Postmodernizm dla obłąkanych – Mark Z. Danielewski – „Dom z Liści” [recenzja]

Dom z Liści Marka Z. Danielewskiego to lektura, która idealnie pasuje do mrocznych, jesiennych wieczorów. Poniższy artykuł wytłumaczy Wam dlaczego.

Niejaki Johnny Wagabunda wprowadza się do nowego mieszkania. Znajduje tam tajemniczy notatnik profesora Zampano – uczonego, który w niewyjaśnionych okolicznościach popełnił samobójstwo. Treść owych zapisków to skrupulatna, akademicka analiza Relacji Navidsona, czyli materiału wideo nakręconego przez poprzedniego lokatora podczas pobytu na terenie posesji. Tak zaczyna się opowieść o losach postaci, zamkniętych w najbardziej przerażającym domu, od czasu rezydencji Usherów.

Dom z Liści – geneza fenomenu

Dokładnie 17 lat temu, nikomu nieznany pisarz, zadebiutował powieścią, która błyskawicznie oczarowała publiczność oraz krytyków. Ponad 700-stronicowe tomisko od razu stało się synonimem dzieła kultowego. Fala intensywnej popularności przysporzyła książce porównań do absolutnych klasyków literatury. Najbardziej zagorzali miłośnicy Domu z Liści, nazywali go kwintesencją postmodernizmu nowego millenium, a nawet doszukiwali się podobieństw do twórczości Jamesa Joyce’a czy Thomasa Pynchona. Opowieść o tajemniczym budynku zachwycała i szokowała, ale przede wszystkim wzbudzała konsternację. Specyficzna narracja siała u odbiorców mentalny zamęt, zaś wielopłaszczyznowość fabuły potrafiła wywołać porządny ból głowy. Zawiłość tekstu motywowała czytelników do prowadzenia zażartych, internetowych debat na temat znaczenia poszczególnych symboli i motywów. Publikacja tej pozycji wiązała się z powstaniem popkulturowego fenomenu, wychodzącego poza księgarnie i biblioteki. Przez niemal całą dekadę fora internetowe oraz media społecznościowe tętniły ożywionymi konwersacjami o kreacjach Marka Z. Danielewskiego. Od października zeszłego roku, dzięki wydawnictwu Mag, również Polacy mogą zapoznać się z tą beletrystyczną sensacją. Pytanie brzmi – czy ów tytuł rzeczywiście zasłużył na tak legendarną reputację?

Żądza konfrontacji

Odpowiedź brzmi: tak. Dom z liści jest powieścią wyróżniającą się na tle dziesiątek tytułów okupujących toplisty Empiku. Szczególną uwagę zwraca sposób, w jaki autor buduje relację z czytelnikiem. To unikalny związek mający w sobie burzliwość niebezpiecznego romansu, równie fascynującego, co toksycznego. W stylistycznych i formalnych zabawach pisarza nie ma ani grama skromności debiutanta. Zamiast próbować przypodobać się publiczności, ten przebiegły cwaniak nieustannie mąci i manipuluje. Bardziej od naszej przyjemność podczas lektury, satysfakcjonuje go prowokowanie skrajnych emocji. Każdy rozdział karmi się sprzeciwem odbiorcy. Zdania ozdabiające poszczególne strony, zmuszają do wejścia w konflikt, a nagrodą za wyjście z bitwy w jednym kawałku, jest panujący w głowie mętlik.

Najmocniej dezorientuje specyficzna, fabularna struktura. Co prawda mamy do czynienia z nawiązującą do tradycji kina i literatury grozy, tematyką enigmatycznego domu, ale powieści daleko do konserwatyzmu Brama Stokera czy Edgara Allana Poego. Już na samym początku z rytmu wybija nas sam fakt istnienia trzech narratorów, którzy na dodatek równocześnie opowiadają całkowicie różne wersje wydarzeń. Zostajemy więc przygnieceni mnogością sprzecznych ze sobą przypisów. Ta chaotyczna kompozycja zastawia pułapki na niedoskonałości naszego umysłu. Logiczne łamigłówki, jakimi naszpikowany jest każdy akapit, rozgrzewają mózg do czerwoności i nie dają odpocząć nawet przez chwilę. Antagonizm autora uwidacznia się też w oryginalnym zastosowaniu metafikcji. Danielewski, podobnie jak inni postmoderniści, uwielbia zwracać się bezpośrednio do czytelnika, lecz łamanie „czwartej ściany” w jego wykonaniu zdaje się mieć kompletnie odrębną rolę. Podczas gdy jego koledzy po fachu używają tego chwytu ironicznie, autor Domu z Liści usiłuje nawiązać intymny dialog z potencjalnym odbiorcą.

Wyzwanie stanowi też zaakceptowanie graficznego układu opublikowanego tekstu. Niemałe trudności sprawia bowiem nie tylko treść prezentowanych zdań, ale też sam ich wygląd. Danielewski bawi się rodzajami czcionek i koduje wyrazy niczym niemiecki szpieg. Do repertuaru wizualnych sztuczek należą akapity poddane efektowi lustrzanego odbicia, a także nawiązania do języka francuskiego czy alfabetu Braille’a. Na dodatek, powieść ma nieustannie zmienny układ stron, przez co jesteśmy zmuszeni do czytania pionowo, poziomo, a nawet obracania książki do góry nogami. Dzięki tym wszystkim sztuczkom, Dom z liści angażuje mocniej niż typowa literatura grozy. Przechodzenie od rozdziału do rozdziału staje się bowiem prawdziwym czytelniczym wyzwaniem.

Żarty z pana profesora

Dygresyjna natura tej powieści zdradza satyryczny talent autora. Masa adnotacji i uzupełniających dopisków wyraźnie wyśmiewa hermetyczny język akademickich publikacji. Celowo nieprzejrzyste informacje są komentarzem na temat retoryki, jaką posługują się środowiska naukowe oraz krytycy literaccy. Niekończące się wywody cytujące setki fikcyjnych pozycji kpią z elitarności współczesnej eseistyki, gdzie króluje przerost formy nad treścią, oraz tendencje do nadinterpretacji. Ofiarą wspomnianych dowcipów padają więc takie osoby jak ja – analitycy współczesnej prozy, poświęcający kilka tysięcy słów na rozbieranie jej na czynniki pierwsze. Mimo że trochę mnie kłuje ta metodycznie wbita szpilka, to trudno mi odmówić błyskotliwości złośliwcowi z Nowego Jorku.

Oda do ludzkiej fantazji

Należy również docenić unikalne spojrzenie autora na znaczenie fikcji. Twórca składa hołd zmyślonym historiom i oświadcza, że wytwory wyobraźni mają realny wpływ na ludzką egzystencję. Czający się w labiryncie korytarzy potwór oraz analizowane przez bohaterów nagranie wideo, w lynchowski sposób tkwią pomiędzy logiką koszmarnego snu a zatrważającą rzeczywistością. Zagubienie Willa Navidsona i Johnny’ego Wagabundy udowadnia więc potęgę imaginacji umysłu. Mimo że niektóre wizje są jedynie halucynacjami, to ich intensywność oddziałuje na kondycję psychiczną, a nawet fizyczną postaci. Co ciekawe, zamieszkujące zakamarki umysłu upiory, potrafią także pomagać. Spotkania z nimi motywują wszystkich trzech narratorów do dogłębnej autorefleksji. Urojenia stanowią początek wewnętrznej podróży, przypominającej buddyjską medytację. Pojawiające się w poszczególnych rozdziałach zmory, odzwierciedlają skryte marzenia i lęki. Poprzez stawienie im czoła, protagoniści stają się prawdziwymi herosami.

Przyzywanie zjaw przeszłości

Kolejną zaletą tego dzieła jest oryginalna interpretacja tradycyjnej, gotyckiej estetyki. Amerykański pisarz traktuje rekwizyty horrorowego kanonu ze zręcznością, której mogą mu pozazdrościć koledzy po fachu. Danielewski potrafi tchnąć życie w pachnące naftaliną motywy nawiedzonego zamczyska i czającego się w ciemnościach monstrum. Podobnie jak w Zagładzie Domu Usherów przerażający dom bardziej przypomina żywy, oddychający organizm niż przeciętną budowlę. Tajemnicze miejsce ma realny wpływ na czyny lokatorów, a nawet potrafi prowadzić z nimi osobliwy dialog. Wszystkie gesty, reakcje oraz głęboko skrywane myśli spotykają się z transformacjami wyglądu poszczególnych pokoi czy korytarzy. Ten koncept można nazwać rozwinięciem idei pamiętnego artykułu Charlesa Dickensa na temat słynnego, filadelfijskiego więzienia. Brytyjczyk szkicował portret zakładu karnego – architektonicznego straszydła połykającego w całości zagubione dusze skazanych. Zarówno w znakomitym reportażu, jak i w Domu z liści, budowle kontrolują życie przebywających w środku. Danielewski igra z naszymi oczekiwaniami wobec bezpieczeństwa zapewnionego przez przysłowiowy dach nad głową. Uczucie trwogi uderza dwa razy mocniej, ponieważ czai się wśród pozornego komfortu bujanego fotela czy stołu zastawionego rodzinnym obiadem.

***

Za wszystkimi zaletami Domu z Liści kryje się coś w rodzaju wręcz psychopatycznej obsesji. Wieloaspektowość powieści to efekt dziesięcioletniego procesu twórczego, podczas którego Danielewski z uporem maniaka dążył do wykreowania perfekcyjnego majstersztyku. Z kolei w poczynaniach bohaterów najbardziej intryguje właśnie chorobliwa fascynacja odkryciem tajemnicy mistycznego budynku. Co więcej, stosowane przez autora, niekonwencjonalne zabiegi formalne i stylistyczne zaszczepiają wśród czytelników równie intensywną manię, skutkującą w wielu nieprzespanych nocach. Obcowanie z tą książką jest więc doświadczeniem interesującym, ale również niebezpiecznym. Świat skonstruowany przez trójkę narratorów potrafi bowiem całkowicie zawładnąć życiem czytelnika. Dlatego opisywana przeze mnie kilkusetstronicowa wycieczka do piekła, przypadnie do gustu jedynie śmiałkom o wyjątkowo stalowych nerwach.

Fot.: Wydawnictwo MAG

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.