Terror

Wielogłosem o…: „Terror”

W okolicach wakacji, czyli w najbardziej gorącym okresie w roku wydawnictwo Vesper postanowiło wydać jedną z najbardziej mrożących krew w żyłach powieści, w których mróz i minusowe temperatury to chleb powszedni. Dan Simmons wziął na warsztat historię niemalże zapomnianą przez społeczeństwo. I bardzo dobrze, nie pozwala bowiem umrzeć tej budzącej grozę wyprawie, celem której było znalezienie przejścia Północno-Zachodniego. Tego karkołomnego zadania podjął się sir John Franklin wraz z Francisem Radwonem Moira Crozierem, a które ostatecznie doprowadziło wszystkich członków ekspedycji do śmierci. Znaczna część wyprawy, która odbyła się na przestrzeni lat 1845-1848 osnuta jest mgłą tajemnicy, dlatego też Dan Simmons, który czuje się niezwykle dobrze w wypełnianiu luk historycznych, puścił wodze fantazji, dzięki czemu w 2007 roku powstało dzieło o złowieszczym tytule Terror.  W niniejszym Wielogłosie dwójka naszych redaktorów skupi się na wrażeniach, jakie wywarła na nich wspomniana wyżej powieść.

WRAŻENIA OGÓLNE

Patryk Wolski: Bardzo cenię sobie powieści, które swoje korzenie mają w prawdziwej historii i popularyzują wydarzenia, które w tym zalewie informacji i faktów z przeszłości uciekają na dalszy plan sprzed oczu przeciętnego Kowalskiego. Dan Simmons opowiada w Terrorze właśnie taki epizod – od czasów wielkich odkryć ludzkość poszukiwała wszelkich dostępnych szlaków morskich, w tym również rowadzących przez niegościnne wody północnego koła podbiegunowego. Wiele z tych podróży zakończyło się tragicznie, a autor postanowił skupić się na szczególnie tajemniczej i katastrofalnej w skutkach wyprawie sir Johna Franklina z 1845 roku. Jeśli chodzi o sam wybór – Simmons trafił w dziesiątkę; ta historia aż się prosi o własną interpretację i puszczenie wodzy fantazji. Autor zdecydował się również na dodanie elementów fantastycznych i chociaż nie odbieram mu talentu do pisania nieszablonowej literatury fantastycznej, w tym wypadku nie wiem, czy bez tych dodatków Terror nie wywarłby na mnie bardziej piorunującego wrażenia – w moim odczuciu jej największy potencjał leżał w mrożącym krew w żyłach realizmie.

Mateusz Cyra: Mnie niekoniecznie kręcą powieści, które w głównej mierze opierają się na prawdziwych historiach. Wychodzę bowiem z założenia, że wszelkie próby literackiego zmierzenia się z przeszłością – zwłaszcza z historycznymi wydarzeniami na wielką skalę – nigdy nie oddadzą realiów tamtych czasów, dodatkowo nie spełnią czyichś oczekiwań bądź wymagań, a zawsze też znajdzie się ktoś, kto będzie chciał podważać spisane przez autora sytuacje. Oczywiście wiem, że autorzy mierząc się z zakurzonymi na kartach historii zdarzeniami, często spędzają nawet i lata, żeby móc dostatecznie się przygotować, i w pełni ten trud doceniam, gdyż mi zabrakłoby chyba cierpliwości, żeby tak uparcie zagrzebywać się w dawnych czasach. Simmonsowski Terror intrygował mnie jednak od lat. To była taka moja książka “legenda”, wokół której często w towarzystwie snuły się różnego rodzaju opowieści. Smaczku temu tytułowi dodawał również fakt, że przez długi czas był on niedostępny na krajowym rynku wydawniczym. Na szczęście wydawnictwo Vesper wzięło sprawy w swoje ręce i oto wszyscy ci, którzy nie zdążyli zapoznać się z powieścią Terror, mogą zrobić to teraz. Zmierzenie się z prześladującą mnie od lat książką przyniosło ulgę. Nic mnie już nie dręczy, zapoznałem się z naprawdę przerażającą oraz przytłaczającą opowieścią i wiem teraz, że za nic w świecie nie wybiorę się w arktyczne rejony naszej planety. Jednak tak jak wspomniał Patryk – przytłaczający w tej powieści jest sam mroczny realizm i również w moim przekonaniu elementy fantastyczne nieco obniżają notę Terrorowi.

ZALETY I WADY POWIEŚCI

Patryk: Od ogółu do szczegółu: powieść osadzona jest w intrygującym okresie, gdy chęć eksploracji świata była jeszcze karmiona istniejącymi na mapie białymi plamami i pragnieniem, aby nowy przesmyk, kanał, cieśninę, wysepkę czy rzekę nazwać własnym nazwiskiem; aby być pierwszym, który dokonał czegoś wielkiego. To miała na celu wielka wyprawa sir Johna Franklina i jego załogi w 1845, co ostatecznie skończyło się katastrofą jej uczestników w 1848 roku. Dan Simmons pieczołowicie oddał ducha czasów, gdzie bycie awanturnikiem rozbijającym się po morzach i oceanach wciąż było misją prestiżową, a nie fanaberią (chociaż może i tak niektórzy o owych „szaleńcach” myśleli). W Terrorze fabuła skupia się przede wszystkim na etapie, gdy cała załoga statków HMS Erebus i HMS Terror tkwi zakleszczona w lodzie u wybrzeży Wyspy Króla Williama od 1846 roku, pokazując przede wszystkim walkę marynarzy o przetrwanie w tym surowym klimacie (jeśli nie wiecie dokładnie, o jakich terenach mówimy, to wygooglujcie sobie tę wyspę – podpowiem tylko, że chodzi o północne skrawki Kanady). W tym miejscu mamy do czynienia z powieścią grozy, przy czym nieustannie trzeba sobie zdawać sprawę, że tak rzeczywiście mogła wyglądać niedola tych nieszczęśników – ta świadomość przeraża mnie jeszcze bardziej!

Mateusz: Pozwolę sobie na małe wtrącenie. Groza tej powieści dosłownie przytłacza. Zwłaszcza, jeśli macie choćby odrobinę wyobraźni. Sama świadomość tego, jak załogi obu statków zostają uwięzione w lodzie, jest zatrważająca i wielokrotnie podczas lektury bezwiednie opatulałem się kocem… Dlatego pomysł wyjściowy i umiejętność opisania pewnych wydarzeń to majstersztyk, który daje czytelnikowi sporo frajdy.

Patryk: Ale w powieści Dana Simmonsa nagle pojawiają się schody…

O tym, że autor lubuje się w skrupulatnej narracji, miałem okazję się przekonać choćby przy lekturz Ilionu. To, że gustuje on w splataniu ze sobą nie tylko różnych stylów, ale nawet poziomów literackich, również mogłem już zauważyć. O ile jednak w powieści o Grekach toczących wojnę trojańską na Marsie i robotach dyskutujących o dziełach Szekspira było to szaleńczo intrygujące, o tyle Terror aż prosił się o to, aby go faszerować z umiarem, wręcz zastosować tezę „im mniej, tym lepiej”. Dan Simmons do survivalowej powieści o marynarzach umierających z zimna i szkorbutu dodał cegiełkę z fantastycznej półki, wprowadzając tajemniczą bestię, dziesiątkującą załogę statków. Czym ona jest, autor w końcu nam to wyjaśnia i chociaż udało mi się to przewidzieć – w rozmowie z Mateuszem zauważyłem nawet, że jest to piękna metafora klimatu i tego zakątka świata, do którego trafili Brytyjczycy, a który ich w naturalny sposób zabija – to jednak ciut-ciut czuję, że to już za dużo gmatwania przy i tak już przerażającej historii.

Mateusz: Ja pójdę nawet o krok dalej. Mianowicie moim zdaniem Dan Simmons koncertowo wyłożył się na własnym pomyśle. Mówiąc inaczej – sam siebie zapędził w kozi róg, z którego niestety nie udało mu się wyjść. O czym mowa? O dzikiej bestii, która – jak już wspomniał Patryk – masakrowała załogę obu statków. Rozumiem zamysł Simmonsa i chęć wprowadzenia elementu nadnaturalnego. Jednak w tej opowieści naprawdę nie trzeba było niczego ubarwiać. Grozę napędzał sam fakt walki z morderczym żywiołem oraz to, co według Stephena Kinga jest kluczem do dobrych opowieści z dreszczykiem – człowiek. A Dan Simmons miał ludzi postawionych w sytuacji bez wyjścia. Wróćmy jednak do mitycznego potwora. Autor w moim odczuciu popełnił spory błąd, bardzo szybko odkrywając wszystkie karty. Prędko dowiadujemy się, że marynarzy śledzi jakiś stwór, a od tego momentu nie upływa wiele stron, gdy pojawia się on w pełnej krasie. I w tym miejscu wytykam autorowi błąd logiczny – dlaczego bestia, mając możliwość zabicia jeśli nie wszystkich, to większości członków ekspedycji, bawi się z ludźmi w tak zwanego kotka i myszkę? Mam wrażenie, że Simmons wprowadził ten wątek tylko po to, aby od czasu do czasu powybijać niektórych bohaterów oraz wprowadzić innowację w monotonię akcji i krajobrazu. Tym bardziej zachowanie potwora nie ma dla mnie sensu na końcu powieści. Mając na przysłowiowym widelcu niedobitki załogi, bestia wycofuje się i przybiera rolę czegoś na kształt widma czającego się na krawędzi pola widzenia. Jak dla mnie – kompletny bezsens i jest to największy minus Terroru.

Patryk: Rzeczywiście pojawia się problem, jak rozumieć działanie tej bestii. Ale, po pierwsze – jest ona istotą nadnaturalną, więc próba zrozumienia jej poprzez nasz tok myślenia nie wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem. Tak jak już wspomniałem, ja tę istotę, nazywaną przez załogę statków Terrorem, łączę z metaforycznym ujęciem mroźnego i zabójczego klimatu, który nie zabija od razu, lecz stopniowo rozprawia się z coraz bardziej wyczerpanymi ludźmi. Po drugie, ja ją rozumiem jako chaotyczną istotę, która działa z dziką nieprzewidywalnością i chęcią wiecznego siania zniszczenia, coś na zasadzie bóstw rodem z mitologii Lovecrafta. Dlatego dla mnie kwestia potwora w Terrorze nie jest jakimś błędem, tak jak dla Mateusza. Ja nie widziałem w tym błędu logicznego i “wykładania się” na własnym pomyśle. A to, czy powieść potrzebowała takich fantastycznych elementów, to już zdążyliśmy z kolegą omówić.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Patryk: Dan Simmons przedstawia w Terrorze fabułę z perspektywy kilku postaci – zarówno tych kluczowych dla wyprawy, jak i mniej ważnych. Najważniejszą postacią jest nie sir John Franklin, który pojawia się tylko na chwilę (co również ma swoje uzasadnienie, bowiem faktycznie umarł, zanim sytuacja ErebusaTerroru stała się krytyczna), lecz Francis Crozier, zastępca dowódcy i rzeczywisty kapitan wyprawy od 1847 roku, gdy głównodowodzący pożegnał się z tym światem. Autor przedstawił go jako postać dobrze spełniającą swoją rolę, ale nie bez wad – Crozier za kołnierz nie wylewa, a do pewnego momentu sprawia również wrażenie niezdecydowanego. Podczas lektury czułem, że autor pragnie, abym do jego postaci poczuł sympatię i się z nim związał, jednak jakimś przedziwnym zrządzeniem losu, ani z nim, ani z resztą postaci nie potrafiłem nawiązać nici porozumienia. Nie wiem, jakie Mateusz odniósł wrażenie, ale według mnie postaci w tej książce nie powalają.

Mateusz: Nie do końca się zgodzę, by postaci w powieści Terror nie powalały. Może ujmę to inaczej – bohaterowie  w większości przypadków są niestety nijacy, ale też w tak drobiazgowej powieści z tyloma bohaterami to się chyba musiało wydarzyć. Na szczęście nie jest tak, by nie było żadnej intrygującej persony! Moją uwagę w największym stopniu przykuły dwie – enigmatyczna Lady Cisza, która towarzyszyła marynarzom przez niemal cały czas ich postoju na lodzie, oraz John Irving – nieporadny, uczciwy i pogodny porucznik, który z miejsca zyskał moją pełną sympatię. Jednak mój problem z bohaterami wynikał też z tego, że tak, jak polubiłem Irvinga, tak niestety Crozier od początku do końca był mi zupełnie obojętny. Nie wiem dokładnie co, ale coś w jego kreacji mi nie do końca odpowiadało, a biorąc pod uwagę, że jest to właściwie główny bohater, to nie jest to zbyt dobra rekomendacja dla Terroru.

STYL, JĘZYK

Patryk: Dan Simmons jest pisarzem błyskotliwym i skrupulatnym, ale czasami bywa tak, że taki dar bywa również przekleństwem. Ja naprawdę doceniam, że autor poważnie podchodzi do swojej pracy, nie odwala fuszerki i pielęgnuje swoje dzieło. Szczególnie należą mu się pokłony za to, że wiele czasu poświęcił na studiowanie zarówno historii odkryć Przejścia Północno-Zachodniego, jak i konkretnej wyprawy Franklina 1845-1848. Dzięki takim powieściom oprócz rozrywki czerpię również wiedzę, która prawdopodobnie w inny sposób by do mnie nie dotarła – to wspaniałe czuć się chociaż o kapkę mądrzejszym po książce od autora, którego część czytelników może z pogardą nazywać „tym od fantastyki”. Ale litości! Mnie naprawdę wystarczy, jeśli autor tylko raz czy dwa wspomni o różnych rodzajach lodu, omasztowaniu i olinowaniu statków, nie mówiąc już o objawach szkorbutu i o skutkach przebywania na ujemnej temperaturze. Czepianie się drobiazgów jest na tyle nużące, że czytanie Terroru nie przychodziło mi łatwo – mimo ciekawej tematyki i zainteresowania, co czyha za rogiem, styl Simmonsa bardzo szybko mnie nużył i bywało, że po 20 stronach byłem już zamyślony bądź zbyt senny, aby brnąć przez arktyczne zamiecie dalej. Nie pogniewałbym się, gdyby książka była krótsza, bardziej dynamiczna oraz wciąż napisana z inteligencją, ale nie z upierdliwą i maniakalną manierą do przypominania o wszystkim.

Mateusz: Ponownie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przyklasnąć Patrykowi jego trafnym przemyśleniom. Czytaliśmy Terror mniej więcej w tym samym momencie i pamiętam, jak obaj przerzucaliśmy się narzekaniami na zabójczą dla swojego dzieła drobiazgowość Simmonsa. Z tego powodu stylem Terror przypomina bardziej dziennik pokładowy niżli powieść z pogranicza fantastyki. Uwierzcie mi, wszystko to, co wymienił mój redakcyjny kolega, to zaledwie czubek góry lodowej drobiazgowości Simmonsa. Rozumiem, że zapewne w zamyśle autora miało to przypominać przywołany przeze mnie dziennik, niemniej przy tylu bohaterach nietrudno o nużącą powtarzalność, z którą – owszem – w końcu się oswajamy, ale czyż nie byłoby przyjemniej, gdyby okroić Terror z tych nadmiernie powtarzających się fragmentów? Odnoszę wrażenie, że Dan Simmons pragnął, by czytelnik namacalnie poczuł beznadziejne położenie swoich bohaterów, serwując dość nieprzystępny w odbiorze język.

WYDANIE

Patryk: Wydawnictwo Vesper nie dość, że ładnie wydało swoją powieść, to nie poprzestało na tym – postarało się, aby powieść Dana Simmonsa wesprzeć naukowym posłowiem doktora hab. Grzegorza Rachlewicza, w którym czytelnik, o ile jeszcze tego nie zrobił w trakcie lektury, może zapoznać się z krótką historią odkryć rejonów północno-zachodniej części globu, a także w skrócie poznać kulisy nieszczęsnej wyprawy, będącej przedmiotem dociekań Dana Simmonsa. Oprócz tego książka zawiera wybór ilustracji i zdjęć przybliżających wyprawę Johna Franklina i jej reperkusje – liczne poszukiwania i dokonane w związku z tym odkrycia. To, co jednak każdy fan takich cegieł powie na wstępie, jest jednak oczywiste – Terror powinien być wydany w twardej oprawie! Aż przykro patrzeć, że po pierwszym użyciu cały grzbiet aż kuleje od złamań :(.

Mateusz: To niestety smutna prawda. Grzbiet mojego egzemplarza również jest usiany złamaniami, które – pozostając w mroźnej tematyce – kojarzą się z pęknięciami na lodzie. To niestety spora wada, bo świetna powieść, naprawdę piękna okładka, fascynujące zdjęcia, posłowie doktora hab.G. Rachlewicza i wygodna dla oczu czcionka, zasługują na twardą oprawę. Dlatego też, w tej beczce miodu, którą wysyłamy wydawnictwu Vesper, jest też łyżka dziegciu. Tym bardziej, że cena nie należy do najniższych, a jaki czytelnik wydając tyle gotówki, chce po zakończeniu przygody z Terrorem odłożyć na półkę książkę, która straszy swoim grzbietem?

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Patryk: Terror to naprawdę dobra powieść z dużą dozą dreszczyku, o walce ludzi z żywiołem, do którego nie są w stanie się zaadaptować. Przedstawiony w książce okres zmagań o przetrwanie to smutny relikt dawnych czasów, kiedy to wielka odwaga okupowana była nawet śmiercią w zwierzęcych warunkach i zapomnieniu (chociaż nie wątpię, że i dzisiaj człowiek byłby bezbronny wobec tak brutalnej natury). Można co prawda pokwilić, że autor momentami nie pieści się z czytelnikiem i mógłby jednak pisać zwięźlej – że tak umie i wychodzi to z korzyścią dla powieści, świadczy ostatnia część Terroru – ale wciąż jest to kawał soczystego, literackiego łojenia. Dla mnie największą zaletą książki Simmonsa jest pulsująca w trakcie lektury świadomość, że 129 osób faktycznie przeżywało to arktyczne piekło, a poprzez literackie dzieło autor próbował odpowiedzieć nam wszystkim na pytanie, jak mogły wyglądać ostatnie dni ErebusaTerroru. Nierozwiązane zagadki zawsze pobudzają ciekawość.

Mateusz: Jestem lekturą Terroru uradowany i delikatnie rozczarowany jednocześnie. To dobra powieść, która miejscami piekielnie wciąga i oferuje czytelnikowi niezwykle fascynującą opowieść. Na ponad 650 stronach Simmons karmi nas historią owianą mgłą tajemnicy, z której możemy z powodzeniem wyłowić niezwykle smakowite kawałki. Dodatkową cegiełkę “fajności” sprawia fakt, że jest to powieść w dużej mierze oparta na faktach. Niestety autor uznał, że historia będzie bardziej atrakcyjna, kiedy dołoży do niej elementy nadnaturalne. Moim zdaniem srogo się pomylił i wyłożył na swojej koncepcji niczym na skórce od banana. Należy do tego dodać dość toporny (choć to można uzasadnić rodzajem opowieści i bohaterami) styl i liczne, zupełnie nikomu niepotrzebne powtórzenia. Niniejsze elementy składają się na obniżenie noty końcowej i jednocześnie sprawiają, że nie można powiedzieć, by była to powieść rewelacyjna. Niemniej jednak znajdzie naprawdę wielu zwolenników i dobrze, bo dzieł przybliżających zagadki ludzkości wciąż jest zbyt mało.

Fot.: Vesper

Terror

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *