Przed burzą był ogień – “Life is Strange: Before the Storm” [recenzja]

Life is Strange: Before the Storm

Before the Storm to, jak sam tytuł wskazuje, prequel jednej z najlepszych gier ostatnich lat – Life is Strange. Cofamy się w czasie (chociaż tym razem nie dane nam będzie tego czasu kontrolować) do miasteczka Arcadia Bay, około trzy lata przed wydarzeniami znanymi z części pierwszej. Co więcej, Max Caulfield jest tutaj wielką nieobecną, a my w swoje ręce dzierżące pada dostajemy szesnastoletnią Chloe Price – doskonale nam znaną najlepszą przyjaciółkę Max, wokół której kręci się główny wątek Life is Strange.

Prequel, na który tym razem składają się zaledwie trzy odcinki, zaczyna się w chyba najgorszym momencie życia Chloe – jej ojciec nie żyje, Max wyjechała i nie ma czasu nawet odpisać na SMS-a, a matka zaczyna spotykać się z Davidem – byłym żołnierzem, aktualnie szukającym pracy. Prolog pierwszego epizodu, zatytułowanego Awake, doskonale wprowadza nas w klimat: ciemna noc, zakapturzona postać stojąca na torach i nadjeżdżający w jej kierunku pociąg. Z uśmiechem na ustach, w ostatniej chwili postać schodzi z drogi zbliżającej się lokomotywy, zdejmuje kaptur i oczywiście jest to Chloe. Od tego momentu możemy już kierować jej krokami, udając się (wbrew woli matki) na koncert rockowego zespołu Firewalk, odbywającego się w dość szemranym lokalu.

Chloe jednak nie jest jeszcze tą samą dziewczyną, którą poznaliśmy w Life is Strange. Szesnastoletnia bohaterka jest na początku drogi prowadzącej do nieustraszonej niebieskowłosej punkówy i dopiero zaczyna się buntować. Jej włosy nadal mają naturalny kolor, a dziewczyna czuje się samotna i opuszczona. Każdego dnia pisze niewysłane listy do Max, opisując w nich swoje życie (swoją drogą Max okazuje się wyjątkowo beznadziejną przyjaciółką), ma coraz większe problemy w szkole, gdzie prawie nikt jej nie lubi (lub nie wie, jak rozmawiać z „tą dziewczyną, która straciła ojca”), a w domu, gdzie coraz częściej zaczyna pojawiać się nowy facet matki, wcale nie jest lepiej. Chloe kompensuje sobie to wszystko, wagarując, wymykając się z domu nocami i chodząc na koncerty. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy w czasie koncertu z prologu, bohaterka zaczepiana przez lokalnych zakapiorów zostaje niespodziewanie uratowana przez piękną i niezwykle popularną dziewczynę ze swojej szkoły – Rachel Amber.

Before the Storm to właściwie geneza przyjaźni Chloe i Rachel, która z czasem przeradza się w coś więcej niż zwykła przyjaźń. Twórcy nie idą jednak na łatwiznę i fabuła gry nie ma nic wspólnego z Panem Jeffersonem i tragicznym końcem, jaki czeka Rachel. Intryga zawiązuje się wokół zupełnie innego tematu, zawierającego co prawda w sobie wątek kryminalny, który jednak nie dominuje scenariusza. Ten bowiem przede wszystkim skupia się na rodzącej się relacji pomiędzy dwiema, z pozoru zupełnie różnymi, dziewczynami. Kolejne odcinki coraz bardziej zacieśniają więzy między nimi, a my w tym czasie możemy dobrze poznać Rachel, która w poprzedniej części była tylko twarzą na ulotkach o zaginionej osobie. Zdążymy ją nawet bardzo polubić i zrozumieć, dlaczego wywarła aż takie wrażenie na Chloe, dla której była tak ważną osobą. Tym bardziej smuci fakt, że wiemy, jaki koniec czeka Rachel Amber.

Jednak czy rzeczywiście widzimy tutaj prawdziwą twarz Rachel? Chciałoby się w to wierzyć, lecz w świetle faktów znanych z poprzedniej, dziejącej się później części, wiemy, że dziewczyna wcale nie była taka święta. Trudno powiedzieć czy pogrywała sobie z Chloe i wykorzystywała jej uczucia, aby osiągnąć swój cel, ale na pewno wiadomo, że później spotykała się i wyznawała miłość jeszcze co najmniej trzem osobom. Nie sposób nie zauważyć oczywistej inspiracji: Rachel Amber to taka Laura Palmer z Miasteczka Twin Peaks – piękna, powszechnie lubiana i popularna dziewczyna, która ma swoje mroczne tajemnice. Tym samym Before the Storm jest growym odpowiednikiem Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną (wystarczy zresztą spojrzeć na nazwę zespołu, którego koncert rozpoczyna rozgrywkę, żeby upewnić się w tym przekonaniu), tylko nieco mniej mrocznym oraz z mniejszą ilością seksu i narkotyków.

Oczywiście skoro w Before the Storm nie ma Max, to nie ma tutaj też żadnych wątków paranormalnych (już nie cofniecie sobie czasu, kiedy dialog pójdzie nie po Waszej myśli), jednak wcale nie zmniejsza to grywalności. Zamiast tego, specjalną zdolnością Chloe są pyskówki – pojedynki słowne, w które dziewczyna wchodzi, aby osiągnąć swój cel (np. wejście do klubu strzeżonego przez nieugiętego bramkarza). Jeśli znacie cięty język bohaterki, zapewne domyślacie się, że wygrywanie takiej pyskówki to świetna zabawa. Również w inny sposób zdobywa się osiągnięcia – w Life is Strange Max robiła zdjęcia polaroidem, z kolei w Before the Storm Chloe maluje graffiti swoim nieodłącznym czarnym markerem, a wyszukiwanie miejsc, w których może to zrobić, stanowi dodatkowe wyzwanie. Nie sposób nie porównać też oprawy muzycznej obu części. W „jedynce” dostaliśmy naprawdę świetną i klimatyczną ścieżkę dźwiękową, za którą w dużej mierze odpowiadał Jonathan Morali (Syd Matters). Tutaj tę rolę przejmuje brytyjski zespół Daughter, który wywiązuje się z tego zadania celująco. Ich kompozycje świetnie budują atmosferę i zostają w głowie jeszcze długo po zakończeniu gry.

Wydanie Life is Strange: Before the Storm było ze strony Square Enix nieco ryzykownym posunięciem – dość krótki prequel, zamiast wyczekiwanego przez wszystkich sequela, wydawał się produktem wypuszczonym na przeczekanie. Również fakt, że za stworzenie gry nie odpowiadało już studio Dontnod (obecnie zajęte projektem Vampyr), tylko Deck Nine, nie pomagał w pozytywnym nastawieniu do tego tytułu. Jakby tego było mało, Chloe z Before the Storm przemawia innym głosem niż „oryginalna” Chloe z Life is Strange (co wynikało z trwającego akurat strajku aktorów). Na szczęście gotowy produkt rozwiał wszystkie wątpliwości. Deck Nine udźwignęło ciężar miasteczka Arcadia Bay, a głos Chloe, mimo że brzmi nieco inaczej, jest dobrany bardzo dobrze. No i, co najważniejsze, sama historia jest wciągająca i miejscami wzruszająca prawie tak, jak jej dalszy ciąg (a ostatnia scena epilogu na pewno zaciśnie Wam gardło). Mimo tylko trzech odcinków, gra nie sprawia wcale wrażenia za krótkiej i dla fanów Life is Strange jest to pozycja obowiązkowa.

A dla tych, którzy nie mogą pogodzić się, że to koniec historii, Deck Nine przygotowało niespodziankę, bowiem już w marcu otrzymamy bonusowy epizod, zatytułowany Farewell, będący prequelem prequela. W tym pojedynczym odcinku znów będziemy mieli okazję zagrać jako Max i najprawdopodobniej poznamy okoliczności pożegnania dziewczyn przed tym, jak Max wyjechała z Arcadia Bay. Twórcy zapowiadają też, że będzie to niestety ostatnie spotkanie z Max i Chloe, co pozwala snuć przypuszczenia, że ewentualna kolejna część opowiadać będzie o zupełnie nowych bohaterach.

Fot.: Square Enix, Deck Nine Games

Miłośnik lat 80., komiksów Marvela, horrorów i kina klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *