Filmy,Patronat,Recenzje,Wyróżnione

Trudno cierpieć w sympatyczny sposób – Daniele Luchetti – „Wszystko zostaje w rodzinie” [recenzja]

Historii małżeńskich w kinematografii nie brakuje, wystarczy wspomnień choćby Sprawę Kramerów lub z produkcji współczesnych film zatytułowany (nomen omen) Historia małżeńska czy z serialowego kręgu Sceny z życia małżeńskiego. Wydawałoby się, że rozpad związku dwojga ludzi, którzy niegdyś się kochali, ich kłótnie i powody, które doprowadziły do załamania tego uczucia, nie są aż tak ciekawe, by przyciągać przed ekrany. A jednak. A jednak jest coś niezwykle filmowego i spektakularnego w tak zwyczajnym i życiowym dramacie, jakim jest rozstanie. Każda historia jest inna i być może każda pozwala nam choć w minimalnym stopniu zrozumieć, jak to działa, gdzie popełniamy błędy i czy w ogóle da się przed nimi ustrzec. Każda historia jest inna i ta również. Opowieść o włoskim małżeństwie, dla której inspiracją była powieść Sznurówki autorstwa Domenico Starnone, w pewnym stopniu mnie zaskoczyła, przeobrażając się w coś, czego nie do końca się spodziewałam. Wszystko zostaje w rodzinie z całą swoją mocą, dramatem i przekazem wchodzi do polskich kin 19 listopada dzięki dystrybucji Aurora Films, a Głos Kultury objął ten tytuł patronatem medialnym.

Nie mamy okazji poznać Vandy i Aldo jako kochającego się zgodnego małżeństwa, bo niemal od razu zostajemy wciągnięci w ich kłótnię, w kryzys, który ma swoje zewnętrzne podłoże, w dodatku młode i piękne. Jednak pierwsza scena to chwilowa i złudna sielanka, czyli powrót całej rodziny – rodziców i dwójki dzieci – z imprezy, na której cała czwórka zdaje się dobrze bawić. Jest to lapidarna scena, której muzyka, taniec i radosne buzie dzieci stają się szybko kontrastem dla kłótni, milczenia, poczucia winy i żalu. Kiedy Aldo mówi Vandzie, że spał z inną kobietą, dla jego żony nie jest to jeszcze koniec świata. Ale zadaje mu pytanie, na które odpowiedź ten koniec może zapoczątkować. Dla Vandy kluczowe jest, czy jej mąż tylko zaliczył „zwykły” skok w bok, zaspokoił swoje pragnienia cielesne, czy może się zakochał? I choć odpowiedź nie pada na oczach widza, kolejne sceny nie pozostawiają złudzeń, ponieważ Aldo się wyprowadza. I choć wszystko wydaje się skończone, bo Vanda ma w sobie mnóstwo gniewu i rozżalenia, a Aldo zdaje się naprawdę kochać Lidię (którą momentami wydaje się stawiać wyżej w hierarchii uczuć i priorytetów nawet niż własne dzieci), nagle w filmie następuje przeskok, a my widzimy włoskie małżeństwo po 30 latach, które… wciąż jest małżeństwem, które mieszka razem i właśnie wybiera się na wspólne wakacje. Jak do tego doszło? Co wydarzyło się przez tyle lat? Które rany się zabliźniły, a które wciąż się sączą?

 

W filmie mamy więc dwie linie czasowe, pomiędzy którymi skaczemy, ale to jeszcze nie wszystko, bo niejednokrotnie zaglądamy również do wspomnień bohaterów lub trafiamy do urywka przeszłości z innego czasu niż ten, który umownie uznaliśmy za pierwszą linię. Mimo to w filmie i w relacjach małżeństwa nie sposób się zgubić. Powroty do wydarzeń, których już byliśmy świadkami, są dobrze przemyślane i potrzebne. Sceny z młodym i starszym małżeństwem przeplatane są ze sobą w sposób całkowicie zrozumiały i absolutnie nie chaotyczny. I choć na początku zarówno decyzja reżysera, jak i małżeństwa wydaje się niezrozumiała, to stopniowo, krok po kroku, scena po scenie, prowadzeni jesteśmy do momentu, w którym zaczynamy rozumieć, jak Vanda i Aldo znaleźli się znów pod jednym dachem i dlaczego mamy wrażenie, że pomimo upływu 30 lat nie zagoiło się nic – ani na ich duszach, ani na duszach ich, dorosłych już przecież, dzieci.

Wszystko zostaje w rodzinie to film, który na moich oczach przeszedł sporą metamorfozę – od przeciętnej opowieści o rozpadzie związku, do ciekawej, inteligentnie napisanej i finalnie szalenie emocjonującej historii, która tak naprawdę wybrzmiewa w głowie widza z pełną mocą dopiero po seansie. Opowieść zmienia swój bieg, zmienia swoje przeznaczenie i zmienia nawet głównych bohaterów. Mąż i żona, początkowo najważniejsi, zdający się głównym punktem scenariusza, stopniowo stają się po prostu kłócącą się, siejącą chaos masą, którą całkowicie przestajemy rozumieć, i ustępują miejsca na rzecz dzieci. Najpierw stopniowo i nieśmiało, kiedy Sandro i Anna są jeszcze młodzi, ale do widza zaczyna docierać to, jak ważne są ich emocje, aż do finału filmu, który uświadamia nam, że od samego początku to oni byli tutaj pierwszoplanowi, to oni przejmują cały ciężar i cały dramat tej sytuacji. Uderzające jest to, jak zepchnięte są natomiast ich uczucia przez samych rodziców. Tak mocno zaangażowali się w wojnę między sobą, w obarczanie się winą, w żalu, w budowaniu nowego życia, że dzieci z traumą, która na nie spadła, zostały całkowicie same, co po kilkudziesięciu latach daje niestety niechciane, lecz spodziewane efekty.

Wszystko zostaje w rodzinie stoi na bardzo wysokim poziomie, jeśli chodzi o aktorstwo. Kreacje Alby Rohrwacher jeszcze nigdy mnie nie zawiodły i każdy film z jej udziałem od razu trafia na listę tych, które muszę obejrzeć. I tym razem stworzyła postać pełną życia, naturalną i wiarygodną, a jednocześnie tak różną od poprzednich. Wystarczy zestawić ją chociażby z Biancą z hitu Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie – to dwie zupełnie różne kobiety, jedna przepełniona żalem i stojąca na granicy szaleństwa, druga spokojna, cicha i nieśmiała, niedająca się ponieść emocjom. Obie jednak są prawdziwe i widz wierzy w ich opowieść. Towarzyszący jej Luigi Lo Cascio dostał rolę zupełnie inną, stojącą w opozycji do jego ekranowej żony – podczas gdy ona szaleje, on zdaje się oazą spokoju. Jednak to, dlaczego tak się dzieje, sam Aldo podsumowuje w bardzo dosadnych i bardzo prawdziwych słowach. Mężczyzna mówi w pewnym momencie:

To ja czynię zło, ona tylko reaguje.

Po chwili dodaje także, tłumacząc wybuchy żony i jej zachowanie po rozstaniu:

Trudno cierpieć w sympatyczny sposób.

Do tego stwierdzenia jeszcze wrócimy, teraz jednak skupmy się na aktorstwie. Twórcy nie zdecydowali się postarzyć aktorów grających młode małżeństwo, lecz obsadzili w roli ponad sześćdziesięcioletnich Vandy i Aldo zupełnie innych aktorów. I myślę, że była to dobra decyzja, bo uniknęliśmy tym samym efektu, któremu niekiedy blisko do parodii, a już na pewno do czegoś nierealnego. Aktorzy zostali dobrze dobrani do starszego małżeństwa. Silvio Orlando i Laura Morante w realistyczny sposób ukazują nam zmęczone nie tyle wiekiem czy życiem, ile sobą nawzajem małżeństwo, a my tym bardziej zadajemy sobie pytanie, dlaczego w ogóle do siebie wrócili i postanowili iść razem przez życie. Nie czuć między nimi żadnej chemii, zamiast tego jest wrogość, niema agresja, niechęć, momentami nawet wstręt. Mamy wrażenie, że obserwujemy ludzi skazanych na siebie, a nie parę, która obiecywała sobie miłość. Problem jednak w tym, że decyzja o wspólnym życiu, wbrew jej założeniom, przyczyniła się do cierpienia nie tylko małżonków, ale także ich dzieci. Widzimy to, kiedy Sandro i Anna są mali, ale obserwujemy to także, kiedy są już dorosłymi ludźmi, a rany wtedy otwarte, wciąż zieją niezagojoną mazią, która sączy się, wylewa z nich i nie pozwala do końca dorosnąć. Role Sandro i Anny (tak młodziutkich, jak i starszych) były również bardzo ważne dla odbioru filmu i na szczęście aktorzy podołali wyzwaniu. Zagubione dzieci ustępują z czasem miejsca zagubionym dorosłym, u których wyrzuty sumienia zostały zastąpione jednak przez obwiniane rodziców – z tego, co widzimy – jak najbardziej słuszne.

Wszystko zostaje w rodzinie opowiada historię może i w kinematografii już dość mocno omówioną, ale robi to finalnie w sposób emocjonujący i zaskakujący. Osobiście nie spodziewałam się takiego zakończenia, a to właśnie ono najmocniej mnie poruszyło i sprawiło, że dzieło to nabrało dodatkowej głębi. W tym miejscu warto również pochwalić osobę odpowiedzialną za polski tytuł, bo oryginalne Lacci, czyli sznurówki, są dla tej opowieści oczywiście bardzo ważne i znajdują swoje wytłumaczenie w jednej konkretnej scenie, można również tłumaczyć je w sposób bardziej metaforyczny. Jednak na pozór zwykłe i oklepane Wszystko zostaje w rodzinie, po obejrzeniu finału filmu, nabiera nowego znaczenia – znaczenia smutnego, a w gruncie rzeczy tragicznego. Znaczenia, które daje do myślenia i każe inaczej spojrzeć na wybory rodziców. Wszystkich, nie tylko naszych lub nasze własne.

Film w reżyserii Daniele Luchettiego to oczywiście także opowieść o wypalającej się miłości, o zdradzie i ogromnym rozżaleniu – na tyle ogromnym, że nie patrzy ono, kogo i jak mocno rani. Podczas seansu z ust Aldo pada zdanie:

Nie ma miłości bez możliwości zdrady […]. Im większa miłość, tym większa możliwość bycia zdradzonym.

Jest to jedno ze stwierdzeń, z którymi możemy polemizować – zgodzić się lub nie, przedstawić swój punkt widzenia. Znamienne jednak, że słowa te padają z ust zdradzającego, a nie zdradzanej. Czy jest to więc próba wytłumaczenia się? Wybielenia przed samym sobą? Zarówno mąż, jak i żona są ostatecznie nieszczęśliwi. Ich dzieci są nieszczęśliwe. Bo przecież wszystko zostaje w rodzinie, a trudno jest cierpieć w sympatyczny sposób. Trzymanie się kurczowo życia, jakie znaliśmy, tylko dlatego, że je znamy, często okazuje się największym błędem, za który niestety nie płacimy sami. Mąż, który powraca na łono rodziny, nigdy nie zapomina o swojej kochance – wspomnienia o niej wracają do niego niczym refren najpiękniejszej pieśni. Żona nigdy nie zapomina i nie wybacza zdrady, nosi w sobie żal, który kładzie się cieniem na każdej sekundzie ich relacji. Stają się małżonkami z zawodu, a nie z powołania, nie wspominając już o miłości. Dzieci dorastają natomiast, za wzór mając kobietę i mężczyznę, którzy są ze sobą właściwie nie wiadomo dlaczego, utrzymywani chyba jedynie siłą dawnej zdrady. To jedyne bowiem (oprócz dzieci) co ich łączy. Dzieci więc powielają błędy rodziców lub robią wszystko, by nie zbliżyć się do nich choćby o krok. Wszystkie strony przegrywają. Wszystkie żyją w samotności, rozżaleniu i gniewie.

Wszystko zostaje w rodzinie robi wrażenie, ale trzeba dać mu szansę i czas, aby jego właściwy wydźwięk, właściwa konkluzja wybrzmiały i dotarły do nas. Pełno tu tragizmu schowanego za najzwyklejszymi, najbardziej banalnymi sprawami, takimi jak zbieranie łyżeczką rozsypanej po blacie kawy. Ważne, abyśmy pamiętali, że wszystko zostaje w rodzinie – dosłownie i w przenośni.

Włoskie kino kolejny raz mnie nie zawiodło, warto więc abyście i Wy dali mu szansę.

 

ballada o białej krowie

Podobne wpisy:

Pomysł:7
Emocje:8
Wykreowanie postaci:8
Aktorstwo:8
Przyjemność z oglądania:7.5
7.7Ocena ogólna

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *