Duchologia więzów krwi – Ari Aster – “Dziedzictwo. Hereditary” [recenzja]

Czy Dziedzictwo zrobiło na mnie wrażenie? Tak i to nawet ogromne, lecz zanim przejdę do meritum, nakreślę Wam kontekst, który pozwoli lepiej zrozumieć mój zachwyt. Otóż, muszę przyznać, że pojawiające się ostatnio tu i ówdzie głosy, mówiące o rzekomej rezurekcji kinowej grozy, do tej pory uznawałem za nie do końca trafione. Nie zrozumcie mnie źle, XXI wiek rzeczywiście zaoferował widzom kilka wyjątkowo ciekawych horrorów, ale to odrobinę za mało, żeby porównać minioną dekadę ze złotą erą tej stylistyki, czyli latami 70. oraz 80. Pomimo tego, że lubię sznyt retro w Coś za mną chodzi, bezkompromisowość twórczości Roba Zombiego czy nietuzinkowe żonglowanie kliszami Babadooka, to jednak nie potrafię z czystym sumieniem nazwać wyżej wymienionych tytułów arcydziełami. Wspomnianym pozycjom brakuje bowiem pierwiastka geniuszu, który mogliśmy podziwiać podczas pierwszych seansów Nie oglądaj się teraz lub Egzorcysty. Tymczasem emocjonalna temperatura i wręcz odczuwalna fizycznie intensywność debiutanckiego, pełnometrażowego obrazu Ariego Astera, budzi skojarzenia z najlepszymi dokonaniami mistrzów kreowania napięcia. Znany dotychczas z jedynie kilkuminutowych etiud reżyser postanowił rozpocząć karierę “na poważnie”, bezpardonowym wjazdem z buta, przyćmiewającym dorobek większości jego równolatków.

Fabuła pozornie zapowiada kolejną schematyczną, paranormalną opowieść o kontaktach między światem zmarłych oraz żywych. Dziedzictwo ukazuje rodzinę Grahamów, która musi poradzić sobie z odejściem najstarszego członka familii. Śmierć Ellen (bo tak miała na imię seniorka), prowokuje szereg przerażających, spirytystycznych incydentów, metodycznie doprowadzających ekranowe małżeństwo oraz ich potomstwo do szaleństwa. Prawda, że brzmi banalnie? Na szczęście talent amerykańskiego filmowca nie pozwolił mu na bezmyślne chadzanie utartymi ścieżkami. Jego pomysł na odświeżenie obecnie już ciężkostrawnych motywów był jednocześnie prosty oraz błyskotliwy. Nowojorczyk zastosował repertuar nadprzyrodzonych rekwizytów i ubrał je w brutalny naturalizm, poruszającego dramatu psychologicznego. Głównym składnikiem, stanowiącym największą wartość całości, okazał się mentalny dyskomfort. Tak nieprzyjemnej, wyczerpującej historii miłośnicy kinowych strachów nie doświadczyli od czasu premiery Teksańskiej masakry piłą mechaniczną Tobe’a Hoopera.

Na przykład przysłuchiwanie się konwersacjom prowadzonym przez Annie (znakomita Toni Collette) i jej męża (równie przekonujący Gabriel Byrne) z dziećmi, momentami sprawia wręcz fizyczny ból. Nieumiejące poradzić sobie z dotkliwą traumą jednostki, zamiast podtrzymywać bliskich na duchu, zatruwają otoczenie toksycznym jadem gniewu i niemocy. Codzienne rozmowy przy obiedzie są dla uczestników ciężką do zniesienia torturą, uwypuklającą typowe ludzkie słabości. Tragiczne zdarzenie jest katalizatorem gwałtownego wybuchu głęboko skrywanych lęków oraz wątpliwości. W obliczu skrajnej sytuacji kruche podstawy komórki społecznej, jaką jest rodzina, pękają niczym bańka mydlana. Twórca stawia nas w roli świadków stopniowej degeneracji rodzinnych więzów, obarczając nas rolą sprawiającą tyle samo radości, co dłubanie w otwartej ranie.

Emocjonalną męczarnię stanowią również sekwencje przedstawiające próby seansów spirytystycznych. W przypadku tego obrazu, kontakty ze zjawami nie mają absolutnie nic wspólnego z groteskowym cyrkiem w stylu większości Hollywoodzkich opowieści o duchach. Na próżno szukać tutaj fruwających prześcieradeł z dziurami na oczy czy ożywających jak na zawołanie przedmiotów. Ari Aster skupia uwagę publiczności na grozie wynikającej z psychologicznych konotacji, oddziałujących skuteczniej niż tanie efekciarstwo. Młodego reżysera najbardziej interesuje podtekst osobliwych okoliczności, tzn. zmagania strachu z ciekawością, spowodowane wzięciem udziału w ekscentrycznej praktyce. Dojrzałe spojrzenie na tę tematykę to prawdziwy powiew świeżości na tle wszechobecnego banału, będącego plagą gatunku od dłuższego czasu.

 

Innym wyróżnikiem tego horroru jest specyficzny sposób, w jaki poszczególne sceny dawkują napięcie. Dziedzictwo przeczy znanej konstrukcji kina grozy, ponieważ uparcie kreuje gęstą jak smoła atmosferę, nigdy nie doprowadzając do katartycznej konkluzji. Te dwie godziny składają się ze ściskających za gardło scen, niepozwalających nawet na chwilowe złapanie oddechu. Wyczuwalny podskórnie posmak terroru pozostaje z nami nieprzerwanie – od prologu do finału.  Ciążące nad rodziną fatum jest permanentnym stanem, wykraczającym poza ograniczenia narzucane przez kult cyrkowych jump scare’ów. Jestem więc szczerze uradowany, że nareszcie ktoś traktuje widzów jak inteligentnych ludzi, których nie zadowoli ułomny duet potwora wyskakującego z szafy oraz wysokiego poziomu decybeli.

Bliskie perfekcji aktorskie kreacje to kolejna mocna strona obrazu. Odgrywające główne role ekranowe osobowości, odwalają kawał dobrej roboty, wypowiadając swoje kwestie z robiącą wrażenie ekspresyjnością. Ich zachowanie nie zdradza nawet cienia przerysowanej teatralności, do jakiej przyzwyczaiły nas podobne tytuły. Protagoniści przemawiają do publiczności bolesną mową ciała, uwydatnioną przez pulsujące żyły i strugi potu spływające po czole. Tak realistyczne zachowanie bardziej niż popisy rodem z kina grozy, przypomina paradokumentalną estetykę filmografii Cassavetesa czy artystów związanych ze skandynawskim ruchem “Dogma 95”.

Dziedzictwo śmiało mogę nazwać jedną z najbardziej przyjemnych niespodzianek filmowych 2018 roku. Pełnometrażowy debiut zdolnego twórcy w pełni wykorzystuje potencjał obranej konwencji, jednocześnie do niej nawiązując i interpretując na nowo. Oglądając takie dzieła, zaczynam bardziej wierzyć w renesans horroru. Biję więc brawo panu Asterowi i czekam na kolejne dokonania.

Ocena : 8+/10

Fot.: Monolith Films

https://web.facebook.com/kulturalnysampling/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *