Wyszłam za komunistę

Są tylko błędy – Philip Roth – „Wyszłam za komunistę” [recenzja]

Philip Roth ponownie snuje opowieść o trudnych latach powojennych w Stanach Zjednoczonych Ameryki, odłożywszy do lamusa mit o amerykańskim śnie. W rewelacyjnej Amerykańskiej sielance wieloletni pretendent do Nagrody Nobla przedstawił czytelnikom losy Seymoura „Szweda” Levova, przedsiębiorcy żydowskiego pochodzenia, którego życie na pierwszy rzut oka wyglądało na spełnienie marzeń – pozory jednak mylą. W Wyszłam za komunistę Philip Roth przy pomocy swego alter ego – Natana Zuckermana – zapoznaje czytelnika z żywotem Iry Ringolda, który z piekła trafił do nieba, aby ponownie zapaść się w ognistych czeluściach w epoce maccartyzmu.

Jeśli czytaliście Amerykańską sielankę, to sięgając po Wyszłam za komunistę, poczujecie się jak w domu. Autor w analogiczny sposób snuje swoją narrację, oddając głos Natanowi Zuckermanowi, który opowiada o swym kolejnym idolu z dzieciństwa. Jego własne wspomnienia są jednak na tyle szczątkowe, że bez pomocy spotkanego starszego brata Iry, Murraya Ringolda (który był także nauczycielem Natana w szkole średniej), narrator nie byłby w stanie sporządzić rzetelnego życiorysu „Iron Rinna”. Jako że panowie są w podeszłym wieku (Murray liczy sobie 90 lat, Natan „zaledwie” 64), ich rozmowa odbywa się na zasadzie rozwlekłych wspomnień i gawęd o starych, lecz nie zawsze lepszych czasach i często jest dziurawiona przez liczne dygresje, które znacznie zwalniają główny wątek powieści. Owszem, życie Iry Ringolda jest tu kwestią kluczową, lecz obaj rozmówcy lubią czasami odpłynąć, aby naświetlić dla odmiany swoje życie – lecz zawsze ich uwagi są w jakiś sposób związane z głównym bohaterem. Wspominają niełatwe początki Iry, który jako nastolatek zaczął pracę w charakterze kopacza rowów, następnie „awansował” na górnika w kopalni i parał się fizyczną robotą, aż świat nie rozgorzał pod naporem światowej wojny, w której Ira brał udział. To tam poznał komunistyczne teorie i szybko się nimi zachłysnął. Lecz chociaż z chęcią głosił hasła o walce z niesprawiedliwością społeczną i burżuazyjną kastą, która żeruje na ludziach pracy, to po wojnie sam wykorzystał szansę do społecznego awansu. Poślubił piękną i sławną Evę Frame, a dzięki szerokim znajomościom małżonki, stał się gwiazdą radiowych spektakli. Pomimo świętego przekonania o słuszności Marksa i Lenina, nie wykazywał się chęcią do aktywnej walki – był raczej agresywnym człowiekiem słowa niż czynu. Przy czym trudno nazwać go człowiekiem inteligentnym – chciał sprawiać wrażenie oczytanego, lecz w trakcie dyskusji był typem tyrana, który nie przyjmował do wiadomości odmiennych poglądów, zwłaszcza w kwestii komunizmu i antysemityzmu. Jak pokazują dalsze wypadki, jego gorący temperament w połączeniu z kontrowersyjnymi poglądami i trudnymi czasami miały przyczynić się do jego upadku.

