Wielogłosem o…: „Ognie w polu”

Wojna w popkulturze to temat bardzo rozbudowany, można by rzec – nieskończony.  Zdawałoby się, że wszystko, co w tym temacie można powiedzieć, już dawno zostało przedstawione. Czy to w filmach mainstreamowych bądź klimatycznych niszówkach, czy też za sprawą seriali telewizyjnych, powieści, opowiadań, wierszy, piosenek, gier. Jednak mimo tego, że wojna nigdy się nie zmienia, człowiek zawsze będzie miał coś do przekazania w jej temacie i o dziwo zdarza się, że ciągle w kwestii konfliktów zbrojnych można powiedzieć coś nowego. Tak też jest z japońskim filmem Ognie w polu, który dwójka naszych redaktorów obejrzała, nie spodziewając się, że problematyka ukazana w obrazie Shinyi Tsukamoto poruszy ich tak bardzo.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Przyznam szczerze, że pierwsze informacje na temat Ogni w polu jakoś specjalnie mnie nie zainteresowały. Tym bardziej, że ja filmów o wojnie zwyczajnie nie lubię. Kiedy jednak zobaczyłem zwiastun i usłyszałem krótkie podsumowanie w jednym z kanałów telewizyjnych, zmieniłem podejście z nastawienia “może kiedyś obejrzę” na “muszę to zobaczyć”. I po skończonym seansie wiem, że był to jeden z lepszych i ważniejszych filmów, które widziałem w minionym półroczu. Obraz Tsukamoto przygnębia i bije widza po twarzy, zostawiając z pytaniami, które rozstrzygnąć musimy we własnym wnętrzu.

Patryk Wolski: Nie miałem wobec filmu jakichkolwiek oczekiwań, bo dopiero po seansie wyszperałem więcej informacji o Ogniach w polu – dowiedziałem się o pierwowzorze w postaci książki, będącej z kolei efektem wcielenia do wojska jej autora. Co po zastanowieniu się, wcale mnie nie zdziwiło, bo film Shinyi Tsukamoto jest przerażająco realistyczny. Koniec końców obraz nie miał innego wyjścia – musiał mnie wcisnąć w fotel. Pamiętam, jak po 20 minutach filmu napisałem do Mateusza, że już jestem nim zachwycony. I tak było aż do napisów końcowych.

owp1

PLUSY I MINUSY FILMU

Mateusz: Ognie w polu to ekranizacja powieści Shohei Ooka o tym samym tytule i film ten przyczynił się do tego, że bardzo chętnie zapoznam się z powieścią, co jest dla mnie pierwszym plusem. Jednak, aby wejść głębiej w problematykę tego trudnego filmu, należy punkt po punkcie wymienić wszystkie jego zalety.

Pierwsza, to ukazanie bezsensu wojny nie od strony ofiary, ale z perspektywy żołnierza, który nie zgłosił się do walki dobrowolnie i jako człowiek spokojny, dobry i posiadający spore pokłady empatii nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w której przyszło mu egzystować. Przemiana głównego bohatera jest bolesna dla widza, bowiem Shinya Tsukamoto nie zostawia suchej nitki na ludzkiej głupocie i bezsensowności wojny. Szeregowiec Tamura (będący przed wojną pisarzem) szybko i brutalnie przekonuje się, że terror konfliktu zbrojnego wymusza na człowieku mord, niezależnie od tego czy się tego chce, czy też nie.

Niemniej jednak, to nie to spowodowało mój zachwyt. Nie jestem pewny intencji reżysera, jednak mnie dosłownie urzekł niebywały kontrast, jaki udało mu się uzyskać. Piękno natury jest w Ogniach w polu fenomenalnie zestawione z ludzką głupotą. Rozległe plany potęgują ten efekt, czyniąc z człowieka zaledwie mrówkę w ogromie natury, która pozostaje obojętna na ludzkie szaleństwo, jakim jest wojna. I niestety – z tego zestawienia człowiek nie wychodzi obronną ręką, a widz po skończeniu filmu zastanawia się, dlaczego jest członkiem tak obrzydliwego gatunku stąpającego po ziemi.

Patryk: Racja, dysonans piękna natury i brzydoty ludzkiego zezwierzęcenia bardzo szybko rzuca się w oczy. Z początku nawet łudziłem się, że podziwianie krajobrazu będzie jednym z pozytywnych elementów filmu, lecz w istocie jest odwrotnie – soczysta zieleń lasów i gama kolorów jest wręcz gwałcona przez wszędzie zalegające zmasakrowane zwłoki oraz opuszczone i zniszczone osady.

Poruszę jeszcze temat samej wojny w ujęciu Japończyków, który nadmienił Mateusz, nazywając głupotą. Oczywiście, w dramatycznym momencie, w którym rozproszona armia musi uciekać przed napierającymi siłami wroga, roi się od nieprzemyślanych i lekkomyślnych decyzji – tu już jednak w grę wchodzi raczej ludzka chęć przetrwania i walka za wszelką cenę o każdy łyk wody i każdy kęs yama.

Mateusz: Mówiąc “głupota”, miałem raczej na myśli wojnę samą w sobie, a nie konkretne zachowania żołnierzy. 

Patryk: Co więcej, zaintrygował mnie pokaz mentalności Japończyków. Mateusz wspomina, że szeregowiec Tamura nie jest zwykłym żołnierzem i znacznie trudniej jest mu się przystosować do funkcji gotowego na wszystko wojskowego. Ale jednocześnie w jednych z pierwszych scen jest gotów na rozkaz swego dowódcy popełnić samobójstwo, aby oszczędzić trudu swojej jednostce. Jest w tym coś szokującego, co nam, ludziom Zachodu, nie pasuje. Amerykański film zapewne zrealizowałby to zgoła inaczej – namaszczony na samobójcę żołnierz zbuntowałby się, dowodząc że ma prawo do życia. Cenię sobie, że w Ogniach w polu wychwycić można drobne różnice kulturowe. Aczkolwiek i wstydliwe podobieństwa również można dostrzec.

Mateusz: Kolejnym elementem, który zwrócił moją uwagę, to praca kamery. W najbardziej dramatycznych scenach dominują dynamiczne ujęcia z ręki, co potęguje (przynajmniej we mnie) natłok emocji, z którymi przychodzi nam się zmierzyć podczas seansu. O tym, że Shinya Tsukamoto (będący reżyserem, scenarzystą oraz odtwórcą głównej roli) piętnuje ludzkość przez jej bezmiar głupoty, już wspominałem, nie poruszyłem jednak sposobu, w jaki twórca m.in. kultowego dziś Tetsuo – Człowieka z żelaza epatuje makabrą. Krew leje się gęsto, jednak nie na tyle, by móc mówić tu o kinie gore. Ognie w polu to raczej naturalistyczny obraz walk obu stron konfliktu, który nie szczędzi widzowi przykrych widoków, które jednak – co tu dużo mówić – są nieodłącznym elementem międzyludzkich starć.

Wymieniając kolejne zalety, szukam w zakamarkach umysłu jakieś wady, którą mógłbym wywlec na światło dzienne, jednak ja takowych nie dostrzegam. Już całkiem na siłę mogę nadmienić, że końcowe sceny przeciętnemu widzowi wydać mogą się zbyt abstrakcyjne, jednak przebieg filmu wyraźnie sygnalizuje, że końcówka będzie taka, a nie inna, ponieważ przychodzi moment, gdy ludzie doszli do takiego momentu, w którym granica człowieczeństwa została przekroczona dawno temu.

Patryk: Podobnie jak Mateusz, ja również nie potrafię znaleźć elementów filmu, który by mi nie podpasował. Właściwie wszystko tu ze sobą świetnie współgra – kreacja głównego bohatera, oszczędność dialogów i tempo akcji są do siebie idealnie dopasowane.

owp5

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz: To niezwykle trudne zadanie, żeby wymienić tylko jedną scenę, która kwalifikowałaby się do miana najlepszej w całym obrazie. Moim zdaniem ten film obfitował w sceny zarówno ciężkie wizualnie jak i ciężkie poprzez to, co pozostawiały w głowie widza, tak że nie sposób wyszczególnić tylko tej jednej. Dla pełni sprawiedliwości napiszę po prostu, że praktycznie cały film jest bardzo dobry.

Patryk: Zachwycały mnie drobne sceny, w których reżyser podkreślił trudną sytuację, w jakiej znajdowali się japońscy żołnierze. Jedną z nich jest na pewno chwila, gdy wygłodzony Tamura znajduje korzenie yamu, który jest podstawowym pożywieniem tutejszych żołnierzy; nie dbając jednak o higienę, po prostu wpychał je sobie do buzi – co skutkowało silnymi bólami brzucha. Jest w tym filmie również kilka mrożących krew w żyłach ujęć, gdy na przykład robactwo żywcem zżera na wpół żywego żołnierza – fantastycznie podnosi to strach przed tym, co może nastąpić dalej.

Mateusz: Tu też nie do końca chodziło o kwestię higieny. Bulwy yamu po prostu trzeba poddać obróbce cieplnej, bo w postaci surowej są dla człowieka toksyczne. Tamura był jednak tak głodny, że nie miał czasu myśleć o ewentualnych konsekwencjach.

NAJGORSZA SCENA

Mateusz: Jak wspomniałem wcześniej, ten film pozostawia takie spustoszenie w umyśle, że do najgorszych scen można (ale po co to robić?) przypisać wszelkie te, w których makabra wylewa się z ekranu. Nie wszystkim może to odpowiadać i nie każdy może być na takie sceny gotowy. Tyle tylko, że mamy do czynienia z filmem (anty)wojennym, w którym brak ukazania szczegółów zabijania jest tym, czym byłby film o gotowaniu bez potraw.

Patryk: Niestety dla mnie przekombinowaną sceną była wielka masakra na otwartym polu, gdzie oprócz mocnych świateł reflektorów wrogiego wojska, kontrastującego z absolutną ciemnością, oraz namacalnego przerażenia pragnących ocalenia japońskich wojskowych, Tsukamoto przesadził z detalami, przez co tylko w tym fragmencie dostrzec można było, że nie wystarczyło budżetu na efekty specjalne. W momencie, gdy kule szatkują dziesiątki żołnierzy z Kraju Kwitnącej Wiśni, w powietrzu latają również ręce, nogi oraz flaki – tyle tylko, że jak na dłoni widać, że ludzkie członki są po prostu z gumy. Jeszcze chwila i ta scena przerodziłaby się w parodię własnego filmu.

Mateusz: Ja tej scenie nie mam nic do zarzucenia. W sumie uważam ją za jedną z mocniejszych i bardziej udanych.

Patryk: Również uważam ją za mocną scenę, która buduje napięcie w filmie, a głównemu bohaterowi właściwie odbiera nadzieję – ale jej realizacja trochę dla mnie kuleje.

owp2

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Mateusz: Trudno doszukać mi się jakichś dziur fabularnych w filmie tak dogłębnie przemyślanym, co widać od pierwszej do ostatniej sceny. Już tak zupełnie na upartego, mogę przyczepić się do tego, że choroba (zapalenie płuc bądź gruźlica) szeregowca Tamury przebiegała w filmie zbyt gładko, będąc niejako przykrytą innymi elementami, jakby dla reżysera i scenarzysty istotniejsze było wyrażenie sprzeciwu dla konfliktu zbrojnego niż dokładniejsze ukazanie zmagań Tamury z dolegliwościami.

Patryk: Faktycznie! Niby Tamura był poważnie chory na tyle, że jego przełożeni nie widzieli dla niego ratunku, a tu się nagle okazuje, że w cudowny sposób wyzdrowiał?

SPRAWY TECHNICZNE

Mateusz: Gra kolorów w tym filmie to coś pięknego. Człowiek w Ogniach w polu zawsze jest brudny, szary, zmizerowany, wyniszczony, obdarty i doprowadzony do skraju człowieczeństwa, natomiast otoczenie, w jakim przyszło mu toczyć bój, to intensywne, piękne kolory lasu, wymieszane z błękitem nieba. Dodatkowo, większość walk odbywa się w mroku bądź w kolorystyce brudu i szarości. Trudno o dobitniejsze ukazanie, gdzie twórca stawia ludzkość. Muzyka jest jedynie tłem, które bardziej ma za zadanie towarzyszyć i wspierać najważniejszy element w tym filmie, czyli obraz. Nie rzuciło mi się w uszy nic specjalnie wybitnego, nie były to również dźwięki irytujące czy przeszkadzające w odbiorze. O pracy kamery już wpomniałem wcześniej – to w moim mniemaniu bardzo istotny element tego obrazu.

Patryk: Latająca kamera trochę przeszkadzała w rejestrowaniu tego, co się dzieje na ekranie, ale rozumiem zamysł twórcy – miał on w ten sposób jeszcze bardziej spotęgować chwilowe napięcie, które towarzyszyło również bohaterom. Muzyka zaś była bardzo oszczędna, a pojawiała się tylko w momentach ciszy, gdy absolutnie nic się nie działo. W innych przypadkach reżyser oddawał głos wybuchom, strzałom i krzykom.

owp4

AKTORSTWO

Mateusz: Ognie w polu to nie jest film wielu aktorów. Tak naprawdę najwięcej do pokazania miał odtwórca roli szeregowego Tamury. Shinya Tsukamoto wykonał swoją pracę na dobrym poziomie. Udało mu się nie przesadzić w przedstawieniu dramatu jednostki, ukazując jednocześnie otępienie, jakie w człowieku wywoływuje uczestnictwo w jakiejkolwiek wojnie. Nie bez powodu nie pada w filmie w żadnym momencie wzmianka o tym, w jakim konflikcie uczestniczy szeregowy Tamura; widz zna jedynie mgliście rejon geograficzny, za pomocą którego może potem dopasować pewne fakty. Tyle, że to nie jest w filmie istotne. To ludzki dramat, ludzki upadek wszelkich wartości i stopniowa degeneracja w obliczu zaistniałych sytuacji są tutaj kluczem i aktorsko wszystko to zostało dobrze ukazane.

Patryk: Tak jak Mateusz słusznie zauważył Ognie w polu to film jednego aktora. Shinya Tsukamoto miał dodatkowo tę przewagę, że będąc jednocześnie reżyserem, doskonale wiedział, czego się oczekuje od jego postaci. Reszta schodzi do rangi statystów, toteż na ich grę nawet nie zwraca się uwagi poza tym, że nie przysłania głównego bohatera, ani też nie sprowadza aktorskiego kunsztu na dno.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz: Ten film był dla mnie tak ciężki, że seans musiałem sobie rozłożyć na dwie części. Bardzo lubię przytłaczające  produkcje i zazwyczaj tam, gdzie inni uginają się pod ciężarem przedstawionych na ekranie problemów, ja karmię tym swój umysł na późniejszą dogłębną analizę, a są momenty, kiedy czerpię z tego jakąś formę relaksu (może poprzez oczyszczenie, które takie obrazy powodują). Jednak Ognie w polu rozłożyły mnie na łopatki, bo ktoś wreszcie zrobił film, w którym pokryło się i zobrazowało w pełni to, co sam miałem w głowie, ilekroć myślałem o wojnie.

Patryk: Racja, właściwie po obejrzeniu Ogni w polu człowiek jest w stanie wyobrazić sobie namiastkę tego, jak mogłaby wyglądać wojna w rzeczywistości. Oczywiście taki hit jak Szeregowiec Ryan ze swoją nieśmiertelną sceną na Omaha Beach pokazał nieco brutalności, ale w porównaniu z filmem Shinyi Tsukamoto jest również przesłodzonym, nierealistycznym obrazem. I o ile zachodnie blockbusterowe hity wojenne mają na celu ukazanie kultu jednostki z migoczącą na horyzoncie szansą przetrwania i sukcesu, o tyle Ognie w polu to film przesycony pesymizmem, w którym nawet przeżycie wojny nie oznacza powrotu do normalnego życia.

owp3

Ocena Mateusza: 8/10
Ocena Patryka: 8/10

Fot.: Aurora Films

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.