Polska Rzeczpospolita Muzyczna – Jacek Stęszewski – „Peweksówka” [recenzja]

Peweksówka

Po wydanej w 2015 roku Księżycówce (która nie wiedzieć czemu, przeszła w zasadzie bez większego echa) przychodzi czas na Peweksówkę, drugą solową płytę Jacka Stęszewskiego – lidera zespołu Koniec Świata. I mam szczerą nadzieję, że tym razem album zostanie zauważony i doceniony tak, jak na to zasługuje – a zasługuje jak najbardziej i bez wątpienia. Od razu się przyznam, że jestem ogromną fanką Końca Świata – ich tekstów, muzyki i głosu wokalisty. Było więc tycie prawdopodobieństwo, że Peweksówka nie przypadnie mi do gustu. Ale wiadomo jak to jest… zdarza się, że solowe projekty należą do zupełnie innego świata. Tak czy owak – byłam niemal pewna, że to będzie dobra płyta. Nie przewidziałam jednak, że uzależnię się od niej tak bardzo – że nie będę mogła przestać jej słuchać, a w chwilach, kiedy nie będę miała takiej możliwości, będę o niej myślała lub śpiewała pod nosem kolejne utwory. Po ilu odsłuchach ten album mi się znudzi? Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że nigdy – na szczęście bogactwo tekstu i fantastycznej muzyki jest tu nieprzebrane, więc szanse na znużenie są marne.

Peweksówka od samego początku nie pozostawia wątpliwości, do czego nawiązuje i co było inspiracją do jej stworzenia. Mówi o tym zarówno tytuł, jak i okładka płyty, tytuły poszczególnych utworów, a także singiel Miś, który promuje album, i teledysk do niego. Na początku, przed pierwszym nastawieniem płyty, nieco obawiałam się tego peerelowskiego klimatu krążka. Gdzieś w środku mnie tkwiły obawy, że płyta może być na siłę tematyczna, że pocztówka z tamtych czasów może się nie do końca udać, że będzie taka, jak ówczesne blokowiska – szara, smutna i otoczona aurą jakiejś beznadziei. Tymczasem Peweksówka to płyta, która od pierwszego do ostatniego utworu zalewa nas feerią nie tylko dźwięków, ale także i barw. Wspomnienia, które napędzają kolejne utwory, są kolorowe i wesołe, a nutka – raz bardziej się wybijająca, a raz trochę mniej – nostalgii, jaka im towarzyszy, podnosi ich walor estetyczny, a także potrafi sprawić, by słuchaczowi zakręciła się łezka w oku. Najważniejsze dla mnie w tym całym koncepcie, który nabrał w końcu kształtów krążka, jest to, że nie tyle staje się ten album pochwałą czy hołdem dla czasów PRL i lat nieco późniejszych, dla oranżady, wody firmowej, peweksów czy commodore 64, ile pięknym wspomnieniem. Ani razu nie padną tu zdania sugerujące, że kiedyś było lepiej lub gorzej – kawałki, które znalazły się na Peweksówce zdają się nie wartościować ani nie osądzać (także dzisiejszych czasów na zasadzie porównania), są po prostu pięknym muzycznym albumem, a każdy utwór jest kolejną fotografią, na której zatrzymane zostały poszczególne, charakterystyczne elementy pewnego dzieciństwa, z których większość staje się poprzez odsłuchanie poniekąd wspomnieniami ogółu.

Jacek Stęszewski postawił na sentyment i nostalgię, które zostały ubrane nie tylko w rewelacyjnie skomponowane pod względem muzycznym utwory, ale także w teksty, które zachwycają swoją budową, doborem słów i poetyckimi środkami wyrazu. Nie brakuje w nich także porządnej dawki humoru, co również stanowi istotny element i zarazem walor płyty. Oczywiście, że czuć tu stylistykę Końca Świata, bo jakże miałoby być inaczej? To minus czy plus albumu? Moim zdaniem plus, ale mimo to uważam, że nie powinno się w ogóle tego rozpatrywać w takim aspekcie. Artysta, który tworzy zarówno w zespole, jak i solo, musiałby mieć rozdwojenie jaźni, żeby tworzyć w ten sposób albumy całkowicie od siebie różne . A już zwłaszcza artysta, który do zespołu wnosi tak wiele – bo zarówno głos (swoją drogą niezwykle przyjemny dla ucha), jak i teksty. Dobrze, skoro wstęp mamy już za sobą, przejdźmy do poszczególnych tekstów. A tych, którzy jeszcze nie mieli nigdy styczności z muzycznymi recenzjami mojego autorstwa (które piszę stosunkowo rzadko), uprzedzam – tak, będę omawiać niemal każdy utwór po kolei, tak – będzie to długi tekst. Wybaczcie, nie umiem inaczej.

Peweksówkę otwiera Miś, czyli kawałek, którego nie radzę słuchać, jeśli nigdy filmu Barei nie widzieliście. Dlaczego? Ponieważ może wydać Wam się przez to dość chaotyczny i momentami niezrozumiały. Stęszewski garściami czerpie tu z tego kultowego już polskiego filmu – są opisy postaci, sytuacji, a także tak dobrze znane cytaty jak chociażby: Panowie pozwolą moja żona Zofia (cytuję bez interpunkcji, dokładnie tak, jak teksty prezentują się w dołączonej do płyty książeczce); Cholera jasna won mi stąd jeden z drugim/ Kłaki mi tu będzie rozrzucał to nie jest salon damsko-męski/ To jest kiosk ruchu ja tu mięso mam. Kawałek jest szybki i dynamiczny, słychać, że lider Końca Świata świetnie się bawił, tworząc go i nagrywając. A jednak wisienką na torcie jest zakończenie utworu, kiedy muzyka cichnie i łagodnieje, podobnie jak głos muzyka, który śpiewa, intonując tak, jak się kończy zazwyczaj bajkę dla dzieci. Jednak to, co ma do powiedzenia artysta, nie jest bajkowe:

I za rękaw mnie potrząsa

odlepiona z oczkiem myśl

widząc, że ta nasza Polska

To taki właśnie miś.

Jacek Stęszewski – Miś (official video)

Kolejnym numerem jest Love story – aż do ostatniego kawałka (z podstawowego składu płyty) nie będzie tak poetyckiego, delikatnego utworu, romantycznego, ale jednocześnie smutnego, a w dodatku osadzonego idealnie, poprzez drobne elementy, gdzieś na przełomie lat 80. i 90. Love story od pierwszego przesłuchania nazywam sobie po cichu takim Leśmianowskim W malinowym chruśniaku, tylko osadzonym właśnie w innej epoce. Możecie sobie mówić, że to tylko przez te ostrężyny, ale czuję i wiem, że w tej analogii jest coś więcej.

Oni razem gdzieś siebie dopadli

Dwóch pokłutych przez cierń ostrężyny

Oboje tak niezaradni

Lecz jak najzaradniej szczęśliwi

Piękny jest ten utwór – Jacek Stęszewski tworzy naprawdę cudowne teksty – skomponowane z głową, z pomysłem i niezwykle estetyczne pod względem stylistycznym. Historia tych dwojga nie kończy się zresztą dobrze, ale nie jest to efektem wielkiej zdrady czy tragedii – rozdziela ich życie wraz z jego drobnostkami i pomniejszymi elementami. Czasami dwoje ludzie odpada od siebie ot tak, w zasadzie bez przyczyny. Love story wyróżnia się na tle muzycznym od pozostałych utworów – najsłabiej czuć tu ducha Końca Świata, ale w żadnym razie nie jest to wadą. Pięknie tworzą klimat tego kawałka instrumenty smyczkowe – wytwarza się melancholia dwojaka – która, kiedy tekst opowiada o sile uczucia, wydaje się romantyczna i spokojnie szczęśliwa, a kiedy słowa schodzą powoli ku opowieści o zakończeniu związku, o przerwanej miłości – melodia wydaje się być smutna, a smyczki cicho płaczące.

Trzeci utwór zawraca płytę na te szybkie, skoczne tory, które przeważają na Peweksówce. CPN to wspomnienie z czasów sprzed likwidacji monopolu CPN, kiedy królowała etylina i jej niepowtarzalny zapach (a także kolory). W tym utworze za sprawą tych wszystkich oktanów prym wiedzie nie tylko zmysł słuchu – jak to w przypadku utworów muzycznych – ale także węch i wzrok. A niekiedy mało co potrafi przecież tak mocno wpłynąć na obszar mózgu odpowiedzialny za wspomnienia, jak właśnie zapach – czasami im bardziej ulotny, tym mocniej okazuje się sentymentalny, bo próbując go złapać i zatrzymać, otwieramy drzwi do dawno zamkniętych pomieszczeń ze wspomnieniami. I choć refren nie jest może szczytem poezji – zapewne nie miał taki być – to nie przeszkadza mu to w tym, by zapadać w pamięć:

CPN CPN to jest nasz naftowy sen

Nie brakuje jednak także głębszych refleksji:

To były smutno śmieszne czasy

Lecz więcej wśród nas było ludzi.

Czwarty na płycie Jojo Oponiarz kontynuuje samochodową tematykę, choć nie jest już bezpośrednim wspomnieniem, a historią pewnego człowieka. Historią smutną i radosną zarazem, z mocniejszym muzycznym kopnięciem, kiedy do głosu dochodzą ważne zdania, jak to, które bardzo mocno utkwiło mi w pamięci:

Że kto nie szanuje historii swojej

gotów jest przeżyć ją jeszcze raz.

Ostatnia strofa Jojo Oponiarza wprowadza nas pośrednio w klimat następnego utworu. Klimat pieniędzy, dostatku i marzeń związanych z tymi dwiema wartościami. Pewex to opowieść o chłopcu – o tym konkretnym i o każdym innym – ale także o dorosłym, który mógł się poczuć jak dziecko, choć również mógł się tego wstydzić. Kiedy otwierały się magiczne bramy Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego, ludzkie umysły otwierały się na wyobrażenia o luksusie i bogactwie. Dziś nie do pomyślenia jest fakt, że kiedyś nie było tego wszystkiego. Słuchając tego utworu, przypomina mi się powieść Pokój i “niedziela rozpusty”.

Wśród pachnących półek zachodnich

towarów

Karmimy swe oczy by mieć o czym śnić

Wdychamy powietrze zielonych dolarów

Marzymy przez chwilę jak mogłoby być.

No i marzenia się spełniły. I co z tego? W człowieku nadal mieści się tyle samo diabła, a może nawet i więcej. Jojo Oponiarz i jego matka pewnie wiedzieliby ile…

Tymczasem mamy Wyliczankę, której tytuł nie tylko jest adekwatny do skomponowanego tekstu, ale także wskazuje na dziecko, a na końcu każdej wyliczanki każdy z  nas staje się dorosły, a potem stary. Życie to wyliczanka i tym bardziej taka forma pasuje do tego utworu, w którym wers po wersie Jacek Stęszewski śpiewa o tym, czym jest życie. Śpiewa delikatnie, ale i z radością, z przyzwoleniem, nawet kiedy śpiewa o bezsilności.

Życie to szczęścia strzęp

to nieuchronny skutek

To konieczności tren włóczęga i wyrzutek

Życie to górski szczyt to wiatry od Zawratu

To bezsilności krzyk to miłość do kwadratu

Nie pierwszy raz wraz z głosem Stęszewskiego zawiewa wiatr od Zawratu (Jak mnie tu znalazłaś), a takich tropów, choć może mniej dosłownych, jest więcej – spore znaczenie dla twórcy tekstów zdają się mieć kałuże, w które co rusz ktoś wskakuje lub wrzuca coś ważnego (Love storyOranżada, Jak mnie tu znalazłaś), powietrze już wcześniej pachniało benzyną (Na moście w Sarajewie); a dziewczyna nic nie ma na własność zarówno w tekście Love story, jak i w utworze zamieszczonym na płycie Raj zespołu Leniwiec, zatytułowanym Królowa nocy; także nawiązania do Misia nie są pierwszyzną, bo przecież na ostatniej płycie Końca Świata, God Shave The Queen, w (swoją drogą genialnym) utworze Balanga wokalista śpiewa:

Chamstwo się zjeżdża tu ze świata

i niedogotowana kasza.

Ale zapędziłam się nieco w zbyt odległe strony, tymczasem z równie odległych zakątków przybywa Wujek z RFN, a dokładniej z Dusseldorfu. Temu utworowi najbliżej do kawałka Pewex, bo on także opowiada o bogactwach i luksusach, które poza granicami Polski zdawały się być takie zwyczajne, co jeszcze mocniej przesądzało o ich wyjątkowości w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Świetnie w tej piosence został nakreślony portret chłopca, który z fascynacją i zauroczeniem wpatruje się w wujka – w wyciągane przez niego marcepany, resorówki i z okienkiem czekoladę, a także w czternastoletnią Sierrę, która perłą lśniła u każdego w oku. Szybki, melodyjny i absolutne przyjemny utwór ustępuje jednak tempa i zapamiętywalności na rzecz następnego kawałka – Italia 90.

Rzecz jasna przypomina się w tym momencie utwór Piłkarski poker, ale to w ogóle nie ta liga ani skład. Utwór końca Świata jest gorzką refleksją dotyczącą tego, co złego dzieje się w piłce nożnej, widzianej oczami dorosłego człowieka dostrzegającego fakty i zależności. Tymczasem Italia 90 to wspomnienie czystej radości, kiedy szaleństwo Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 1990 roku we Włoszech ogarnęło także Polaków – tych małych i tych większych. Nie będę tu nikogo oszukiwała, że to pamiętam, bo miałam wtedy całe dwa latka (a autor tekstu dziesięć), ale znając euforię własną i tę, która towarzyszy kibicom (i nie tylko) dziś podczas wydarzeń sportowych, mogę sobie wyobrażać, jak oddziaływało to kiedyś na chłopców zapatrzonych w zagranicznych sportowców, zwłaszcza że niewiele było innych rozrywek. Zresztą wyobrażenia to nie wszystko, bo ten energetyczny utwór rozpala w słuchaczu taką werwę i radość, że gotowe obrazy stają nam jak żywe przed oczami. Nie da się nie śpiewać razem z muzykiem, głośno i z uśmiechem:

Jak margarita ta piłka się kręci

Itaia Italia ciao arrivederci

Cantare Volare i salto mortale

Na zawsze zostanie w pamięci

Ten utwór jest tak zaraźliwy, z tak świetnie skomponowanym tekstem i wlewającą się zarówno w ucho jak i w serce muzyką, że chyba nigdy się nie znudzi. I jeszcze ten muzyczny wstęp, niczym z jakiejś strasznej opery… Świetnie Stęszewski przemyca tu nazwiska i wplata je w tekst, który wcale nie staje się przez to skrzywiony ani zgarbiony pod ich ciężarem – wręcz przeciwnie, zachowuje lekkość i grację. Uwielbiam rymy, które tworzy ten artysta – niewymuszone, niedokładne, lecz bardzo wyraźnie zaznaczone, nadają tekstom kształt i charakter, a często także dodają element humorystyczny.

Gwizdek arbitra ten mecz rozpoczyna

Tu czarny Kamerun no i Argentyna

Czy strzeli gola Diego Maradona

Czy zatrzyma go Roger Milla.

Ten utwór przypomniał mi świetną powieść Przemysława Rudzkiego Futbol i cała reszta. Tam również (zresztą – jakżeby inaczej!) rok 1990 nie przeszedł bez echa:

Żaden hymn mistrzostw świata nie był i nie będzie tak piękny jak ten z Italia ‘90. Żaden mundial nie będzie tak emocjonujący, bo tylko Włosi potrafią być tak ckliwi. Żaden nie wywoła w nas tylu tęsknot, bo latem 1990 roku powietrze pachnie najpiękniej, a my wciąż jeszcze wierzymy, że zostaniemy piłkarzami.

Ale czy Peweksówka miałaby rację bytu, gdyby Jacek Stęszewski nie wspomniał na niej o gumie Turbo? Pewnie by miała, ale i tak – na szczęście – wspomniał. W dodatku w Gumie Turbo wychodzi poza walory smakowe i czysto sentymentalne z tym smakiem i zapachem związane i przypomina także, że na żuciu się nie kończyło – były przecież jeszcze obrazki, zbieranie i wymiany! To wszystko z kolei sprawiało, że otwieranie gumy ze zwykłej czynności zamieniało się niemal w sakrament.

VHS to kolejny utwór, którego nie da się nie śpiewać razem ze Stęszewskim. A wszystko przez to, że tata w pudle przytargał raz duży srebrny magnetowid. I zaczęła się era niezapomnianych filmów, które rozszerzały dzieciakom źrenice, a muzyk nie zapomina także wspomnieć o skrótowcach związanych ze standardem nadawania koloru w telewizyjnym sygnale:

Pal Secam cincha VHS

Commando Rambo Pierwsza Krew

Jacek Stęszewski VHS

Świetny utwór, który jakoś tak sprawia, że może zakręcić się ta łezka w oku – jeśli nie z sentymentu, to ze śmiechu, kiedy słyszymy:

Zasada jedna była by

Oddać taśmę przewiniętą

Bo mogłeś tam narazić się

I sam przewijać ręką

 

A jeśli mowa tutaj już jest

o ręcznych pracach

Niemieckie kino było też

Dialogi pierwsza klasa

Woda firmowa to humorystyczny utwór – choć sama historia oczywiście dla kilkulatka musiała być dramatem. Ta piosenka to kolejny przykład na to, że Stęszewski nie tylko zadbał o świetną, klimatyczną i żywą muzykę, a także o błyskotliwe teksty, ale również stworzył z nich konkretne historie, unikając bezwładnego potykania się o kolejne tytuły i sprzęty typowe dla tamtych czasów, w zdaniach, które nijak nie są ze sobą powiązane. Nawet enigmatyczny chechłacz, o znaczeniu którego mało kto wie lub pamięta, został świetnie wpleciony w utwór, który – znowu – jest jednym z moich ulubieńców na tym wyjątkowym albumie. Chechłacz to kawałek, który na mur-beton poprawi Ci humor – nieważne czy jesteś ze Śląska i chechłacz to dla Ciebie dawny przyrząd do prania bielizny, czy może przodkowie z Warszawy wpajają Ci, że to żadna kijanka tylko tępy nóż. Nieważne, czy powoli docierasz do sedna i najbardziej prawdopodobne (i logiczne) zdaje się być to, że chechłacz mógł być to woreczek wypełniony cukrem (taki pradawny smoczek) – znaczenie tego dziwnego przedmiotu (a może już zjawiska?) nie wpływa w żaden sposób na urokliwość utworu Jacka Stęszewskiego, który śpiewa pogodnie, choć i lekko melancholijnie, ale na pewno nie ironicznie:

Tylko proszę nie płacz kupię Ci chechłacz

Kupię Ci dwa chechłacze ona już nie płacze.

Obawiam się, że to kolejny utwór, który mi się nie znudzi (sąsiadom za to na pewno). Nie inaczej zresztą jest z następnym kawałkiem, który już zupełnie mogę odnieść także do swojego dzieciństwa. Commodore 64 to znów błyskotliwie i świetnie skomponowany tekst, któremu w sukurs (by stworzyć rewelacyjną płytę) idzie muzyka. Czystość wspomnień i dziecięca radość po prostu wylewają się z kolejnych wersów przerywanych typową dla tamtych gier muzyczką:

Gry jak muzyka były tutaj na kasetach

I śrubokrętem się głowice ustawiało

Na każde wgranie trzeba było trochę czekać

Potem w Lotusa i w Lemingi się szpilało

 

Tak czas spędzałem na Lemingach i wyścigach

A wieczorami przyszła pora na strip poker

Nie wiedzieć kiedy pojawiła się Amiga

A razem z nią pojawił się Sensible Soccer.

Ja dodaję sobie jeszcze w myślach obok Lemingów, grę Superfrog (cała rodzina patrzyła jak tata pokonuje Las, Zamek, Piramidy i tak dalej…). I już to pokazuje, jak mocno te utwory wprawiają słuchacza i w zadumę, i w refleksję, i w radość wspomnień. A co najważniejsze, nie są tylko pustymi rymowankami opowiadającymi o minionych latach, ale stanowią także jakąś głębszą myśl:

Na kalendarzu każdy rok kolejny tyka

I końcem stało się co było zeń początkiem

Amiga w szafie kumplem

stała się Chińczyka

Podstawowy skład, że tak pozwolę sobie to nazwać, albumu zamyka utwór, którego nie spodziewałam się tu usłyszeć, ale który sprawił mi ogromną radość, bo jest to jeden z moich ulubionych kawałów Końca Świata. Mowa o 1980 z albumu Burgerbar. Trudno uniknąć porównań do utworu Jacka Kaczmarskiego Przeczucie (Cztery pory niepokoju) choć tę zależość (inspirację) bardziej widać chyba w 1980 II. Rok urodzenia artysy w tytule i słowa takie jak:

Na zakrętach smutku w biegu tych wydarzeń

Jak mogliśmy się tak szybko

po prostu zestarzeć

Każdy tylko gorzko sam siebie przeklina

Zestarzałem się po cichu trudno to wytrzymać jest,

nie pozostawiają złudzeń co do tego, że jest to utwór będący może nie tyle rozrachunkiem z życiem (Stęszewski jest na to za młody… chociaż może na takie przemyślenia nigdy nie jest ani za wcześnie, ani za późno?), co przemyśleniami zebranymi na dotychczasowej drodze, pieśnią o przemijaniu – tym, które zauważamy dopiero wtedy, kiedy wypadają nam włosy, a nie z kalendarza kartki. Nowe wykonanie utworu 1980 różni się od pierwotnego minimalnie i jest odczuwalne najbardziej, kiedy chcemy zaśpiewać razem z artystą znaną nam wersję i po prostu się z nim rozmijamy. Po pierwszym zdziwieniu przyszła myśl, że jest to idealny utwór zamykający podstawowy skład Peweksówki – po słodkich, pachnących gumą Turbo i etyliną wspomnieniach z dzieciństwa przychodzi czas na słowa dorosłego człowieka:

Czasem tylko zerkamy za siebie ukradkiem

I to co nas bardzo boli

żyje w nas najbardziej wiem…

To jednak nie koniec płyty, bo otrzymujemy jeszcze niespodziankę w postaci trzech bonusów. Bonusów o wiele mroczniejszych i smutniejszych od wcześniejszych radosnych sentymentów zawartych na płycie. Jest tu  piękny utwór dedykowany Amy Winehouse, w którym Jacek Stęszewski wspina się na wyżyny swoich umiejętności poetyckich. Amy to wyjątkowy kawałek, ale dobrze trzeba się wsłuchać w każdy wers. Osobiście nigdy nie byłam wielką fanką Amy (czuję się, jakby cytowała samego muzyka…), ale kiedy podesłałam ten utwór przyjaciółce, która nią jest (i fanką, i przyjaciółką) – powiedziała, że utwór brzmi tak, jakby Stęszewski dokładnie wiedział, co wokalistka czuła, jakby doskonale ją rozumiał. Myślę, że to chyba dobra pochwała… W kieszeniach duszy to również przepięknie skompoowany utwór, który ze względu na swój tekst mógłby stanowić muzyczne tło dla dodatku Serca z kamienia z gry Wiedźmin 3: Dziki Gon. Ostatnim utworem jest natomiast piosenka, do stworzenia której muzyka zainspirował film Dzieci z Leningradziego. Co prawda nie widziałam tego filmu, ale miałam okazję oglądać inny dokument Hanny Polak, Nadejdą lepsze czasy, i domyślam się, że Dzieci… również nie są dokumentem łatwym w odbiorze.

Amy – Jacek Stęszewski

Peweksówka to absolutnie wyjątkowa płyta, do której z pewnością wracać będę bardzo często. Opowiadając o niej, skupiłam się na tekstach, a nie na muzyce, ale to właśnie one są jej zarówno głównym atutem, jak i cechą charakterystyczną. Nie znaczy to jednak, że muzyka jest gorsza czy średnia – idealnie dopełnia ona warstwę liryczną, przyspieszając tam, gdzie potrzeba i zwalniając w miejscach, w których wypada. Z PRL-owskiego chaosu Stęszewski, przy pomocy również innych muzyków, stworzył album nietuzinkowy, pomysłowy, humorystyczny, sentymentalny i inteligentny. Album, który nie nudzi się ani po pierwszym przesłuchaniu, ani po pięćdziesiątym. Tej płyty można słuchać zarówno samemu, jak i z kimś, szturchając tego kogoś za rękę, pragnąc skupić jego uwagę na poszczególnych fragmentach. Nie brak tu mądrości i śmiechu, smutku i czystości wspomnień, które czasami nie wartościują przeszłości, a po prostu są. Wszystko tutaj zagrało – koncept lidera Końca Świata, jego teksty i wokal, wiolonczela Katarzyny Kisior, fortepian, gitara i chórki Janusza Binkowskiego, akordeon Michała Kubarskiego, skrzypce, bas, mandolina i ukulele Władysława Kołodziejczyka, perkusja i pokrewne jej instrumenty Grzegorza Imielskiego, a także, oczywiście, urocze Łubu dubu w wykonaniu Matyldy Stęszewskiej.

Nigdy nie ukrywałam, że jestem fanką przede wszystkim polskiej muzyki. Nigdy jednak nie znaczyło to, że słucham wykonawców, których codziennie usłyszycie w najpopularniejszych stacjch radiowych – po kilka razy dziennie – i którzy umilą Wam Sylwestra, machając do Was z odbiorników. Peweksówka to kolejna płyta, która udowadnia, że polska muzyka ma się świetnie, że mamy wykonawców nie tylko utalentowanych, ale także mających coś do powiedzenia, w dodatku niepozbawionych poczucia humoru i daru do tworzenia błyskotliwych tekstów. Peweksówka to kolejny album, który dowodzi, że Polska Rzeczpospolita Muzyczna ma nam bardzo wiele do zaoferowania – wystarczy tylko się rozejrzeć i wsłuchać. Nie będę Was już dłużej zanudzać – po prostu zapoznajcie się z Peweksówką, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Niech porwie Was czar dzieciństwa, klimat lat 80. i 90., absurdy, chaos i wspomnienia. Albo po prostu skupcie się na świetnej muzyce i piosenkach. Zwróćcie także uwagę na to, jak wydana została płyta – dopracowana w każdym szczególe, podtrzymująca klimat. Cudo – pod każdym względem.

Fot.: Lou & Rocked Boys

Sylwia Sekret

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *