Publicystyka,Ulubieńcy miesiąca

Ulubieńcy miesiąca: czerwiec 2019

czerwiec
czerwiec

Połowa 2019 roku już za nami. Uwierzycie? Nie mamy bladego pojęcia, kiedy ten czas umknął między palcami… Nie załamujemy jednak rąk – wszak pogoda dopisuje, niektórzy są wciąż przed urlopem! My jednak nie leniuchujemy i już śpieszymy z listą ulubionych dzieł popkultury mijającego miesiąca. Czerwiec okazał się dość zaskakujący, wypierając wszędobylskie seriale za sprawą… książek i gier komputerowych! 

Wymieniamy aż pięć gier, przy których zarwaliśmy noce i spędziliśmy setki godzin. Drugim najważniejszym umilaczem czasu wolnego były książki i komiksy – tych wymieniamy aż cztery. Dodatkowo znalazło się miejsce dla muzycznych odkryć festiwalowych, najnowszego sezonu Opowieści podręcznej i nowej płyty żywej legendy, jaką jest Bruce Springsteen. 

A Was co zachwyciło w ciągu ostatnich trzydziestu dni? 


Paweł Filipczyk

Kilka lat temu, po przeczytaniu świetnej Patience, zainteresowałem się twórczością Daniela Clowesa. Największą ciekawość wzbudził we mnie komiks Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza. No któż by nie chciał przeczytać tak zatytułowanego komiksu? Jasne, nie każdy by chciał. Ja chciałem, lecz skuteczną przeszkodą był fakt, że nakład Niczym aksamitna rękawica… już dawno się wyczerpał, a w drugim obiegu nie była i nie jest to pozycja ani szczególnie tania, ani przesadnie łatwa do zdobycia. Tymczasem niedawno odwiedziłem kolegę, który w pewnym momencie pokazał mi kupkę nieużywanych komiksów (w tym trzy Clowesa) znalezionych (!) na śmietniku (!!). Wyrzucanie książek to dosyć kontrowersyjny pomysł. Jeżeli nie potrzebujemy jakiegoś tytułu, to przecież możemy go sprzedać, komuś oddać lub zanieść do biblioteki. W opisywanym przeze mnie przypadku ktoś wyrzucił parę stówek, na dodatek niecałe 100 metrów od biblioteki…

Przejdźmy jednak do samego komiksu. Clay Laudermilk wybiera się do kina porno. Jednym z wyświetlanych tam filmów jest Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza – dziwny, pozbawiony scen seksu i bardzo niepokojący obraz. Gdy pod koniec filmu występująca w nim aktorka zdejmuje maskę, główny bohater rozpoznaje w niej swoją byłą dziewczynę, która opuściła go kiedyś bez słowa wyjaśnienia. Clay wyrusza w podróż w poszukiwaniu dawnej ukochanej. Po drodze spotyka całą plejadę osobliwych postaci i jest uczestnikiem zaskakujących, niecodziennych wydarzeń. Największy atut tego – odwołującego się do amerykańskiej popkultury lat 50. – komiksu to jego klimat: niepokojący, psychodeliczny, przywołujący skojarzenia z sennym koszmarem. Porównania do Davida Lyncha są tu całkiem na miejscu, choć w Rękawicy… jest jeszcze dziwniej niż w większości dzieł twórcy Zagubionej autostrady (wyłączając może Głowę do wycierania, trzeci sezon Twin Peaks i niektóre krótkometrażówki). Jeśli chodzi o rysunki, to nie należą one do porywających (jak to u Clowesa), ale nieźle współgrają z atmosferą historii, a Amerykanin całkiem przekonująco kreuje groteskowe, zdeformowane postaci.

Podsumujmy. Czego nie wiem? Nie wiem, o co chodzi (tak do końca to nikt nie wie), i nie wiem, czy to dobry komiks (aczkolwiek skłaniam się ku temu, że dobry). Co natomiast wiem? Niczym aksamitna rękawica… robi duże wrażenie i prawdopodobnie pozostaje w pamięci na długie lata. Wiem również, że warto było ten tytuł przeczytać i polecam go wszystkim gotowym na wyzwania czytelnikom komiksów.


Natalia Trzeja 

Od obejrzenia ostatniego odcinka drugiego sezonu Opowieści podręcznej minęło dość sporo czasu, ale dla zagorzałego (psycho)fana nawet miesięczna przerwa wydaje się być monstrualnie długa. Tak mniej więcej wyglądało to u mnie, na dodatek mój ból egzystencjalny wzmocniło TO, jak się ten sezon skończył. Wyobraź sobie, że przed tobą znajduje się ogromny pokój wypełniony po brzegi obrzydliwą ilością słodyczy różnego rodzaju. Od ciastek, żelków po torty, naleśniki i gofry. Wszystko to opatrzone ogromną ilością toffi, truskawek i bitej śmietany. Gdzieś tam w oddali słychać melodyjny plusk w fontannie z czekoladą. Ściany pokryte są watą cukrową. Meble posypane brązowym cukrem. A ty jesteś niewyobrażalnie głodny. Postanawiasz rozkoszować się tym widokiem, a całą ucztę zaczynasz od małego ciastka. Potem zamierzasz stopniowo napawać się tym, co natura dała. Jednak już po pierwszym kęsie wszystko znika (Zbrodnia! Nie wolno tak!), a ty nadal pozostajesz śmiertelnie głodny (To nie może być koniec, ok?), dodatkowo pojawiają się pierwsze objawy stanu depresyjnego (Kiedy kolejny sezon?!). To mniej więcej ja po zakończeniu tego sezonu.

W połowie czerwca swoją premierę miał sezon trzeci, co było dość skutecznym antydepresantem; zyskałam nowego kompana, z którym spędziłam ostatnie tygodnie czerwca i nawet sesję zdawało się jakoś lepiej (oglądając seriale po angielsku, też się przecież uczymy, czyż nie?). Moim (skromnym) zdaniem Opowieść podręcznej jest idealna pod każdym względem – nie tylko gra aktorska, (niesamowita!) scenografia czy ścieżka dźwiękowa, ale ośmielę się stwierdzić, że posiada najpiękniejsze zdjęcia w historii seriali czy nawet całej kinematografii. Każde osobne ujęcie może zyskać miano dzieła sztuki, a gdyby tak rozebrać cały sezon na pojedyncze ujęcia, stworzylibyśmy fantastyczną wystawę fotograficzną. I nie ma tu mowy o jednym czy nawet kilku tak dobrych odcinkach. KAŻDY sezon i KAŻDY odcinek jest zbiorem fenomenalnych kadrów, a moje poczucie estetyki za każdym razem czuje się spełnione. W czym ten sezon jest taki wyjątkowy? Mogłabym powiedzieć, że we wszystkim. Doskonale przedstawiona historia dramatu wielu kobiet, którym odebrano człowieczeństwo, które stały się żywymi przedmiotami, czyjąś własnością. Brak jakichkolwiek praw… w zamian za to otrzymują kolosalną ilość obowiązków i zakazów, których złamanie opatrzone jest jeszcze gorszą karą (przykładowo, podręczna złapana na czytaniu, traci palec, za drugim razem – całą dłoń). Jest to też historia ich walki; walki o wolność, miłość i rodzinę, ale przede wszystkim o siebie i swoje człowieczeństwo.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz oglądałam serial, gdzie po każdym (nie przesadzam; naprawdę KAŻDYM) odcinku wychodziłam z płaczem.

Co ci się stało?!

Nic takiego.

Przecież widzę.

Oglądałam Podręczną.


Wiktoria Ziegler 

Sezon wakacyjny nie oznacza wcale odcięcia się od erudycyjnych lektur. Na towarzyszkę letnich poranków i długich wieczorów wybieram Susan Sontag i jej zbiór esejów. Sontag to amerykańska eseistka, krytyczka zaliczana do twórców i teoretyków postmodernizmu, intelektualistka, wykładowczyni. Odważnie mówi o sztuce, jej współczesnym funkcjonowaniu oraz recepcji. Esej, który znajduje się w tytule – Przeciw interpretacji – niesie ze sobą pewien dysonans. Jak to mamy być przeciw interpretacji? Czy powinniśmy w ogóle nie interpretować dzieł sztuki? A czy nie właśnie tego nas uczono, począwszy od interpretacji wierszy i obrazów na lekcjach języka polskiego? Czy nasza wrodzona ludzka ciekawość potrafi się obejść bez dogłębnej analizy, później interpretacji?

Samo słowo ‘interpretacja’ oznaczało kiedyś (w łacinie antycznej) wykładanie tekstów prawnych, a następnie rozszerzono tę praktykę do Biblii i dzieł literackich. Sontag wyraźnie rozgranicza formę od treści dzieła, a interpretację uważa za skutek zbyt mocnego podkreślenia roli. Autorka staje się oskarżycielką ludzkiego pociągu do rozkładania dzieła sztuki na czynniki pierwsze. Interpretację nazywa niszczącymi wykopaliskami. To właśnie interpretacja sprawia, iż dzieło staje się posłuszne i uległe, następnie pojawia się pluralizm interpretacji jak np. w dziełach Kafki, interpretowano je na sposób społeczny, polityczny, psychoanalityczny czy religijny. Zbyt dogłębna interpretacja może rodzić rozczarowanie, a taka wątpliwa staje się gwałtem na sztuce. Co więc radzi nam Susan Sontag? Powinniśmy się delektować dziełami takimi, jakimi są, nie nadinterpretować. Wystarczy zachwyt.

Notatki o kampie to kolejny genialny esej, którym częstuje nas Sontag. Kamp to kategoria estetyczna, którą możemy utożsamiać z kiczem, złym gustem, wymową ironiczną, tzw. zła sztuka. Susan Sontag jako “przedstawicieli” tej estetyki ukazuje: King Konga, komiksy o Flashu Gordonie czy też elementy ubioru kobiet z latch 20. (suknie z frędzlami, piórkowe boa). Ponoć polskimi przedstawicielami kampu są Beata Tyszkiewicz (uznana za kampową hrabinę) oraz Piotr Rubik z oklaskami w tle. Co ciekawe, hasłem tegorocznej Met Gali (Jared Leto pojawił się tam jakoby z dwoma głowami) był właśnie kamp i, oczywiście, nawiązuje on do owego eseju Sontag.

Pozostałe eseje są równie frapujące i odświeżające spojrzenie na współczesną sztukę – esej poświęcony Kafce czy autorce antypowieści Nathalie Sarraute. Język Susan Sontag jest bardzo naturalny, ale nie prosty. Niektóre sformułowania dotyczące sztuki bywają pikantne, ale to właśnie za tę odwagę i naturalność językową cenię sobie bardzo Sontag. Nie zastanawiajcie się, jaką towarzyszkę wybrać sobie na letnie wieczory. Susan Sontag – oto ona!


Patryk Wolski 

Nie będę dzisiaj mówił o podniosłym wpływie kultury na moje życie emocjonalne, bo mój czerwcowy wybór to niski poziom kultury pop, która może służyć za przykład upadku naszego gatunku jako rozwiniętej cywilizacji. Mowa tu o produkcie, który skupia się tylko na jednym – totalnej rozwałce, sprawiającej nieposkromioną radość. To m.in. Doom sprawił, że gry komputerowe otrzymały łatkę przesadnie brutalnych, agresywnych “gierek”, które piorą mózgi młodzieży i zmieniają ich w psycholi. Na szczęście to tylko dumania znafców zapominających, że szaleńcy istnieli również przed grami komputerowy. A najnowszy Doom – tzn. nie ten, który wyjdzie dopiero w listopadzie tego roku – jest przepięknym hołdem dla staroszkolnych FPS-ów, w których liczyło się przede wszystkim zabójcze tempo rozgrywki i soczystość strzelania do niemilców. Produkcja z 2016 roku, chociaż nie podbiła rynku z impetem (nie wiadomo po co skupiono się głównie na promowaniu trybu multiplayer) przede wszystkim dlatego, że miała sensowną kampanię dla jednego gracza. Sensowną znaczy: pozbawioną bzdurnych niuansów nowego typu strzelanek, gdzie fabuła stara się konkurować z RPG-ami, a przegrywa już na pierwszych krokach opowieści. Nie, ten Doom ma dawać przede wszystkim graczowi radość z grania i faktycznie tworzy na twarzy automatycznego banana już po kilku chwilach z grą. Wciągnąłem się na tyle, że staram się realizować dodatkowe wyzwania, szukać sekretów na mapie – tego mi brakowało! Jedyne, o co się martwię, to pasek stanu zdrowia i amunicja w mojej wyrzutni rakiet. Grafika przy tym jest świetna, muzyka jeszcze lepsza, a jawne przytyki wobec konkurencyjnych FPS-ów – przepiękne. Gdy NPC kierująca gracza każe mu ostrożnie obchodzić się z jednym z generatorów, to nasza postać… po prostu rozwala go z kopa. Piękne! Gry jeszcze nie skończyłem – krótkie dawki działają najlepiej – ale po zapowiedziach Doom: Eternal i tego, że będzie w nim jeszcze więcej Dooma z 2016 roku… Ach ta kultura niższego sortu, taka piękna!

DOOM – Launch Trailer


Anna Sroka-Czyżewska

Dobry thriller psychologiczny i mrożący krew w żyłach kryminał to w obecnych czasach połączenie bardzo trudne do uzyskania, a nam, czytelnikom, równie trudno odnaleźć się wśród wielu nowości wydawniczych, oferujących podobne powieści, zazwyczaj w stylu takich, które przyniosły komercyjny sukces. Z tej przyczyny rzadko sięgam po ten gatunek, ale w czerwcu przyszła chwila, że chciałam przeczytać coś mocnego i mocno kryminalnego. Mój wybór padł na powieść Miejsce egzekucji Val McDermid. Nie jest to powieść nowa, bo wydana została po raz pierwszy w roku 1999 (W 2018 wydana przez Papierowy Księżyc), a więc sięga do czasów, kiedy kryminał był jeszcze mocno zaskakujący, a te powieści, które były wyjątkowo krwawe i przedstawiały tematy bulwersujące, na długi czas zapadały w pamięć czytelnikom. Konstrukcja Miejsca egzekucji, dla współczesnego i wyrobionego miłośnika kryminału, nie będzie niczym nowatorskim, ale należy pamiętać, że w roku 1999 takiego typu kryminał miał dużą dawkę oryginalności. Fabuła oparta jest na policyjnym śledztwie, które bada przypadek zaginięcia trzynastoletniej dziewczynki. Nietypowe jest właśnie to, że jest to jakby książka w książce, ponieważ połowę fabuły zajmuje wspomniane powyżej śledztwo, które zostało sfabularyzowane i spisane przez dziennikarkę Catherine Heathcote, po ponad trzydziestu latach wracająca do historii, którą pamięta doskonale z dzieciństwa – podobnie jak zaginiona Alison pochodzi z Derbyshire, a głośna sprawa położyła się cieniem na jej beztroskim dzieciństwie. Historia przedstawiona w powieści jest bardzo ciekawa, a samo śledztwo pokazane bardzo dokładnie, ale zarazem niezwykle interesująco. Jednak najbardziej podobał mi się klimat – akcja dzieje się w roku 1963 w odległej szkockiej wiosce, która jest bardzo odizolowana od reszty świata, a jej mieszkańcy skrywają niejeden sekret. To wszystko sprawiło, że lektura Miejsca egzekucji była dla mnie świeża i porywająca, a ja sama byłam zaskoczona toczącą się akcją i zakończeniem powieści.


Jakub Pożarowszczyk

Boss powrócił z premierowym materiałem i to w dodatku nie nagranym z The E Street Band. Już sam ten fakt powoduje, że Western Stars okazuje się płytą inną niż pozostałe w dorobku amerykańskiego singer-songwritera. No właśnie: singer-songwritera. Nowa płyta to nieśmiały powrót do akustycznej surowizny z czasów Nebraski, The Ghost of Tom Joad czy też Devils & Dust. Z drugiej strony Boss zapowiedział, że Western Stars to muzyczna podróż w czasie do czasów jego młodości. Do muzyki pop lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Więc absolutnie nie mamy tutaj amatorsko brzmiących ponurych songów rodem z Nebraski, tylko na Western Stars uświadczymy trzynastu doskonale wyprodukowanych, opartych często na akustycznym szkielecie piosenek, niejednokrotnie fantastycznie zaaranżowanych dzięki dźwiękom instrumentów smyczkowych.

Zatem to album, którego Springsteen jeszcze w swoim dorobku nie miał. Nie będę ukrywał, że potrzebowałem czasu, aby Western Stars mnie zauroczył. Dźwięki smyków w takim Hitch Hikin’ czy w The Wayfayer nie od razu wydawał mi się pasujący do szorstkiego głosu Bossa. No właśnie, z czasem naszła mnie ciekawa konstatacja, że pod względem wokalnym to najlepiej wyprodukowany album Amerykanina. Żeby było jasne, głos Springsteena absolutnie nie wydaje się komputerowo podrasowany czy coś w tym stylu. Absolutnie nie. Natomiast faktem jest, że wydaje się, iż Bruce wraz z producentem płyty spędzili sporo czasu nad wokalami, które wydają się faktycznie być nieco wygładzone, z drugiej strony dawno nie słyszałem Springsteena w tak doskonałej formie wokalnej.

Same kompozycje też są dopracowane w największym szczególe. Springsteen bardzo długo przygotowywał materiał na Western Stars i to słychać aż zanadto. Piosenki są dopieszczone, wypolerowane oraz brak w nich przypadkowych dźwięków a pod względem melodyczności oraz chwytliwości są majstersztykiem. Brakuje mi trochę obiektywizmu, bo kocham twórczość Springsteena ponad życie, ale na płycie nie ma absolutnie żadnego wypełniacza, słabego utworu. Każda z trzynastu kompozycji ma w sobie to coś, dzięki czemu zostaje na długo w pamięci.

No i teksty. Bruce postawił mocno w swoich lirykach na metaforyczność. Nie komentuje bezpośrednio tego, co się dzieje w amerykańskiej polityce, a wielu od niego tego wymaga, szczególnie że Ameryka ma prezydenta, jakiego ma. Natomiast opisuje w tekstach Amerykę, której już nie ma, więc spore pokłady nostalgii na płycie nie dziwią ani trochę. Sporo w tych tekstach odniesień do beatników – chociażby taki Hitch Hikin’ to apologia życia włóczęgi, który przemierza bezkresny obszar Stanów Zjednoczonych wzdłuż i wszerz. Czy dzisiaj takie wolne i beztroskie życie w USA jest możliwe? No właśnie… Springsteen ponadto gorzko rozprawia się z ideą amerykańskiego snu, nie pierwszy i nie ostatni raz w swojej twórczości, ale charakterystyczny jest tutaj utwór tytułowy, które wydaje się z lekka być nawet autobiograficzny, co potęguje sugestywny teledysk. Tucson Train za to daje do zrozumienia, że ucieczka jest dobrym sposobem na nowe życie. Bohater piosenki czeka na swoją ukochaną na stacji, tylko czy ona pochwala jego pomysł? Czy rzuci wszystko dla niego i przybędzie na stację, gdzie o 5:15 czeka na nich pociąg do Tucson? Rzecz jasna nie poznamy odpowiedzi. Cały Boss, słodko-gorzkie zakończenia w jego w opowieściach nie są niczym zaskakującym.

Podsumowując, Western Stars to wyciszony album, w którym Springsteen postanowił poczarować swoich fanów pięknym aranżacjami, melodiami i rzecz jasna tekstami, które jak zawsze są ważne i dotykające spraw fundamentalnych. Nowy album Bossa to dowód, że znajduje się on nadal w kapitalnej formie kompozytorskiej, co cieszy bardziej, bo jego w pełni rockowa płyta z The E Street Band jest anonsowana na przyszły rok. Nie mogę się doczekać.

Bruce Springsteen – Western Stars (Official Video)


Mateusz Norek

W zeszłym miesiącu zabrakło mnie w tekście o ulubieńcach, muszę więc nadrobić, przywołując na początek tytuł, który ukończyłem pod koniec maja, ale nie mogę o nim nie wspomnieć, zresztą wywołał on u mnie na tyle silne emocje, że bez problemu jestem w stanie je teraz odtworzyć. Co więcej, pojawił się on już w styczniowych ulubieńcach, kiedy pisał o nim Michał – mowa o niezależnej grze studia Ninja Theory – Hellblade: Senua’s Sacrifice. To bardzo osobista opowieść o celtyckiej wojowniczce, która dla swojego ukochanego udaje się do nordyckiej krainy umarłych. Jednak pierwsze skrzypce gra w tej historii choroba głównej bohaterki, która cierpi na psychozę. Przez całą grę towarzyszą nam kobiece głosy, które słyszy w swojej głowie Senua, i to, jak za ich pomocą budowana jest narracja, jest niesamowite. Wszystko zresztą jest tutaj stworzone z myślą o jak największej immersji i opowiadaniu fabuły, interfejs jest ograniczony do minimum, dramatyzm kolejnych przerywników nie pozwala oderwać się od monitora, a całość okraszona jest genialną ścieżką dźwiękową. To, co zrobiła Melina Juergens, wcielająca się w Senue, jako niezawodowa aktorka, jest nieprawdopodobne. Nawet sama rozgrywka, która zdaje się być tylko przerywnikami pomiędzy kolejnymi etapami opowieści, jest ciekawa i dobrze wykonana – walka jest mięsista i satysfakcjonująca, a zagadki środowiskowe ciekawe i bardzo fajnie nawiązujące do choroby i halucynacji głównej bohaterki. Zaskakująco dobrze w opowiadaną historię wpasowują się nordyckie mity, które etapami poznajemy. Wszystko to tworzy bardzo ambitną, niesamowicie klimatyczną, oniryczną i smutną opowieść, która zostaje w głowie na bardzo długo i która zmusza do przemyśleń. Nie jest to produkcja dla każdego i zdaję sobie sprawę, że część osób może uznać Hellblade za nudny symulator chodzenia, jednak ja życzyłbym sobie, by powstawało jak najwięcej tego typu dużych, artystycznych produkcji.

HELLBLADE – Official Final Trailer (2017)

Drugim ulubieńcem jest ogrywana obecnie przeze mnie produkcja, będąca moim pierwszym spotkaniem z japońskim studiem From Software – Sekiro: Shadows Die Twice. Niby wiedziałem, że tworzą oni gry trudne, ale chyba nie spodziewałem się, że pierwsze godziny w Sekiro będą aż taką chłostą. Przyznam szczerze, że miałem nawet poważny moment kryzysu, kiedy żałowałem zakupu i poważnie zastanawiałem się nad zrezygnowaniem z dalszej męczarni. Niemniej zacisnąłem zęby i po kilku kolejnych walkach w końcu nauczyłem się mechaniki walki w Sekiro. I o ile poziom trudności wcale nie zmalał, przyjemność z rozgrywki i duma z pokonywania kolejnych bossów trudna jest do opisania. W grze wcielamy się w japońskiego wojownika określanego jako shinobi, który musi uratować boskiego potomka, którego przysiągł chronić. W porównaniu do Hellblade tutaj trzonem rozgrywki jest walka i opowiadana historia schodzi na dalszy plan. Co absolutnie nie znaczy jednak, że nie jest ona ciekawa, wręcz przeciwnie – paradoksalnie, dzięki swojej enigmatyczności i skrawkowemu dawkowaniu, a japońska mitologia robi tutaj bardzo unikatowy klimat. Jednak Sekiro definiują starcia z przeciwnikami i to, jak dynamiczne, płynne i wymagające one są. Kluczem jest umiejętne zadawanie i parowanie ciosów, każdego przeciwnika trzeba wyczuć, by wpaść w jego rytm i wiedzieć, w którym momencie bronić się, a w którym zaatakować. Przy tym większość starć wymaga ciągłego nacierania na przeciwnika, bo w Sekiro ważniejszy od paska życia jest pasek postawy. Umiejętne parowanie i zadawanie cięć wypełnia pasek postawy wroga, by w końcu zachwiać jego równowagą na tyle, by możliwe było zadanie mu śmiertelnego ciosu. Trudno opisać ten model walki słowami, nie doświadczając go samemu, ale uwierzcie mi – jest to piękny i śmiercionośny taniec, sprawiający masę satysfakcji. Do tego gra wygląda przepięknie, a lokacje olśniewają wizualnie. Podobnie jak Hellblade, nie jest to produkcja dla każdego, bo mimo swojego nastawienia na rozrywkę, próg wejścia jest naprawdę wysoki i skierowany dla osób, które lubią wyzwania i są trochę masochistami. Mimo to absolutnie nie zdziwię się, jeśli sporo nagród trafi w growych podsumowaniach roku w ręce From Software.

Sekiro: Shadows Die Twice – Official Launch Trailer


Mateusz Cyra 

Zauważam u siebie pewną zależność – znacznie bardziej cenię te gry, które mają smutne fabuły. Dlatego też bardzo żywo pamiętam takie gry jak Alan Wake, Firewatch, Oxenfree, Wiedźmin 3: Dziki Gon, Life is Strange. Bo były cholernie smutne, a nawet jeśli nie dominował w nich smutek (Wiedźmin 3: Dziki Gon), to miały w sobie cholernie dużo ciężkich wyborów, gdzie najlepsze, co mogliśmy zrobić, to wybrać mniejsze zło. Dziś do powyższej listy gier dołącza tytuł, który towarzyszył mi niemal cały czerwiec, czyli The Banner Saga. Od strony rozgrywki nie ma tu może niczego ani nadzwyczajnego, ani nowatorskiego, ponieważ gra Stoic Studios to strategia turowa kładąca bardzo duży nacisk na rozwój fabularny. I właśnie warstwa gamingowa nie oferuje niczego nowego – poszczególne walki kojarzą się z Heroes of Might and Magic III oraz z turówkami w stylu X-COM. To bardzo przyjemne rozwiązanie, ale po kilku godzinach rozgrywki nie stanowi dla nas najmniejszego wyzwania. Jednak to nie walki są głównym powodem, dla którego The Banner Saga tak piekielnie wciąga. To przede wszystkim powolutku snuta opowieść bardzo mocno zakorzeniona w mitach nordyckich. Bogowie stworzyli i ukształtowali świat. Dali początek rasie ludzi oraz rasie varlów (rogatych olbrzymów). A potem… umarli. Następnie ludzie i varlowie zaczęli toczyć ze sobą wojny, do czasu, gdy ze szczelin północnych gór wyszły potężne kamienne istoty, zwane drążycielami. Aby ich pokonać, zwaśnione strony zawarły sojusz. Niedługo potem słońce się zatrzymało. I w tym momencie to my przejmujemy ster nad bohaterami i ich smutnym losem. Przyjdzie nam przemierzać nieprzystępne mroźne krainy wraz z myśliwym Rookiem, jego córką Alette i całą ocalałą wioską w poszukiwaniu spokojnego i wolnego od drążycieli miejsca do życia. Będzie to historia daleka od patetycznego heroizmu i spektakularnych walk – The Banner Saga pokaże za to podłą stronę człowieka, spiski, zdradę, zagrażający nieustannie głód, wycieńczenie i narastające złe emocje, takie jak strach, złość i desperacja. Wszystko to skąpane w cudownej oprawie audio-wizualnej. Muzyka Austina Wintory’ego rewelacyjnie buduje klimat zaszczucia, smutku i narastającej beznadziei, a rysunkowa grafika przywodzi na myśl najlepsze komiksy. I chociaż sama gra jest stosunkowo niedługa (ja ukończyłem w niecałe 11 godzin), zostaje w pamięci bardzo długo, pozostawiając w człowieku taki przyjemny rodzaj smutku. Jeden z tych potrzebnych, pozwalający docenić to, co się ma.

The Banner Saga Announcement Trailer


Małgosia Kilijanek

Ostatnio najwięcej w moich ulubieńcach kwestii muzycznych i póki co, podtrzymuję tę tradycję, miano ulubieńca czerwca przyznając festiwalowi muzycznemu, którym jest… Halfway Festival. To kameralne, białostockie wydarzenie o niepowtarzalnym klimacie. Mając okazję do uczestniczenia w większości polskich festiwali, jestem w stanie przyznać, iż wyróżnia się on na tle pozostałych. Jak w latach poprzednich informowali organizatorzy: To festiwal dla osób, które lubią poszukiwać – ambitnych, ciekawych i świadomych odbiorców kultury. Podczas trzech ostatnich edycji odnosiłam to samo wrażenie: na widowni nie zasiadają przypadkowe osoby. W zróżnicowanym line-upie nie pojawiają się mainstreamowe zespoły (a na pewno nie uważane za takie w Polsce), ale zapewniają pełne emocji występy, które potrafią na długo zapaść w pamięć. Co istotne, w Operze i Filharmonii Podlaskiej granice między artystami a publicznością zanikają – dzieli ich najwyżej kilka metrów. Są jednak i takie chwile, podczas których dystans po prostu istnieć przestaje, a istotny dla takiej interakcji jest też brak barier oraz barierek. O tegorocznej edycji napisałam już obszerniejszy tekst, który znajdziecie TUTAJ, a w Ulubieńcach przedstawię Wam moje cztery muzyczne typy, którymi chciałabym się podzielić. Nie są to artyści najlepsi czy wyróżniający się na tle innych, ponieważ na Halfwayu każdy zasługuje na tytuł headlinera, ale tacy, którzy jako pierwsi przychodzą mi do głowy na myśl o wydarzeniu ostatniego weekendu czerwca.

FOXING – indie-rockowy zespół amerykański z St. Louis w stanie Missouri i piątka artystów zarażająca energią wszystkich obecnych w amfiteatrze. Mistrzowskiemu głosowi Conora Murphy’ego towarzyszyły na białostoskiej scenie trzy gitary i perkusja, a końcówka koncertu obfitowała w zgromadzenie się tańczących festiwalowiczów pod sceną. Wydany w 2018 roku krążek Nearer My God, a dokładnie jego synth-rockowe brzmienia przyrównane zostały w Pitchforku do muzyki M83 oraz The 1975.

FOXING – "Heartbeats" (official video)

My Brightest Diamond – czyli Shara Nova (do 2016 roku nosząca nazwisko byłego męża – Worden) zaskoczyła wszystkich obecnych na widowni swoim wejściem na scenę; pojawiła się najpierw w bramie dla przybyłych na koncert, by omijając miejsca siedzące, dostać się na scenę. Do Białegostoku przyjechała tylko z perkusistą, ale stworzyła najbardziej żywiołowy i ekspresyjny koncert wieczoru. Na ostatnim albumie A Million and One śpiewa o dążeniu do indywidualności, poszukiwań głębszego związku ze swoim ciałem, innymi ludźmi i naturą.

These New Puritans – postpunkowcy z Wysp Brytyjskich będący bliźniakami, którzy opisują swój projekt jako muzykę, którą nie jest łatwo skategoryzować. W mrocznej, koncertowej atmosferze fantastycznie wybrzmiewał brytyjski akcent, a ascetyczny image wokalisty przypominał styl Dave’a Gahana. Grupie wyjątkowości dodaje fakt, iż utwory opiera na rytmie, a nie na melodii. W Białymstoku wybrzmiało najwięcej materiału z wydanego w marcu albumu Inside The Rose, jak choćby Infinity Vibraphones czy Where the Trees Are on Fire.

These New Puritans – Infinity Vibraphones (Official Audio)

Alice Phoebe Lou – urodzona w 1993 roku i pochodząca z RPA artystka o niebywałym głosie oraz zdolnościach wokalnych. Skacząca w koronkowym body z gitarą, poinformowała, że zaprezentuje w Białymstoku dużo nowych rzeczy, z nowego albumu, ponieważ jest to dla niej świeże. Po uczynieniu wyjątku i wykonaniu starszej piosenki, Girl On An Island, podsumowała ją, opowiadając, że artysta na scenie zawsze chce być perfekcyjnym, a ona sama pomyliła się w grze na klawiszach, ale ludzie zareagowali na tę pomyłkę oklaskami. – To dobrze, takie zachowanie zmniejsza presję jaką na siebie nakładamy, powinniśmy być dla siebie dobrzy. Teksty Phoebe Lou mocno nawiązują do poszukiwania własnej tożsamości, szczególnie kobiecej. Zawierają treści o odnalezieniu własnej definicji piękna, lubieniu siebie i innych.

Alice Phoebe Lou – Skin Crawl (official video)


Sylwia Sekret

Tak sobie myślałam i myślałam nad tytułami, które mogłyby zyskać miano mojego ulubieńca czerwca i jakoś nic nie potrafiłam wymyślić. Aż w końcu mąż podszepnął: To może Overwatch? Oczywiście skwitowałam jego genialny pomysł teatralnym przewracaniem oczu, argumentując, że jaki to ulubieniec czerwca, skoro gram w to od dawna i w ogóle… Ale później pomyślałam, że cholera, trochę racji ten cały mąż ma. No bo tak: po pierwsze żadna książka, serial czy film mnie jakoś specjalnie w czerwcu nie porwały, a po drugie Overwatch uwielbiam już od dawna, a jakoś nigdy nie miałam okazji o nim napisać na łamach Głosu Kultury. Dodatkowo teraz, kiedy mam o wiele mniej czasu na granie (czasem jedynie z nostalgią zerkam w stronę konsoli), tym wyraźniej widzę, jak bardzo lubię spędzać czas przy tej grze. Nie będę się tu rozpisywać, bo i nie ma o czym. Overwatch to kolorowa strzelanka, w której chodzi o to, żeby mieć najlepsze zagranie meczu. No dobra, nie o to chodzi, ale dzięki temu zaczęłam w to w ogóle grać, bo mi się zamarzył mój nick na ekranie, pod koniec meczu. I owszem, wiele osób może sobie mówić, że ta gra umiera, że Blizzard się kończy, że to i tamto. I choć sama narzekam – a to na fatalny matchmaking w grach rankingowych, to na lenistwo Zamieci, która od dawna się nie stara i w grze nie pojawia się nic nowego… – to nadal uwielbiam siać zniszczenie D.vą i usypiać ultujących wrogów Aną. A co!


Fot.: Kultura Gniewu, HBO, Wydawnictwo Karakter, Bethesda, Papierowy Księżyc, Sony/Columbia, Ninja Theory, From Software , Stoic Studios , Halfway Festival, Blizzard