Komiksy,Książki,Recenzje

Chaos kontrolowany przez geniusza – Grant Morrison – „Multiwersum” [recenzja]

Multiwersum
Multiwersum

Grant Morrison jest żywą legendą komiksowej branży i twórcą niezwykle cenionym, chociaż również dość kontrowersyjnym. W swoich dziełach pozwala sobie na wiele swobody, naginając utarte schematy, wznosząc komiks na wyższy poziom artystyczny. Jak to w takich przypadkach bywa, nie zawsze spotyka się to z ciepłym przyjęciem krytyków. Tak jak Christopher Nolan w swoich filmach nie jest łaskawy dla widza i zmusza go do myślenia i rozwijania samemu przedstawionej historii, Grant Morrison również nie ułatwia lektury czytelnikowi. Multiwersum jest tego świetnym przykładem – autor, mając ogromne doświadczenie podczas pracy przy innych projektach z uniwersum DC, postanowił zrobić coś wielkiego, wręcz niewyobrażalnego. Pochwycił się wizji wieloświatów obecnych chociażby w Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach i poszedł o krok dalej. A może i o wiele kroków dalej. 

Nie chcę nawet próbować sobie wyobrażać, jak wiele pracy twórczej Grant Morrison włożył w ukucie podwalin pod Multiwersum, ale jest on albo wspaniałym szaleńcem, albo zwariowanym geniuszem, że czegoś takiego dokonał. W tym zresztą leży sedno tego komiksu, co nakreśliłem już we wstępie – czy dzieło Morrisona możemy uznać za chaotyczny bełkot, który jest iluzją geniuszu, czy faktycznie rozmawiamy o niezwykle doprecyzowanej koncepcji wieloświatów, która wymaga od czytelnika znacznego zaangażowania. Bo to nie jest zwykły komiks o superbohaterach, w którym fabuła idzie jak po sznurku, co najwyżej przeplatana krótkimi i spodziewanymi retrospekcjami. Nie, jeśli sięgacie po Multiwersum, to musicie to robić ze świadomością, że to nie będzie szybka i spokojna przejażdżka. Ale chyba nie spodziewaliście się tego po Morrisonie, prawda?

Spróbujmy najpierw zrozumieć skalę, w jakiej Grant Morrison umieścił akcję swojego komiksu. My pojmujemy naszą rzeczywistość poprzez planetę, na której żyjemy, następnie przez Układ Słoneczny, galaktykę, Wszechświat. To ogromny, niewyobrażalny zakres przestrzeni, której nie rozumiemy. Idea wieloświatów polega na tym, że takich wszechświatów jest więcej. Ile? – zapytacie. Multiwersum oferuje skromną liczbę… 52 wszechświatów. Każdy z własną historią, własną ewolucją nie tylko rasy ludzkiej (bądź rasy inteligentnej – kto powiedział, że to musi być homo sapiens?), ale i superbohaterów. Jak się domyślacie, każdy z tych uniwersów wyglądają inaczej niż kanoniczna historia znana dotąd z komiksów DC. Niektórych możecie się już domyślić bez czytania komiksu, jak np. alternatywna rzeczywistość, w której np. Superman jest zły albo świat stał się kolebką życia wampirów i dotknęło to również superbohaterów. Ale jest też kilka innych, ciekawych pomysłów, które były dla mnie miłym zaskoczeniem.

Pomimo ogromnej ilości wieloświatów, nie zrażajcie się od razu – nie wszystkie wszechświaty dostały czas antenowy na kartach komiksu, ewentualnie zostały tylko wspomniane. Konstrukcja komiksu staje się na początku dość jasna – po zeszycie wprowadzającym nas w wielkie zagrożenie, które zmierza do wprowadzenia chaosu w Multiwersum, każdy kolejny rozgrywa się na innej Ziemi. Spaja je natomiast… inny komiks, który okazuje się przeklęty. Już tutaj Grant Morrison testuje czytelnika, zmuszając go do zastanowienia się nad tym, czym dzieło popkultury w zasadzie jest. I dalej robi się jeszcze dziwniej, bo skaczemy między alternatywnymi rzeczywistościami, które wprowadzają jeszcze więcej zamętu. Osobiście podczas lektury miałem wrażenie, że zaczynam rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, myślałem, że w końcu złapałem wizję Morrisona za kostki, po czym… okazało się, że jednak nie wiem, o co chodzi. Może to kwestia tego, że z uniwersum DC nie jestem zbyt mocno związany, czytałem raptem kilka komiksów, znając głównie kinowe hity. Wielu bohaterów było mi nieznanych i zastanawiałem się, czy są to wersje alternatywne popularnych postaci, czy zupełnie nowe, utworzone na potrzeby Multiwersum. Z każdym zeszytem, niestety, coraz mniej rozumiałem, o czym czytam.

Zatrzymam się jeszcze na samych zeszytach komiksu. To, co mi się podoba, to rozróżnienie każdego wszechświata poprzez warstwę graficzną. Każdy zeszyt był tworzony we współpracy z innymi rysownikami, przez co każdy również wygląda inaczej. Rysownicy różnią się przecież swoim własnym stylem, jak i wizją danego superbohatera. Przekrój różnych barw i kresek jest niebywały i chylę czoła przed ekipą, która to skleiła w całość. A należy zaznaczyć, że Grant Morrison do współpracy zaprosił wielu rysowników (lista jest ogromna, więc nie przytoczę tu wszystkich), wśród nich takie szychy jak Frank Quitely czym Jim Lee. W takich okolicznościach jest prawdopodobne, że nie każda wersja przypadnie Wam do gustu, ale Multiwersum można nazwać również wielką wirtuozerią pod kątem graficznym.

Ocena komiksu Granta Morrisona jest dla mnie wyjątkowo trudna. Z jednej strony przytłoczył mnie ogrom wieloświatów i sposobu, w jaki autor bezceremonialnie między nimi żongluje. Cenię sobie twórców, którzy nie wykładają wszystkiego jak krowie na miedzy, ale istnieje również w moim odczuciu granica, w której scenarzysta powinien umieć powiedzieć sobie: „stop”. Jeśli niniejszy komiks będzie kamieniem węgielnym pod wielką epopeję, którą szykuje DC Comics poprzez wykorzystanie wizji Morrisona z 52 światami, to historie opowiedziane w poszczególnych zeszytach mogą jeszcze zyskać drugie życie. Zwłaszcza że przez to fabularnie Multiwersum wydaje mi się zbyt chaotyczną opowieścią, w której jest wiele niedopowiedzianych wątków. Co prawda dowiadujemy się, że każdy ze światów stoi na granicy ogromnego zagrożenia i apokalipsy, ale powód, dla którego tak się dzieje, nie był dla mnie jasny. Żeby tego było mało, Grant Morrison nie ułatwił interpretacji swojego dzieła, burząc wszystko ostatnią stroną komiksu. Lektura Multiwersum nie była łatwą przeprawą, więc decydując się na ten komiks, musicie być świadomi, na co się piszecie. To wielki festiwal wirtuozerii Morrisona, którą albo pokochacie za brak ograniczeń w tworzeniu komiksu, albo pogubicie się w mnóstwie odniesień i nieszablonowej narracji.

Fot.: Egmont

Podobne wpisy:

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *