Czerwony Lotos

Czy zło może być dobre? – Arkady Saulski – „Czerwony Lotos” [recenzja]

Nigdy wcześniej nie czytałam powieści o samurajach. Nigdy nie było okazji, a do ręki wpadały mi wciąż książki o każdej innej tematyce. Zawsze jednak lubiłam ten klimat – przypominał mi dzieciństwo i rodzinne wieczory filmowe. 47 roninów?, Ostatni ronin? Proszę bardzo! W związku z tym powieść, którą zaserwował nam Arkady Saulski, jest dla mnie swoistym powrotem do czasów maleńkości. Jedyne, co mogę powiedzieć, to tyle, że żałuję, iż tak późno zainteresowałam się tematyką samurajów. Z pewnością istnieje wiele wspaniałych książek (choćby wspomniane wcześniej filmy na podstawie książek) jednak Czerwony Lotos jako pierwsza część Cyklu Zapiski stali, jest istnym mistrzostwem.

Powieść Czerwony Lotos podejmuje dylemat moralny: czy zło czynione w słusznym celu może być dobre? Kolejne pytanie, które możemy sobie postawić, brzmi: czy pragnienie śmierci i zemsta na osobie, która w gruncie rzeczy chce dobrze, czyniąc źle – jest słuszna? Są to pytania, na które nie ma odpowiedzi. Natomiast czytelnik może doszukiwać się ich w samym sobie, tuż po lekturze. Fabuła skupia się na dążeniach dwóch postaci do spełnienia swoich celów, wręcz życiowych misji. Czy i w jakim stopniu im się to uda – przekonajcie się sami.

Zbudowana fabuła od samego początku pełna jest intryg, zdrad i przesycona palącą nienawiścią. Co ciekawe, przedstawiana jest z dziecinną łatwością (i to mimo nierzadko specjalistycznego słownictwa nawiązującego do tradycyjnej kultury Japonii oraz dodatkowo zastosowanego słowotwórstwa autora). Mimo że czasem czytelnik czuje się, jakby rzeczywiście to dziecko opowiadało przedstawioną historię, co widać na podstawie wykrzykników: Stanęła wreszcie pod bramą rzeźni i… od razu zauważyła, że coś jest nie tak!, Kentaro minimalnie zszedł mu z drogi i ciął, celując w rumaka!, Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego, nie tego! – nie ma ich dużo i w gruncie rzeczy nie przeszkadzają.

Istne mistrzostwo – dlaczego? Dobór słownictwa, stylistyka, a przede wszystkim sama historia i świat przedstawiony upajają niczym narkotyk. Arkady Saulski przedstawił fabułę w sposób bardzo filmowy. Czytelnik odnosi wrażenie, jakby po prostu oglądał wysokiej klasy film. Treść książki nie jest „obciążona” i ewidentnie stanowi owoc wielkiej pasji kulturą Japonii.

W treści nie ma zbędnego przedłużania. Fabuła jest wartka i szybka od pierwszej do ostatniej strony, książka nie pozwala się wręcz odłożyć. Język zastosowany w lekturze jest czysty i schludny, a stylistyka poprawna. Przedstawiona historia jest bardzo emocjonalna i trzymająca w napięciu. Nieraz złapałam się również na przewidywaniu fabuły, by po kilkunastu kolejnych stronach przekonać się, że kompletnie nie miałam pojęcia, co się stanie. Nie ukrywam, że kilka momentów szczerze mnie zszokowało. Dosłownie siadałam prosto i łapałam się za głowę. Opisy świata są adekwatne, jest ich dokładnie tyle, ile czytelnik potrzebuje, by zrozumieć otoczenie bohatera. Zabieg ukazania historii z kilku perspektyw śmiało pozwala na podjęcie próby zrozumienia motywów działania bohaterów. Jest to także niezawodny sposób, abyśmy mogli emocjonalnie się do nich zbliżyć.

Co więcej? Chwilami doznaje się wrażenia czytania powieści historycznej (ale jest to cecha świadcząca tylko na plus). Mamy również okazję nieco rozeznać się w formacjach wojskowych (przykładowo poprzez bitwę na śmierć i życie na samym początku). Książka w całości jest bardzo brutalna. Śmierć jest wszechobecna i wręcz występuje jej panegiryzacja i wychwalenie. Opisy są bardzo szczegółowe i obrazowe. Czytelnik dokładnie wie, co dzieje się z daną postacią (plątanie wywleczonych jelit, rozłupanie zębów, chlust krwi) – autor nie boi się stosować tego zabiegu od początku aż do samego końca. Wiemy również, jaka śmierć jest haniebna, najgorsza i najpodlejsza – taka, która skończyła się na jednym zdaniu… Pojawia się także wątek alchemiczny – dostrzegłam wyraźne nawiązanie do kamienia filozoficznego i eliksiru życia.

Na szczególny plus, prócz genialnego pomysłu na fabułę (i to bardzo ładnie zrealizowanego), zasługuje także klarowność. Czytelnik nie ma poczucia zagubienia między postaciami, ich motywami ani nawet imionami (nie są to typowe Anny i Pawły – chyba się rozumiemy?).

Jeśli chodzi o minusy, doszukałam się dwóch błędów logicznych. Mianowicie bohater w rozmowie z inną postacią zadał pytanie, a kilka stron później, żałował, że go nie zadał. Kolejny błąd to fakt, iż poszukiwano „słabych i chorych”, ale lekarz tłumaczył, że nie potrzebuje konkretnej kobiety, bo jest za słabą istotką. Później dowiadujemy się, że ci „słabi” jak najbardziej byli użyteczni. Ponadto, szkoda, że zbyt krótko ujęto wątki alchemiczne. Czytelnik nie ma możliwości zrozumieć w pełni sytuacji w kopalni ani kwestii siły czy słabości, która się tam dokonywała.

Na okładce widzimy samuraja dzierżącego tradycyjną katanę. Jest ona bardzo filmowa i idealnie oddaje klimat książki. Mgliste wzgórza w tle nawiązują do wędrówki bohaterów w poszukiwaniu zemsty, świadomości trudów, z którymi muszą się zmierzyć, czy po prostu chęci ucieczki. Liście niesione wiatrem przywodzą na myśl głównego bohatera, który nie może znaleźć swojego miejsca w świecie. Czytelnik oczami wyobraźni dostrzega owego samuraja i z każdą walką widzi „zatrzymanie” postaci w powietrzu, która chwilę później, w ułamku sekundy rozetnie ciała swoich wrogów – dokładnie jak na okładce.

Jak najbardziej polecam książkę Czerwony Lotos nie tylko fanom klimatu, tematyki zemsty czy piekielnych intryg, ale każdemu szukającemu dobrej literatury. Żywię ogromny szacunek do autora za tak obrazowe i szczegółowe (choć nie do przesady) opisy. Kolejny ukłon za wspaniałe ujęcie kultury japońskiej i oprószenia wszystkiego wręcz pierwotną brutalnością.

Fot.: Fabryka Słów

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.