Szału mniej niż zwykle – red. George R. R. Martin – „Szalejący dżokerzy” [recenzja]

George R. R. Martin i spółka swego czasu zaszaleli z Dzikimi Kartami – z eksperymentalnego pomysłu powstała trylogia, która następnie przerodziła się w pokaźną już serię. Jak możemy dowiedzieć się z posłowia, pierwotny trójksiąg był pieczołowicie zaplanowany tak, aby zwieńczyć historię z sensem, więc tomy Dzikie kartyWieża Asów były tworzone z myślą o tym, jak ma się zakończyć historia w Szalejących dżokerach. I to rzeczywiście widać, zwłaszcza między tomem drugim a trzecim, które są ze sobą ściśle powiązane (jak pisałem w poprzednich recenzjach, otwierająca serię książka była raptem prologiem, wprowadzeniem w świat asów i dżokerów). W zwieńczeniu trylogii nie brak więc prób eskalacji napięcia, dokonywania trudnych wyborów oraz kilku strat – z niektórymi bohaterami trzeba się będzie pożegnać. Ale nie brak też wrażenia, że balonik emocji pękł już znacznie wcześniej.

Jeśli czytaliście Wieżę Asów, to wiecie, że Astronom został pobity przez grupę asów w momencie, gdy na Ziemię napierało zagrożenie z innej galaktyki – tajemniczy Rój, który bezmyślnie wręcz niszczył życie na napotkanych planetach. Nie różni się to zbytnio od fabuły komiksu o superbohaterach (co akurat nie powinno dziwić), ale zespół redakcyjny miał tę przewagę, że świat asów i dżokerów umieścił w namacalnej rzeczywistości, która ma również swoje polityczne, kulturalne i obyczajowe aspekty. Szalejący dżokerzy to właściwie kontynuacja zmagań z Astronomem, który pomimo upadku nie poddaje się – skoro nie było mu dane rządzenie światem, to pozostaje mu posmak zemsty (typowy objaw szaleńców). Jego plan jest prosty – zabić asów, którzy zniszczyli jego marzenia o potędze. W niebezpieczeństwie znaleźli się więc Tachion, Fortunato, Lilia Wodna, Żółw oraz kilku innych pomniejszych bohaterów, zaś na usługach starego maniaka pozostali między innymi Zgon i Ruletka, którzy odegrają niebagatelną rolę w tej powieści. Ano tak, powieści – autorzy zrezygnowali z kompilacji opowiadań na rzecz wartkiej narracji, w której akcja co chwila przeskakuje między bohaterami. Ma to swoje zalety i wady.

Szalejący dżokerzy to 24 godziny wielkiego Święta Dzikiej Karty – wspomnienie 15 września 1946 roku, kiedy to świat zmienił się nie do poznania przy udziale wirusa stworzonego przez doktora Tachiona. Zamieszanie na ulicach Nowego Jorku czterdzieści lat po tym wydarzeniu to świetny moment na atak, a cały festiwal kolorowych postaci przekłada się również na strukturę powieści. Każdy rozdział to kolejna godzina pamiętnego dnia, na które składają się dosłownie kilkustronicowe podrozdziały, które raz za razem zmieniają perspektywę zgodnie z położeniem głównych postaci. Jest ich od groma, więc z początku miałem wielkie trudności w połapaniu się, co się tak naprawdę dzieje – niektóre z nich dotychczas nie były ważnymi bohaterami, więc w pierwszej kolejności musiałem przypomnieć sobie, kim oni są (dzięki, Wikipedio!). Okazało się, że Zjawa i Trampula wcześniej już się przewinęły przez Dzikie karty, a teraz ich udział jest znacznie większy – ta pierwsza właściwie rozpoczęła całe zamieszanie z tajemniczymi książkami Kiena – jest to drugi wątek główny, ale o nim więcej później – przez co problemy później mieli inni bohaterowie. Ten wątek nie fascynował mnie do czasu, kiedy na scenę wkroczyli starzy wyjadacze w postaci Fortunata, Hirama „Grubasa” Worchestera oraz mniej eksploatowanego, ale bardzo intrygującego Jaya „Rzutnika” Ackroyda. Można więc powiedzieć, że im głębiej wkroczyłem w Szalejących dżokerów, tym mniejsze miałem opory i powody do marudzenia.

Tych by się znalazło jeszcze kilka – chociażby dlatego, że konfrontacja z Astronomem czasami przybierała absurdalne rozmiary, gdy ten zdawał się już być pokonany, ale jakimś cudem odzyskał siły. I finał mógłby być rozczarowujący, gdyby nie mistrzowskie poprowadzenie postaci Fortunata i jego nagła, wewnętrzna przemiana, która rokuje całkowitą odmianę bohatera w kolejnych częściach. Wspominany już wątek dzienników Kiena przybrał wręcz komiczny wymiar w momencie, gdy już prawie połowa głównych bohaterów Szalejących dżokerów miała z nimi styczność – a jego wynik to jedna wielka farsa, tak jakby ta historia miała tylko odciągać uwagę od Astronoma. George R. R. Martin i jego podopieczni zdecydowali się też na uśmiercenie kilku postaci, jednak poza jedną, bardzo kontrowersyjną śmiercią, nikt kluczowy dla Dzikich kart nie zginął – a chyba też tego byśmy oczekiwali po mistrzu likwidowania bohaterów i zamknięciu pewnej historii. Smutno mi było również, że niektórzy asowie, wcześniej istotni dla fabuły, w Szalejących dżokerach zostali zmarginalizowani: mowa przede wszystkim o Żółwiu (chociaż jego nieobecność jest w pewien sposób usprawiedliwiona, ale umówmy się – było to bardzo naciągane rozwiązanie) oraz Kapitanie Tripsie, który przecież uratował tyłki wszystkim Ziemianom w Wieży Asów. A tutaj? Jest postacią, która wymienia kilka uścisków dłoni i nietrzeźwych zdań.

Według moich obliczeń wynika więc, że Szalejący dżokerzy to typowy średniak, który trudno pochwalić, jak i od góry do dołu zganić (chociaż to drugie zawsze przychodzi łatwiej, prawda?). Dzieje się tu dużo i po ustaleniu „kto jest kim?” czyta to się naprawdę przyjemnie, ale po odłożeniu książki rewelacji nie ma. Miałem wrażenie, że wątki można było skrócić tak, aby zamiast narastającego chaosu i irytacji, zmaksymalizować efekt celnym i silnym strzałem – wątek Astronoma był świetny, gdy ten polował na kolejnych asów i czynił spustoszenie w ich szeregach, ale gdy miało dojść do ostatecznej konfrontacji, odniosłem wrażenie, że jest on na siłę przeciągany (coś w stylu „zabili go i uciekł”. Dosłownie!). Jasnym punktem powieści są ponownie Fortunato i Tachion, którzy zresztą od samego początku mieli zadatki na wybitne postaci. Nie da się jednak ukryć, że dotychczas wydane na naszym rynku części z serii Dzikich kart miały już swoje lepsze momenty. Oby to był tylko chwilowy spadek formy.

Fot.: Zysk i S-ka

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.