Wyszłam za komunistę Philip Roth przypomniał swym czytelnikom burzliwe lata pięćdziesiąte, kiedy to zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami wcale nie ostudziło niepokojów Amerykanów. Powojenna Ameryka pozwoliła w końcu swym obywatelom odetchnąć i zapomnieć o czasach Wielkiego Kryzysu. Politycznie kraj ogarnęła jednak prawdziwa gorączka: istotnym tematem stali się komuniści, którzy mieli zdradzać własny kraj na rzecz Sowietów, pragnących prześcignąć USA na każdym polu. Istnym pandemonium były lata 1950-54, kiedy senator Joe McCarthy straszył rodaków czerwoną zarazą i komunistycznym zagrożeniem, które rozsadzi Amerykę od środka. Każda osoba publiczna, będąca chociażby podejrzana o lewicowe skłonności, była poddawana ostracyzmowi – w ten sposób legło w gruzach wiele karier, a liczne nazwiska na zawsze nosiły na sobie piętno tych czasów (nawet jeśli oskarżenia okazywały się wyssane z palca). Roth przygląda się temu okresowi z zimną precyzją, pokazując nieprzewidywalność tych chaotycznych lat – wzbrania się od postawy wydumanego moralizatora, którego stać jedynie na prawienie nauk w oparciu o wiedzę po fakcie. Nie, podczas lektury ma się wręcz wrażenie, że autor uruchamia machinę czasu, a te całkiem już odległe dni ponownie stają się teraźniejszością. Co więcej, Philip Roth pisząc o komunizmie, nie posługuje się paradygmatem dobra i zła, nie ściera ze sobą prawicy i lewicy; poszukuje we wszystkim czynnika ludzkiego, który niezupełnie pokrywa się z programem partii: bo i Ira Ringold nie jest typowym komunistą, jakiego spodziewalibyśmy się widzieć w powieści gloryfikujące, bądź potępiającej czerwonych. Swoją drogą, ten wielki dystans do omawianej historii jest alegoryczny do przeżyć Natana Zuckermana, który za młodu przesiąkł komunistycznymi sloganami wypowiadanymi przez Irę, a pisarstwo stało się dla niego sposobem na wyrażanie oburzenia i wskazywania tej jedynej, słusznej drogi. Jednak już na studiach Natan nauczył się, że sztuka powinna być wolna od wściekłości i politycznych poglądów – literatura nie jest odpowiednim miejscem do agitacji, lecz do oceniania tego, co skomplikowane i nieuchwytne. Dlatego również w powieściach Philipa Rotha nie uświadczymy systemu zero-jedynkowego.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że, podobnie jak Amerykańska sielanka, Wyszłam za komunistę również jest zbiorem ludzkich porażek, które ukryte za fasadą synonimu szczęścia – dobrej pracy, ciepła rodzinnego ogniska – tak naprawdę czyhają na człowieka na każdym kroku. Ira Ringold, wkraczając w kolorowy świat Evy Frame, tak naprawdę skazuje się nie zagładę; podobnie Murray Ringold do końca życia nie wybaczy sobie, że ustępował swemu bratu, kierując się miłością, a nie rozsądkiem. Również Natan Zuckerman, przez kilka młodzieńczych lat zapatrzony w Irę, z lekką rezerwą opowiada o swym romansie z czerwoną ideologią. Popełnił też błędy, o których nie mówi wprost, ale przez które na starość pozostała mu jedynie samotność i poczucie, że coś w życiu utracił. Niezwykle smutna jest ostatnia część książki, gdzie nieuniknione konsekwencje popełnionych błędów wpędziły mnie w niemal depresyjny stan. Roth z wielką nieustępliwością analizuje postępujący upadek głównego bohatera, odkrywając wszystkie jego przewiny i błędy. Wszyscy je popełniamy, ale to te fatalne, krytyczne omyłki śledzą nas przez całe życie. Jasne, próbujemy wyciągać z nich jakieś lekcje, uczyć się na nich – tyle że tak się nie dzieje, mylimy się cały czas. Życie według Philipa Rotha jest trudnym równaniem, którego nie rozwiążemy, podstawiając sprzeczne sobie wartości. Ira pragnął spokoju, ale sam kipiał od rozsadzającej go od wewnątrz złości; uważał się za komunistę, ale wybrał wygodne życie u boku aktorki. To po prostu nie mogło się udać, a autor tym samym udowadnia, że od niektórych decyzji nie ma już odwrotu i nie można tak po prostu podnieść się z kolan i zerwać z przeszłością. Każdy z bohaterów Wyszłam za komunistę walczył i przegrał, przez wiele lat okłamując się, że złapał stwórcę za nogi.

Philip Roth w swych powieściach jest pesymistyczny i dekadencki, przytłacza ciężarem życiowych porażek, ale robi to w sposób kapitalny. Osobiście bardzo lubię, gdy powieść pozostawia mnie w stanie zdruzgotania i sprawia, że przez jakiś czas nie mogę przestać o niej myśleć. Nie przeszkadza mi, gdy autor pozwala swej narracji swobodnie płynąć w tunelu wspomnień, nawet jeśli z początku sprawia to wrażenie nieziemskiego chaosu i gadania o niczym. Wręcz przeciwnie, Roth nawet w przypadkowych wtrąceniach wyciska esencję ze słowa pisanego i także te epizody są dla mnie wybornym kąskiem. Jeśli pasjonuje Was taka literatura, to Wyszłam za komunistę jest kolejną pozycją obowiązkową.

Fot.: Wydawnictwo Literackie

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *