egzorcyzmy księdza wojciecha

Samotność i morze smutku – Krzysztof Varga – „Egzorcyzmy księdza Wojciecha” [recenzja]

Boże, ileż smutku jest w książce Egzorcyzmy księdza Wojciecha… Smutek wlewa się w duszę coraz nachalniej, a z każdym kolejnym opowiadaniem robi się coraz bardziej smutno. Uprzedzając pytania: opowiadań jest dziesięć. Tak po prawdzie, zakończenie dziesiątego jest trochę na granicy uśmiechu, ale i tak chodzę do dziś z obolałą duszą. Właściwie nie ma się co dziwić – Varga to nie Wardęga, a Vargowski bohater to nie rozkoszny pies w stroju pająka, co przyprawia ludzi o zawał. Vargowski bohater prędzej sam zejdzie na zawał i nikogo to nawet nie obejdzie. 

Powiedzieć, że bohater jest jeden, tylko w dziesięciu odsłonach – wcale nie byłoby przesadą. Dojmujące poczucie samotności i niezrozumienia – ten wspólny mianownik dla Vargowskich historii został przerobiony na dziesięć różnych sposobów. Przy każdej historii wzdychamy i z zaniepokojeniem dokonujemy przeglądu własnego życia. Ewentualne podobieństwo wypieramy. Tymczasem fikcja literacka wcale nie jest jakimś odległym, niepodobnym do rzeczywistości tworem, tylko czymś, co drąży w nas egzystencjalną dziurę. I wywołuje chęć ucieczki na słoneczne Karaiby, gdzie z pewnością nikomu nie przydarza się coś tak poniżającego jak samotność i niezrozumienie. A jeśli się przydarza, to nie ma to żadnego znaczenia wobec błękitnej laguny, bezchmurnego nieba i drinków z palemką.

Mam trochę żal do Autora. Nie mógłby Autor po staremu, jak w swoich dłuższych formach literackich, więcej pozabawiać się polszczyzną, a mniej depresyjną wizją świata? W Trocinach czy Tequilli ten świat przedstawiony wcale nie jest jakiś karaibski, a i tak lektura dostarcza mnóstwo przyjemności. Gdybym chciała ponapawać się smutkiem i sięgnąć po depresyjnego Kafkę, to… sięgnęłabym po Kafkę. A tu proszę, w Egzorcyzmach wyłożona została kawka na ławkę – gorzka, trudna do przełknięcia kawa na posępną, szarą ławkę gdzieś w Warszawie. Czy innych Mąciwodach.

Czy Varga pije do Kafki?

Chyba pije. Może nieświadomie. Najmocniej poczułam podobieństwo w Manuskrypcie Wojnicza, który na domiar złego zaczyna się słowami z Ziemi jałowej T.S. Eliota – że najokrutniejszy miesiąc to kwiecień, że wywodzi z nieżywej ziemi łodygi bzu, że miesza pamięć i pożądanie, że wiosennym deszczem podnieca ospałe korzenie. Te słowa powtarza sobie Malwina. Malwina poza koleżanką z pracy, Beatą, nie ma znajomych. Żeby zaznaczyć swoją obecność we wszechświecie, jest bardzo aktywna na Facebooku. Ale na beznadzieję i pustkę nawet FaceBÓG nie pomoże. Posty giną pośród miliona innych wpisów. I nie tylko posty.

Swoją drogą, Varga zaszyfrował związek treści opowiadania z tajemniczym manuskryptem Voynicha. Nie umiem tego związku rozgryźć, chyba że – jak w jednej z teorii – zarówno w rękopisie, jak i w tytule opowiadania, nie ma nic do rozgryzania.

Śmierć VS samotność

Stałym motywem przewijającym się w Egzorcyzmach jest śmierć. Choć moim zdaniem, w zestawieniu z tym, co bohater przeżywa za życia – czyli całym spektrum poniżeń, poczucia beznadziei, bezsensu i życiowej przegranej – śmierć to akurat pikuś. A są tu śmierci na rozliczne sposoby: w wyniku wypadku, choroby, przepracowania, pobicia, samobójstwa, a nawet linczu. Jakimś dziwnym trafem ze śmiercią nie ma do czynienia tylko bohater ostatniej historii – ksiądz Wojciech.

Co sprawia, że lubimy każdą postać z tej galerii przegrywów? Ha! W tym rzecz, że ich nie da się lubić. Wszyscy mają swoje wstydliwe sekrety, małe obrzydliwostki. Wszyscy są aspołeczni i niedopasowani. To nie są sympatyczne osoby do kolegowania się i spotykania przy piwku czy kawie. Oni wszyscy po prostu nie przeszli próby życia. Więc Varga poddaje ich próbie śmierci. I większość ją przechodzi.

Najpiękniej według mnie zbudowano postać wróżbity Błażeja. Wróżbita Błażej pięknie przegrywa swoje życie, prowadząc swój program w telewizji ezoterycznej. Pięknie przemawia do widzów, nie zdradzając się ani trochę ze swoim zdenerwowaniem i pogardą do całego ezobiznesu. A najpiękniej to szachuje go jego własny organizm. To nawet nie jest pat. To szach-mat.

Egzystencjalizm pełną gębą, czyli trochę Camusa

Wyobrażacie sobie Dżumę w Polsce? Spróbujmy… W Warszawie w ekspresowym tempie zwiększa się liczba zakażonych dziwną odmianą grypy. Objawy są niepokojące, jest już kilka ofiar śmiertelnych. Ale zamiast doktora Rieux o niezachwianym kręgosłupie moralnym, mamy studenta Jakuba Szelę. Płonąc gorączką i świętym gniewem, Szela wymierza karę winnym epidemii.

Kocia grypa to moja ulubiona historia w Egzorcyzmach. Chora, toksyczna aura, budowane z absurdalnym rozmachem napięcie i przerażąjąco groteskowy finał… Aż zadajesz sobie pytanie – co zastaniemy, gdy gorączka opadnie?

Vargometr

Mam wrażenie, że wystąpił u mnie przerost smutku nad formą i treścią. Obiektywnie to pewnie nic aż tak strasznego. Ot, trochę przygnębiający obraz współczesności i tyle. No właśnie. Może smutek urodził się w bólach jako reakcja na prawdziwe zjawiska z własnego podwórka. W jednej książce mamy toksyczne relacje rodzinne, destrukcyjne uzależnienia, zakłamanie w Kościele, niezdrowe fascynacje seksualne. Vargometr taki, co pokazuje rzeczy, które strasznie człowieka niszczą. Na szczególną uwagę zasługuje tu opowiadanie Gumowa bransoletka. Demaskuje całkiem nowe zjawisko – odwrotność ułomności i słabości, czyli modę na wellness. „Moda” to za mało powiedziane. Idea zdrowia i piękna staje się w korporacjach wręcz narzędziem kontroli. Daje się karnety na siłownię, poniża nieatrakcyjnych, przygrubych pracowników, tępi nałogi, a za cel pokazuje zdrowe, wysportowane ciało. Temat do przemyślenia.

Fot.: Wielka Litera

 

egzorcyzmy księdza wojciecha

Write a Review

Opublikowane przez

Iwona Mózgowiec

Próbuje z różnym skutkiem zapracować na swoje nazwisko. Póki co, traktuje je jak przewrotny żart. Umie czytać i pisać. Z rachowaniem gorzej.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.