Opowiadania, które napisałem

Opowiadania, które przeczytałam – Jarek Westermark – „Opowiadania, które napisałem” [recenzja]

Opowiadania, w dodatku niedługie i tworzące zbiór niewielki, to niełatwa forma, za pomocą której  czytelnikom dogodzić graniczy czasami niemal z cudem. Czy zatem liczący sobie niewiele ponad 130 stron zbiór Opowiadania, które napisałem Jarka Westermarka ma szansę zadowolić tych, których uznać można za starych czytelniczych wyjadaczy krótkich form prozatorskich? Z tym zapewne będzie różnie, w zależności od gustów i guścików, ale Westermark na pewno nie ma się czego wstydzić, a niewielkie pomarańczowe dzieło dostarcza zarówno emocji, jak i satysfakcji.

Jarek Westermark to mężczyzna uzdolniony wszechstronnie, bo oprócz tego, że zajmuje się literaturą (pisząc nie tylko opowiadania, ale również wiersze), aktywnie działa także jako muzyk. Jakiś czas temu mogliście przeczytać u nas informację o debiutanckiej płycie zespołu Królduch, a to właśnie dla tego zespołu Westermark nie tylko pisze teksty, ale także jest w nim wokalistą i gra na harmonijce. Nazwa chcąc nie chcąc nawiązująca do utworu Juliusza Słowackiego, automatycznie kieruje nasze skojarzenia w stronę czegoś uduchowionego, w kierunku światów nie zawsze realnych i ku mocy, którą nie do końca jesteśmy w stanie zrozumieć. I choć Królduch to projekt więcej niż jednej osoby, to podobne motywy możemy odnaleźć w niektórych opowiadaniach Westermarka. Duch jako dusza, która nie znika po naszej śmierci, i błąka się tam, dokąd kierowaliśmy ją, nie zdając sobie z tego sprawy, za życia; duch, w którym drzemią prastare siły i mądrość przyrody; duch ludzki, który zawsze pragnie czegoś więcej, który dla dobra najbliższych zaskakuje sam siebie. Sporo tych duchów, choć nie zawsze dosłownych w Opowiadaniach, które napisałem.

Opowiadania, które przeczytałam, są różnorodne w podejmowanej tematyce, choć w niemal każdym wyczuć można pobrzmiewające pytania o sens istnienia, o przemijanie, miłość i nienazywalność rzeczy, podczas gdy człowiek tak bardzo pragnie nazywać wszystko po imieniu. Nawet, gdy poszczególne cząstki tego “wszystkiego” imienia nie mają. Opowiadania, które napisałem są niezwykle poetyckie, wiele z nich wynurza się z jakiejś delikatnej mgły, tworząc wrażenie oniryzmu, subtelności i ulotnego wrażenia. Z dużą dozą wyrozumiałości do świata i człowieka autor kreuje kolejne historie, nakreślając byty i pragnienia raz dobrze nam znane, realne i bezpieczne dla broniącego się przed metafizyką umysłu, raz prowadząc nas w te zakamarki, w których rządzi niewiedza, domysły, niedopowiedzenia i cichy zachwyt, przypisany wyłącznie temu, czego wytłumaczyć nie potrafimy, a więc o czym snuć możemy gawędy jednocześnie niestworzone i realne, wiarygodne i niewiarygodne. Opowiadania, które napisałem, a które przeczytałam, podzielić można dość umownie na dwie kategorie. Pierwszą z nich będą opowiadania nie do końca dziejące się w świecie, jaki znamy lub jaki przyjmujemy za prawdziwy, drugą kategorię wypełniają historie, można powiedzieć, zwyczajne, choć nie znaczy to wcale, że nudne.

Zbiór otwiera opowiadanie Nędzna garść piór, którego bohaterami są ptaki, a cały świat przedstawiony to właśnie świat ptasi, pełen piór i dziobów. U Westermarka ptaki nie tylko logicznie myślą, a ich personifikacja doszła do tego stopnia, że przejęły również ludzkie cechy takie jak zawiść, zazdrość, pragnienie zemsty czy empatia bądź jej brak będący wynikiem wyboru, ale także dochodzi u nich do poważnej zbrodni. Mało tego, zbrodni, którą pewne ptasie środowiska (przeklęte niech będą sikorki!) próbują za wszelką cenę zatuszować, a przynajmniej zatuszować jej prawdziwe oblicze. Pan detektyw Krakacz jest jednak odpowiednim ptakiem w odpowiednim gnieździe i całe szczęście, że to on prowadzi śledztwo. To, co w opowiadaniu Nędzna garść piór zwraca uwagę najbardziej, to fakt, że mimo całej nierealności i absurdu, jakim jest ten niezwykle ludzki ptasi świat, czytelnik nawet przez jedną chwilę nie ma poczucia groteski ani śmieszności. Opowiadanie jest utrzymane w poważnym tonie, a co więcej, dotyczy spraw niezwykle nam bliskich. Z tych historii, które nie do końca dzieją się w znanym nam wymiarze i czasoprzestrzeni, wymienić należy jeszcze Dobrą wiarę, Trzciny, Przysługę Więźnia. Problem może pojawić się przy klasyfikacji do którejś z grup opowiadania zatytułowanego Majka, które opowiada o bliżej nieokreślonej przyszłości, kiedy zwierzęta domowe zostały zakazane, a pewna firma zbiła na tym fortunę, produkując MajKota, zabawkę do złudzenia – tak wyglądem jak i zachowaniem – przypominającą prawdziwego kota.

Wśród opowiadań, które dzieją się w świecie odartym z nadrealności i czegokolwiek niewiarygodnego, pozostają natomiast: Wuj weselny, Laska w bieli, Wielka ucieczka Mandat, Zatoki Adriana. To ostatnie zresztą jest w moim odczuciu najsłabsze, w pewien sposób niedokończone… zatkane? A może nie do końca drożne? Do faworytów z tej kategorii zaliczam natomiast Wuja weselnego Wielką ucieczkę. Pierwszy tekst opowiada o pewnym mężczyźnie, którego zna każdy, kto choć raz był na porządnym, tradycyjnym polskim weselu. I w zasadzie gdyby nie zakończenie opowiadania, a w efekcie cały jego koncept, nie zwróciłabym na nie szczególnej uwagi – ot, zgrabnie napisana opowiastka o niczym konkretnym. Ale finał satysfakcjonuje i sprawia, że w gruncie rzeczy Wuj weselny to opowiadanie przerażające, które nie tylko mówi o naszej przemijalności i towarzyszącej jej starości, ale przede wszystkim świetnie obrazuje coś, co tak wspaniale ujął w jednym ze swych wierszy (Heinrich von Kleist pisze a potem drze na strzępy list do Wilhelminy von Zenge z tomu Dobra ziemia dla murarzy) Jacek Podsiadło, za którym cytuję:

Los upodabnia nas do tych, którymi gardzimy.

Świetna jest także wspomniana już Wielka ucieczka, która podkreśla to, co już wiemy, ale czego wciąż do siebie nie dopuszczamy – że najgorsze potwory, strachy, strzygi i topielce to nasze własne myśli czające się w głowie, niepozwalające spać i niepozwalające żyć. Reszta to tylko zmyślna przykrywka codzienności – dla niektórych najstraszniejszej ze zmor. Wracając do opowiadań nie do końca realnych – muszę wspomnieć jeszcze w kilku zdaniach o Przysłudze. Tę historię Jarek Westermark snuje niespodziewanie spokojnie, płynnie i niemal w rytmie kołysanki, pełno w niej ptaków, drzew, powietrza, słońca i… życia, czyli tego, czego właściwie jest w niej jednocześnie najmniej. Na swój sposób jest to opowiadanie piękne, zarówno pod względem stylu – co tyczy się zresztą wszystkich opowiadań, bo autor przędzie je w niezwykle wysublimowany, ale jednocześnie  twardy i prostolinijny sposób, momentami wręcz romantyczny – jak i treści. Zachodzi nawet połączenie światów z tego opowiadania i tekstu Dobra wiara. Widać nie po raz pierwszy, że twórcy nie są obce tematy takie jak śmierć, przemijalność i zastanawianie się nad tym, czy coś, i jeśli tak to co, czeka na nas po drugiej stronie.

Opowiadania, które napisałem to jak na tak nieznanego w literackim świecie twórcę, jak na debiut, bardzo dobry zbiór opowiadań, który z ręką na sercu mogę polecić i zachęcić do jego przeczytania. Tchnie z tych historii jakaś romantyczność, ale i dyscyplina, widać wyczulenie autora na ludzkie emocje i nawet te najbardziej subtelne stany, których sami się nieraz wstydzimy, jak niezręczność czy zażenowanie, co świetnie widać w opowiadaniu Mandat. Opowiadania, które przeczytałam to ciekawe tematycznie i wciągające stylistycznie światy, w których – tak jak w Wielkiej ucieczce – roi się od zwykłych ludzkich lęków, nawet jeśli czasami przykrywa je niezwykła opowieść.

Fot.: Wydawnictwo Nisza

 

Opowiadania, które napisałem

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.