Filmy,Oscary 2019,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Gdyby ulica Beale umiała mówić” [OSCARY 2019]

gdyby ulica beale umiała mówić
gdyby ulica beale umiała mówić

O czym powiedziałaby nam ulica Beale, gdyby umiała mówić? O tym każdy widz powinien przekonać się sam w kinie. Warto – chociażby z tego względu, że nawet, jeśli dzieło Barry’ego Jenkinsa nie zgarnie żadnego Oscara, to zapisze się w historii kina jako obraz, który otrzymał trzy nominacje do najważniejszej nagrody filmowej. A przecież większość filmów nie może pochwalić się takim osiągnięciem. Sylwia i Mateusz, którzy poniżej dyskutują o filmie, zdają sobie jednak sprawę z tego, że znajdzie się całkiem liczne grono odbiorców, do których ta produkcja nie trafi. Gdyby ulica Beale umiała mówić, choć może pochwalić się niesamowitą muzyką i cudownym klimatem, pozostaje nadal historią na granicy dramatu i romansu, w której najwięcej dzieje się na płaszczyźnie emocjonalnej, która o wielu sprawach opowiada półsłówkami i niedopowiedzeniami. Stąd zresztą to znamienne “jeśli” w tytule. Bo przecież koniec końców – ulice nie potrafią mówić. Dlatego czasami głos za nie zabierają pisarze, scenarzyści, reżyserzy. Gdyby jednak potrafiły – spłynęłyby po nich niesamowite historie, zarówno te szczęśliwe, jak i te tragiczne. Opowieść o Tish i Fonnym jest tylko jedną z wielu. Czy jest w stanie wyróżnić się czymkolwiek na tle podobnych, opowiedzianych przez X Muzę? Zapraszamy do lektury Wielogłosu.


WRAŻENIA OGÓLNE

Sylwia Sekret: Choć najnowsze dzieło Barry’ego Jenkinsa (twórcy nagrodzonego Oscarem Moonlight) nie zostało sklasyfikowane jako melodramat, ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że reprezentantem właśnie tego gatunku jest film Gdyby ulica Beale umiała mówić. I tak postrzegany będzie chyba zajmował w moim sercu miejsce wyjątkowe, bo trudno o melodramat, który nie ociera się o kicz, tandetę i banał. Tymczasem obraz Jeniknsa jest niesamowicie subtelny, ma niepowtarzalny urok i klimat, a o miłości opowiada w taki sposób, że nie czujemy się nią atakowani z każdej strony. Twórcy nie muszą nas o niej przekonywać – wystarczy że opowiadają nam jej historię. I choć po pierwszych 15 minutach seansu byłam pewna, że film uznam za przeciętny, a nominacji Oscarowych nie zrozumiem, to poza wyróżnieniem dla aktorki drugoplanowej, musiałam w miarę upływu czasu zmienić zdanie, a ten ni to dramat, ni to romans ostatecznie mnie zauroczył.

Mateusz Cyra: Ja z kolei nastawiałem się na dobry film, ale kompletnie nie potrafię uzasadnić, dlaczego tkwiło we mnie takie przekonanie. Zwiastun nie należy do jakichś wybitnych, opis dystrybutora też jakoś specjalnie nie zachwyca, ale mimo to podskórnie czułem, że dzieło Jenkinsa do mnie trafi. I rzeczywiście – może nie jest to najlepsza produkcja z tegorocznej Oscarowej listy, ale z pewnością zawiera w sobie znacznie więcej uroku i jest opowiedziana znacznie lepiej niż potężne blockbustery, które zarobiły setki milionów dolarów, a scenariusz mają po prostu mizerny.

WADY I ZALETY FILMU

Sylwia: Niesamowity urok, subtelność, przepiękna muzyka w tle i przytulne, otulające widza oświetlenie – to niekwestionowane zalety tej produkcji. O miłości powinno się opowiadać właśnie w taki sposób – jeśli chcemy wkraczać w sferę melodramatów. Opowiedzieć o niezwykle dojrzałej miłości bardzo młodych przecież ludzi nie jest łatwo, jednak twórcom udało się uniknąć w zasadzie wszystkich pułapek. Wiem, że znajdą się odbiorcy, których film wynudzi – ale też nie jest to gatunek trafiający do każdego. Wszystko dzieje się tu bardzo powoli, klimat momentami jest wręcz senny. Oniryczność przerywają co prawda wątki dramatyczne, związane z oskarżeniem głównego bohatera o gwałt i wsadzeniem go do więzienia, a także z okolicznościami, jakie się z tym wiążą. Ukochana skazanego Fonny’ego, Tish, dowiaduje się bowiem, że jest z nim w ciąży. Malkontentom jednak może to nie wystarczyć.

Mateusz: Wszystko to, o czym wspominasz, to zdecydowane zalety także dla mnie. Kupiłem ten senny, nieśpieszny i momentami dusznawy klimat, po dziś dzień zachwycam się rewelacyjną muzyką (której chyba najbardziej w tym roku kibicuję w odniesieniu do Oscarów), a zarówno scenografia, jak i kwestie montażowe, są jak najbardziej na miejscu. Gdyby ulica Beale umiała mówić, poza wspomnianą już onirycznością, ma w sobie coś… specyficznego – niektóre rozmowy przybierają bardzo mroczny ton, przeradzając się z męskiej wymiany zdań w coś głębokiego, konspiracyjnego i strasznie trudnego do zdefiniowania, ściśle powiązanego z ludzkim niepokojem. To chyba rzecz, która ujęła mnie najmocniej, mimo że stanowi zaledwie ułamek tej produkcji. Czy jesteś w stanie wymienić jakieś wyraźne wady?

Sylwia: Powiem krótko: dla mnie film Gdyby ulica Beale umiała mówić nie ma większych wad, o których mogłabym szczerze opowiedzieć. Być może można było zrobić ten film jeszcze lepiej; być może jego największym minusem jest raczej wąska grupa odbiorców, która ostatecznie się w nim zakocha… Ale poza tym? Do mnie to dzieło po prostu przemawia i wiem, że kiedyś z chęcią do niego wrócę. Choć opowiada o totalnie innej miłości, to w jakimś stopniu przypomina mi jeden z moich ukochanych filmów, czyli Wielkie nadzieje z 1998 roku (z Gwyneth Paltrow i Ethanem Hawkiem w rolach głównych). Obydwa te filmy darzę ogromnym sentymentem, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę,  że nie są to filmy wybitne i na pewno nie zasługują na najwyższą notę. Ale cóż – również to jest w produkcjach filmowych piękne: nie muszą być idealne i nie muszą otrzymać uznania krytyków na całym świecie, by trafić do naszego serca

Mateusz: Chociaż film Jenkinsa nie oddziałuje na mnie w takim stopniu, jak na Ciebie – doskonale rozumiem, o czym opowiadasz, bo ja sam często oceniam bardzo wysoko produkcje, które zasługują na niższą ocenę, ale wygrywają u mnie w głównej mierze właśnie za sprawą dopasowania do mojego wnętrza oraz właśnie silnym oddziaływaniem emocjonalnym. Wracając natomiast do samego filmu – czy jestem w stanie wskazać jakieś wady? Nie do końca. Ujmę to jednak inaczej – Gdyby ulica Beale umiała mówić to film nie dla każdego. Nie wszyscy lubią opowieści subtelne, nieoczywiste, osadzone bardzo mocno w szarej rzeczywistości przeciętnego człowieka.

