis Elmera Bäcka w roli głównej, który pojawia się – czego nie można nawet na chwilę przeoczyć – nagi. Wszystkie wymachy członkiem, nagości i pośladki nie przemykające, a wręcz wpisane na stałe w kadry sprowadziły całość do łóżka Eisensteina. Całość mogę spuentować określeniem, jakim moi znajomi zaczynają niektóre ogłoszenia na facebooku – „fajna dupa”. Przewijają się drobne wspominki o Dziesięciu dniach, które wstrząsnęły światem – czyli Październiku (1927) ale żadnej anegdoty o ¡Que Viva Mexico! (1979) nie doszukałam się, przez co sam Eisenstein w Guanajuato nie stanowi dla mnie żadnej tezy podnoszącej dyskusję co do niepowodzeń względem meksykańskiej produkcji radzieckiego reżysera. I jeszcze ta biedna Frida Kahlo – do momentu pojawienia się jej ekranowej wersji zabieg zestawiania zdjęć z tokiem ekranowej akcji uważałam za udany… aż do tego momentu.

Magdalena: Reżyserowi nie zależało na tym, by doszukać się przyczyn niepowodzeń i fiaska Eisensteina. Już na początku filmu podkreśla, że będzie to opis 10 dni, które wstrząsnęły światem Eisensteina. Skupia się na świecie przeżyć i doznań seksualnych, proces twórczy nie gra roli, choć nie twierdzę, że nie mógłby zająć dostojniejszego i większego miejsca.

eiii

Niesamowicie trudno jest uchwycić, co w Eisensteinie w Meksyku uznać można za wpasowujące się w kategorię plusów, co zaś minusów. Dotyczy to np. postaci samego Eisensteina. Uwodzi on swą bezpruderyjnością i grubiaństwem. Główny bohater, jak słusznie zauważyła już Marta, bez krzty wstydu paraduje przez sporą część produkcji z gołym przyrodzeniem. Niczym nagi Adam z Edenu, jak Pan Bóg stworzył, ukazuje, gdzie tkwi źródło jego nieposkromionej energii i, skądinąd dopiero odkrytych, potrzeb. Greenaway podjął się próby ukazania swoistej przemiany, jaka następuje w Eisensteinie po pierwszym kontakcie seksualnym – homoseksualnym dodajmy. Brytyjczyk skupia się na pierwotnych instynktach swego bohatera, tym samym portretuje naturalizm ludzkich odruchów. Zatem, niejako wbrew własnej woli, zahacza o nurt realizmu, jednak robi to w swoim abstrakcyjnym i surrealistycznym stylu, jakkolwiek specyficznie by to nie brzmiało. Zrozumie ten, kto spędzi z reżyserem choćby godzinkę. Twórca Księgi Prospera pełen jest sprzeczności. Z jednej strony stawia na piedestale malarstwo, jest przecież absolwentem malarstwa w londyńskim Walthamstow Collage of Art, z drugiej zaś uważa, że kino nigdy nie starało się być piękne. Dlatego też Eisenstein w Meksyku stanowi wyważoną mieszaninę dychotomii – pięknych obrazów i dzieł sztuki, w opozycji do obrzydliwego Eisensteina granego przez Elmera Backa. W tym wszystkim są zatem “plusy dodatnie i ujemne”. Dla samego Greenawaya sztuka musi odkrywać nowe terytoria, wyrażać marzenia i umożliwiać przenoszenie się do miejsc niedostępnych, jeśli zatem owym niedostępnym miejscem jest wciąż widoczny na ekranie penis Back a- zaczynam martwić się o marzenie Greenawaya. A tak na poważnie, szanuję ryzykowne przekraczanie granic, jakich podejmuje się Brytyjczyk. O swoich fascynacjach seksualnością i cielesnością dał już znać np. w Zet i dwa zera, więc postać Eisensteina nie stanowi odkrycia tematycznego. Choć uznać można to za karkołomne, lecz dzięki stworzeniu charakterystycznego outsidera, nieustannie odsłaniającego ciało, Greenaway pyta potencjalnego widza o kondycję artysty, ale także ukazuje swój lęk przed starością, starzeniem się i przemijaniem. Podobnie do reżysera Października, będącego jednym z ciekawszych innowatorów sowieckiej kinematografii, Greenaway głosi cześć zmianom i nieoczywistym eksperymentom formalnym, dlatego sięgnięcie po postać “kolegi po fachu” jest jak najbardziej zrozumiałe. Jednak hermetyczność jego tworu w połączeniu z chorobliwą wręcz popisówką erudycyjną, nadmiarem słów, obrazów, postaci, kolorów i gestów może być jednak dla jednych nie do przyjęcia, przyznaję. Ja jednak daję się ponieść.

gjdhc

NAJLEPSZA SCENA

Marta: Dla mnie jest nią bez dwóch zdań, za to w kilku minutach i to już tych za połową filmu, scena ukazująca reprymendę i usprawiedliwienie. Czemu kręcenie filmu ma tyle trwać, dlaczego potrzebne jest aż tyle kliszy filmowej – wraz z odpowiedziami na to pytanie pokątnie wciska się w bardzo poetyckiej formie, nawet nie tyle realiów powstawania, co  dawnego „mięsiwa” produkcyjnego, a mianowicie przeliczanie filmu na kilometry – taśmy filmowej. To jest również jedna ze scen, w której widać, jak bardzo Peter Greenaway podczas całej ekranizacji kpi sobie z ograniczeń przestrzennych, wykorzystując niemalże wszelkie płaszczyzny ruchu, a nawet odbicia tylko pozornie istniejących luster. To chyba troszkę mogło zostać podpatrzone w teledysku Zbigniewa Rybczyńskiego z 1987 do piosenki Imagine Johna Lennona. Trzeba tylko zaznaczyć jedną rzecz – to nie jest mastershot, ale pięknie się pod niego podszywa.

NAJGORSZA SCENA

Marta: Do najgorszych zaliczę niektóre przejścia pomiędzy scenami. Zniekształcany pokój wykrzywiany we wszystkich kierunkach, nawet jeśli estetycznie uchwycony, chyba nie do końca wydaje mi się zrozumiały. Jest na tyle fabularnie oderwany od całej reszty, że wydaje się przypadkowo dziwnym wymysłem albo chwyconym jak brzytwa łącznikiem montażowym wygenerowanym automatycznie, przez program dla początkujących. Na upartego można do niego dopisać Carską Rewolucję, która zostaje przytoczona, ale to tak luźne skojarzenie, jak wyciągnięta gumka wciągnięta w starą, rosyjską piżamę. Krótko i bez metafor mówiąc: przekombinowane.

m5xnflrcpci1n1bbf8bon939y

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Marta: Brakuje mi historii – nie tej pojmowanej ściśle od strony rekonstrukcyjnej, ale konstrukcyjnej. To ten niedostatek, który pojawił się przy moich minusach filmu. „Nie kupuję” tej dziwnej seksualnej fantazji otoczonej utratą dziewictwa, nawet mimo estetycznego odziania, no nie. Zwłaszcza, że film Greenawaya ma taki sam tytuł jak produkcja Eisensteina – Eisenstein in Mexico (1933) – wymiennie z tytułem ¡Que Viva Mexico! . Nakręcona na taśmę 35 mm produkcja meksykańsko-amerykańska, czarno-biała – w zbiorach MoMA opisana jako objekt numer 2493, bez możliwości podglądu. Oczywiście poniekąd wspólnie zwiedzamy muzeum mumii w Guanajuato i rozumiem, iż nie miał być to film biograficzny, ale wciąż jestem na nie.

Magdalena: Pozwolę się z Tobą nie zgodzić. Otóż sądzę, że reżyserowi nie zależało na nakreśleniu archeologii, rekonstrukcji zdarzeń ani ich dekonstrukcji. Nie jest istotna dla niego historia- rozumiana jako ciąg przyczynowo-skutkowy. Lekceważy on tradycyjnie pojmowaną fabularność. Jego filmy to iluzoryczne spektakle obdarte właśnie z historii i historyjek. Dużo bardziej interesuje go obrazowe kreślenie gry archetypów i ukazanie relacyjności pomiędzy życiem człowieka a symbolami kultury.  Eisenstein jest tylko inspiracją i tematem przewodnim. Tematyka filmu będącego źródłem i bazą dla Eisensteina w Meksyku została ukazana dość powierzchownie, lecz taki jest awangardowy styl Greenawaya i choć nie należę do jego bezapelacyjnych wielbicielek, będę broniła niesztampowości konstrukcyjnej i formalnej, tym samym tematycznej jego filmu.

Marta: Nie chodzi o rekonstrukcję, to nie miał być przecież film historyczny, ale jak sama zauważyłaś, na początku zostało powiedziane, że jest to opis TYCH konkretnych 10 dni. Skoro to właśnie one miały być kluczem, powinny zostać podparte pewnym ugruntowaniem tego, że to właśnie one – nie całym ciągiem przyczynowo-skutkowym, który kompletnie zmieniłby i gatunek i charakter filmu, ale detalami nie tyle uwiarygadniającymi co strukturalnymi. Eisenstein ze swoim montażem atrakcji jest symbolem czy historią sam w sobie, jedyny powód, dla którego mogę wytłumaczyć takie działanie Greenawaya, są same atrakcje właśnie.

vkwvuszeno3bc5qmrv5bao6rk

EFEKTY SPECJALNE

Magdalena: Ostatnimi czasy twórcy kina wielokrotnie bawili się kadrami i eksperymentowali z formatem obrazu. Najpierw Xavier Dolan zamknął bohaterów Mamy w kwadracie, rozszerzając pole eksploatacji ekranu dopiero przy końcówce filmu. Gust Van de Berghe poszedł znacznie dalej, konstruując na potrzeby Lucyfera tzw. tondoskop, dzięki któremu uzyskał obraz koła. I choć Peter Greenaway nie posunął się do tak diametralnych kroków – może zatem prawomocne staje się podważanie jego silnej pozycji reformatora kina – wielokrotnie dzieli w Eisensteinie w Meksyku klatkę filmową na trzy, co, przyznaję, momentami komplikuje odbiór, gdyż generuje ilość bodźców, na jakie widz musi zwrócić uwagę.

4szerljp8ya0a0dt20vebbnn0

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Magdalena: Swoim ostatnim dokonaniem Greenaway przekroczył wiele granic. Poza tymi, jakie wskazałyśmy w powyższych deliberacjach, musiał on znaleźć odtwórcę głównej roli poza granicami Rosji. Żadna z instytucji mieszczących się w tym kraju nie zgodziła się współfinansować tej produkcji. Na domiar złego żaden rosyjski aktor nie odważył się podjąć zagrania roli homoseksualnego reżysera – temat ten jest w tym regionie nadal tabu. Greenaway namówił fińskiego aktora – Elmera Bäcka, by ten podjął wyzwanie wypowiadania się w naprawdę kiepskiej angielszyźnie. Brawurowo odegrał swoją rolę – bawiąc, drażniąc, irytując, robiąc wszystko to, co zwykł czynić sam reżyser. Uczeń przerósł samego mistrza, film wymieszał się z życiem.

Marta: Zastanawiające jest, na ile sam zabieg wykreślenia nazwiska z tytułu wpłynąłby na (nie)korzyść odbioru produkcji. Zastosowane przekroczenie granic nie wydaje się wnosić niczego poza droczeniem się i testowaniem, jak daleko można się w tym procesie posunąć. Eksploracyjnie ta filmowa zabawa jest jak najbardziej do przyjęcia, ale czy inaczej..?

Fot. Bomba Film

Write a Review

Opublikowane przez

Marta Karczewska

Kulturoznawca i Filmoznawca, absolwentka Uniwersytetu SWPS. W obszarze filmowym współpracowała z Nowymi Horyzontami Edukacji Filmowej oraz agencją promocyjno – dystrybucyjną Mañana. Na co dzień włóczykij i cyklistka. Interesuje się głównie animacją małych lokalności społecznych oraz kinem niezależnym, również od strony produkcyjnej. Hybryda praktyka i miłośnika do wszystkiego.

Magdalena Szwabowicz

Socjolożka z wykształcenia, bibliotekarka z przypadku, joginka z wyboru. Pieśniarka zespołu śpiewu tradycyjnego Źdźbło. Pasjonatka world music i ruchomych obrazów, w szczególności francuskiej Nowej Fali i twórczości Pedra Almódovara. Absolwentka studium z zakresu filmoznawstwa organizowanego przez Polski Instytut Sztuki Filmowej i Uniwersytet SWPS w Warszawie. Członkini Scope100 (edycja 2016) - projektu online stworzonego przez firmę dystrybucyjną Gutek Film z myślą o widzach, dla których kino jest życiową pasją. Uczestnicy projektu zadecydują, które filmy pokazywane do tej pory jedynie na zagranicznych festiwalach, trafią do polskiej dystrybucji. Kontakt: mag.nowinska@gmail.com

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.