PROBLEMATYKA

Sylwia: Trzeba szczerze przyznać, że film Gdyby ulica Beale umiała mówić wpisuje się nieco w tę omawianą szeroko w kwestii Oscarów poprawność polityczną. Nie da się bowiem, przy omawianiu problematyki, nie wspomnieć faktu, że porusza temat nierówności rasowej i tego, że czarnoskórzy obywatele wiedli/wiodą o wiele trudniejsze życie. W końcu Fonny został skazany za gwałt wyłącznie dlatego, że wcześniej “uwziął się na niego” pewien policjant ewidentnie będący rasistą. Zresztą już kiedy zakochani w sobie główni bohaterowie – Fonny i Tish – szukają miejsca, w którym wspólnie mogliby zamieszkać, wielokrotnie spotykają się z odmową ze względu na kolor skóry. Jednak dzieło Jenkinsa to również przepiękna opowieść o miłości niezwykle dojrzałej, która wyrosła z wieloletniej przyjaźni. Fonny i Tish znają się od dziecka, wiedzą o sobie wszystko. Kiedy więc dopada ich miłość, nie trafia ich ona jak grom z nieba, nie jest kompletną niespodzianką. Możliwe, że w głębi duszy obydwoje wiedzieli o jej istnieniu od dawna. Dzięki temu, a także dzięki pewnej nieśmiałości i powadze Tish, łatwo uwierzyć w dojrzałość ich uczucia. Nie razi ono sztucznością. Gdyby ulica Beale umiała mówić to także opowieść o sile rodziny, która jednak – niestety – nie zawsze jest w stanie poradzić sobie ze wszystkimi przeciwnościami. O czym zapomniałam?

Mateusz: To, czego obawiam się w wypadku tego filmu, to jakaś taka ponura świadomość, że nie każdy “kupi” prezentowaną przez twórców miłość. Może w tym momencie będzie to z mojej strony trochę niesprawiedliwe wobec niektórych, ale jestem przekonany, że znajdą się tacy, którzy powiedzą, że uczucie łączące Fonny’ego i Tish jest… mało wiarygodne, bo jest zbyt dojrzałe, zbyt głębokie, zbyt “inne” jak na dwójkę młodych dorosłych. I nie pomoże argument, że znają się od dzieciństwa i ich relacja dojrzewała inaczej niż w innych przypadkach. Gdyby ulica Beale umiała mówić to także film o tym, o czym chcieliby mówić czarnoskórzy mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, gdyby wiedzieli, że nie będą musieli się swoich słów obawiać, oraz gdyby mieli pewność, że władza ich wysłucha. To w zasadzie nawet ważniejszy aspekt niż przytoczona już przez nas historia miłosna.

Nie można nie wspomnieć także o tym, że Jenkins nie boi się opowiadać o nadużyciach ze strony władz w odniesieniu do czarnoskórych mieszkańców oraz o metodach ich działania. Czasem nie liczy się rzeczywiste złapanie winnego. Ważniejsze od tego jest zapewnienie sobie odpowiednich słupków skuteczności oraz utwierdzanie społeczeństwa w tym, że czarnoskóry równa się ze słowem “zły”.

NAJLEPSZA SCENA

Sylwia: Przede wszystkim zaznaczyć trzeba jedno: film Barry’ego Jenkinsa obfituje w pięknie wizualnie sceny, które dopełnione zostają cudowną muzyką. Czy umiem jednak wskazać najlepszą? Bardzo podobała mi się jedna z pierwszych, kiedy ojciec Tish i jej siostra dowiadują się o ciąży dziewiętnastolatki. Jest w tej scenie wszystko, co spodziewałabym się zobaczyć, gdyby sytuacja ta miała wydarzyć się naprawdę. Obserwujemy bowiem niedowierzanie, szok, zwątpienie, niepewność związaną z tym, jakich uczuć i jakiej reakcji się od nas wymaga, ale w końcu również radość, zrozumienie i celebrację. W tym ujęciu uderza nas wręcz rodzinne ciepło i wsparcie, jakie Tish otrzymuje ze strony swoich najbliższych.

Bardzo podobała mi się również o wiele mniej emocjonalna scena, ale jedna z takich, które stanowią o uroku tego filmu, a mianowicie ta, w której Fonny wraz z właścicielem loftu, który chcą z Tish wynająć, udają, że wnoszą do mieszkania lodówkę. Nie wiem w zasadzie, co mnie tak w niej ujęło, ale moment ten zapadł mi w pamięć. A Twoja ulubiona scena?

Mateusz: Lubię sceny, o których opowiedziałaś, jednak – co zasugerowałem już wcześniej – dla mnie kwintesencją tego filmu jest zrozumienie tego, co próbuje zasugerować nam tytuł. Dlatego też za najlepszą scenę uważam dwie: barową rozmowę dwóch ojców, dyskutujących o przyszłości swoich dzieci, oraz długi, świetnie zagrany i dający do myślenia dialog przy piwie między Alonso a Danielem.

Sylwia: Masz całkowitą rację – są to nie tylko świetne sceny, ale jedne z ważniejszych, jeśli chodzi o ostateczny wydźwięk filmu.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Ciekawym posunięciem (pytanie tylko czy autora powieści, na podstawie której powstał film, czy samego Barry’ego Jenkinsa) okazało się sprowadzenie dwojga głównych bohaterów do postaci – a przynajmniej w aspekcie psychologicznym – drugoplanowych. Nie wiem, czy Ty też, ale ja to właśnie tak odebrałam. Zarówno Tish, jak i Fonny, choć są najważniejszymi osobami w filmie, nie są w zasadzie zbyt interesujący dla widza – a przynajmniej nie osobno. Fonny to zaradny młody mężczyzna, który dla swojej ukochanej jest w stanie zrobić i poświęcić wszystko. Tish jest nieśmiałą dziewczyną, która jednak, gdy sytuacja tego wymaga, umie postawić na swoim. Jednak o wiele bardziej interesują nas oni jako para – dopiero we dwoje stanowią interesujący “twór”, zupełnie nowy byt, który spaja ich wszystkie cechy i tworzy nową dla filmu postać. Inaczej sprawa ma się z rodzicami – i jej, i jego. Na tle pary zakochanych, zarówno będąca fanatyczką religijną matka Fonny’ego, jak i mający dwa zupełnie inne oblicza jej mąż, prezentują się o wiele ciekawiej. Podobnie sprawa ma się z rodzicami Tish – emanującą mądrością i niesamowitym ciepłem Sharon Rivers i życzliwym, momentami nieporadnym, a jednocześnie sprawiającym wrażenie zdecydowanego i niezwykle męskiego, Josephem Riversem. Zakładam, że to właśnie o którejś z postaci drugoplanowych będziesz chciał powiedzieć coś więcej?

Mateusz: To prawda – mimo iż formalnie zarówno Tish jak i Alonso są bohaterami pierwszoplanowymi, to prawda jest taka, że Fonny’ego w filmie jest bardzo niewiele. Znacznie bardziej wyraziści są rodzice zakochanej dwójki. Jednak chciałbym powiedzieć kilka słów o bohaterze epizodycznym, występującym w zasadzie w retrospekcji. Daniel Carty to przyjaciel Alonsa Hunta z dzieciństwa. Panowie spotykają się przypadkiem w dniu, który będzie ostatnim dniem wolności Fonny’ego. Daniel mógłby zapewnić przyjacielowi niezbędne alibi, niestety – machinacje prawa działają na jego niekorzyść. Mężczyzna wyszedł kilka miesięcy temu z więzienia, będąc niesłusznie oskarżonym o kradzież. Nikogo nie interesowało to, że był niewinny stawianym zarzutom i – jak sam wspomina – może mówić o szczęściu, że dostał tylko dwa lata. Daniel jest niezwykle pesymistycznie nastawiony do otaczającego go świata, jednak nie sposób znaleźć powodu, dla którego mielibyśmy inaczej myśleć.

Z drugiej strony jest Joseph Rivers – ojciec głównej bohaterki. To mężczyzna poukładany, pewny siebie, doskonale zdający sobie sprawę ze swojego miejsca w trybach społecznej machiny i chyba dzięki tej świadomości potrafiący sobie poradzić lepiej niż inni.

AKTORSTWO

Sylwia: Bardzo podobała mi się rola KiKi Layne, która wcieliła się w dziewiętnastoletnią Tish. Jej rola była z jednej strony bardzo subtelna, z drugiej ewoluuje w trakcie filmu i było kilka scen, w których miała do zagrania dość skomplikowane i różnorodne emocje. Gdyby ulica Beale umiała mówić to – trzeba to podkreślić – film bardzo sensualny i wiele dzieje się tu na poziomie gestów, spojrzeń, intymnych ujęć kamery. Dla aktorów jest to o tyle trudne, że muszą dać z siebie o wiele więcej, ale w taki sposób, by widz zobaczył wbrew pozorom mniej, a resztę sobie dopowiedział lub wręcz poczuł. Myślę, że w tym aspekcie wszyscy aktorzy spisali się bardzo dobrze. Również wcielający się w Fonny’ego Stephan James zagrał poprawnie, choć uważam, że jako główny bohater nie miał do pokazania zbyt wiele – jego rola jest dość jednolita i statyczna. Świetnie wypadł z kolei Colman Domingo, czyli filmowy tata Tish. Jego postać nie była mocno rozpisana, ale aktor wycisnął z niej absolutnie wszystko. Chętnie zobaczę tego aktora w jakiejś większej roli. Jeśli natomiast chodzi o Reginę King, to choć doceniam pracę tej aktorki i uważam, że zagrała naprawdę dobrze, to kompletnie nie rozumiem nominacji do Oscara za najlepszą rolę drugoplanową. Nie było w jej pracy na planie nic, co kazałoby mi zgodzić się z Akademią.

Mateusz: Aktorstwo jest jednym z najmocniejszych punktów filmu. Tak jak wspomniałaś – to film przede wszystkim nastawiony na gesty, spojrzenia, dialogi. I wypadło to świetnie w wykonaniu każdego aktora. Naprawdę nie sposób wymienić kogokolwiek z obsady, kto zasługiwałby bardziej od pozostałych na wyróżnienie. Świetny był zarówno pierwszy plan, jak i aktorzy drugoplanowi. Gdyby ulica Beale umiała mówić to trudny emocjonalnie film, w którym należało udźwignąć szeroką paletę uczuciową, zwłaszcza tę mniej kolorową i pozytywną. Ponieważ poza ciepłem bijącym z uczucia młodych ludzi dojrzymy także ludzką bezradność, gniew wynikający z bezsilności, desperację rodziców, pragnących ulżyć swoim dzieciom oraz zniechęcenie czy bezbrzeżny pesymizm. Gdybym miał wskazać jednego aktora, który podobał mi się w filmie najbardziej, wskazałbym Colmana Domingo.

Sylwia: Czyli tutaj się zgadzamy!

KWESTIE TECHNICZNE

Sylwia: Cudowna, zespalająca się wręcz z fabułą, przepięknie dobrana muzyka. To chyba główne, co rzuca się w oczy (czy raczej w uszy), jeśli pojawia się temat kwestii technicznych filmu Jenkinsa. Warto jednak wspomnieć także o zdjęciach i oświetleniu – te dwa aspekty stworzyły niesamowicie przytulny, ciepły i intymny klimat produkcji. Dzięki temu czujemy niesamowitą więź Tish i Fonny’ego, to że częściej funkcjonują jako jeden byt. Również mocniej przemawia do nas za sprawą kwestii technicznych ciepło, jakie panuje w domu Tish i to, jak cała jej rodzina angażuje się w walkę o sprawiedliwość dla Fonny’ego.

Mateusz: Ścieżka dźwiękowa w wykonaniu Nicholasa Britella (autora muzyki do Vice, Big Short, czy Moonlight) to prawdopodobnie najlepszy dopełniacz filmowy na tegorocznej liście Oscarowych nominacji. Dźwięki płynące z głośników idealnie współgrają z emocjami bohaterów, ale to ten rodzaj muzyki, który będzie równie przyjemny także, gdy odseparujemy go od filmu.

OSCAROWE SZANSE

Sylwia: Gdyby ulica Beale umiała mówić to produkcja, która walczy o statuetkę w trzech kategoriach: Najlepsza muzyka oryginalna, Najlepszy scenariusz adaptowany i Najlepsza aktorka drugoplanowa. Z pozostałych nominowanych w tej ostatniej kategorii nie widziałam jedynie Mariny de Taviry (Roma), jednak zarówno Emma Stone, Rachel Weisz (Faworyta), jak i Amy Adams (Vice) wypadły o niebo lepiej od Reginy King, więc tu nie mam najmniejszych wątpliwości, że filmowa Sharon Rivers z nagrodą z Gali nie wyjdzie. Jeśli chodzi o scenariusz, to niestety nie miałam okazji zapoznać się z żadnym z pozostałych walczących, więc nie bardzo mogę wypowiedzieć się o konkurencji. Myślę jednak, że Gdyby ulica Beale umiała mówić nie ma zerowych szans na zwycięstwo. Co do muzyki… wydaje mi się, że to właśnie w tej kategorii film Jenkinsa ma największe szanse. Nie bez powodu przecież kilkukrotnie wspominaliśmy ten aspekt jako wyjątkową zaletę produkcji. A jakie są Twoje typowania?

Mateusz: Ja – mówiąc szczerze – kompletnie nie rozumiem ani nominacji, ani tego, że Regina King uważana jest za faworytkę w tym roku. Czemu? Za co? Nie była to w żadnym wypadku zła rola, ale prawda jest też taka, że aktorka nie miała do pokazania zbyt wiele, zwłaszcza w zestawieniu ze wspomnianymi już wcześniej przez Ciebie aktorkami z innych filmów. W tym momencie najbardziej życzyłbym sobie, żeby statuetkę odebrała Amy Adams, która ciągle kończy tylko i wyłącznie na nominacjach.

Kibicuję z całego serca Oscarowi za najlepszą muzykę. Nie śledziłem co prawda przedoscarowych analiz oraz typowań w tej kategorii i nie wiem, czy ścieżka dźwiękowa za jakiś inny film jest uznana za faworyta, ale w mój gust najbardziej trafia właśnie to, co wykreował Britell.

Natomiast biorąc pod uwagę scenariusz – chyba większe szanse ma film Spike’a Lee.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: Gdyby ulica Beale umiała mówić to film, który potrafi niesamowicie zauroczyć widza, jednak nie każdego. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że większość będzie tych widzów, których produkcja ta wynudzi i którzy określą ją jako kolejny romans niewnoszący nic nowego do kinematografii. Dla mnie jednak jest inaczej. Płynie z filmu Jenkinsa niesamowite ciepło i magia uczucia łącząca dwoje ludzi – uczucia, które jednak różni się od tego, które najczęściej spotykamy w romansach. Jako widzowie nie jesteśmy świadkami płomiennego romansu, który wybucha na naszych oczach, lecz doświadczamy niesamowitej więzi mężczyzny i kobiety, którzy niemal całe życie przeżyli razem i którzy w chwili największej próby, wspieraliby się pewnie tak samo mocno nawet wtedy, gdyby los zdecydował, że zostaną jedynie przyjaciółmi. Barry Jenkins stworzył niesamowicie klimatyczny melodramat, który chłonie się wszystkimi zmysłami, który trzeba najpierw poczuć, a dopiero później zrozumieć. To spektakl światła, muzyki i ciepła bijącego ze wspierających się ludzi. Gdyby tytułowa ulica umiała mówić, wykrzyczałaby niejedną taką historię. I właśnie o tym jest ten film. Niesprawiedliwość zdarza się codziennie, a szczęśliwe zakończenia błąkają się po ślepych uliczkach, w które nikt nie zagląda.

Mateusz: Gdyby ulica Beale umiała mówić to idealny przykład, jak w subtelny sposób można opowiadać o rzeczach, o których wypadałoby krzyczeć przez mikrofon. Film Jenkinsa wpisuje się w modną ostatnio stylistykę produkcji wyrażających sprzeciw wobec nierównego traktowania drugiego człowieka, ale w tym wypadku absolutnie nie można uznać tego za wadę czy bezpieczną drogę obraną przez twórców. Ten dramat społeczny z nutą romansu w tle nie jest dziełem na tyle uniwersalnym oraz typowym, żeby przypaść do gustu wszystkim widzom, ale zdecydowanie warto go obejrzeć, nie tylko ze względu na genialną ścieżkę dźwiękową, ale także przez wzgląd na świetne dialogi.

 

Film obejrzeliśmy dzięki Cinema City

Ocena Mateusza7.5
Ocena Sylwii8.5
8Ocena ogólna