Seriale,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Black Mirror”, sezon 5.

Black Mirror
Black Mirror

Pierwsze trzy sezony były jak objawienie. Objawienie przede wszystkim gorzkie, zostawiające po sobie nieprzyjemne (w, paradoksalnie, pozytywnym tego słowa znaczeniu) odczucia. Zmuszały do refleksji, zachwycały, ale i przerażały aktualnością i bliskością dystopijnych wizji twórców. Mowa tu o Black Mirror, którego zarówno Patryk, jak i Martyna, od pierwszych sezonów zostali ogromnymi fanami. Każdy nowy sezon był praktycznie gwarantem przeżywania na nowo tych emocji, a włączając każdy kolejny odcinek, można było spodziewać się mentalnego pobicia i ogromnego pola do rozmyślań o przyszłości naszej cywilizacji i sposobu zachowania człowieka w zetknięciu z nowymi technologiami. Podobnie nasi redaktorzy podeszli do najnowszego sezonu, kolejnego zrealizowanego pod skrzydłami streamingowego giganta, jakim jest Netflix. Czy oczekiwania zostały spełnione? Czy zaledwie trzy odcinki, z których składa się piąty sezon Czarnego lustra, były w stanie zaspokoić apetyt naszych redaktorów na to, do czego przyzwyczaili nas Charlie Brooker i spółka? Przekonajcie się sami. Zapraszamy do lektury.

WRAŻENIA OGÓLNE

Patryk Wolski: Coś niedobrego dzieje się ze starym, poczciwym Black Mirror. Gdy okazało się, że piąty sezon będzie miał raptem trzy odcinki, trochę się zmartwiłem, że przyjemność tym razem będzie krótka. Jakoś mi nie przyszło nawet na myśl, że ilość odcinków może mieć negatywny wpływ na jakość, a nawet więcej – z racji, że czwarty sezon momentami zalatywał stęchlizną, wytłumaczyłem sobie, że twórcy przeprowadzili gruntowną burzę mózgów, aby ich serial nie popadł w stagnację. Niestety, z każdym odcinkiem docierało do mnie, że Black Mirror stopniowo traci swoją magię. Wierzyłem do końca, czekałem na jakieś tąpnięcie, jakiś smaczek – a tu cisza i cisza…

Martyna Michalska: Niestety, muszę się z Tobą zgodzić. Po mocno średnim czwartym sezonie i totalnie rozczarowującym grudniowym odcinku zatytułowanym Bandersntach oczekiwałam tego, za co pokochałam Black Mirror – bezkompromisowości, dających do myślenia i trzymających od pierwszej do ostatniej minuty w napięciu opowieści. Wiem, że pierwszy sezon składał się tylko z trzech świetnych historii, drugi z czterech, jednak ja liczyłam na to, że producenci jakoś mi wynagrodzą spadający od trzeciego sezonu (o którym przeczytacie TUTAJ) na łeb na szyję poziom serialu i znowu po każdym odcinku będę musiała zbierać szczękę z podłogi. Tymczasem dostałam bardzo przeciętne opowieści do łyknięcia w jeden wieczór i utopienia w morzu innych obejrzanych seriali.

ZALETY I WADY PIĄTEGO SEZONU

Patryk: Nijakość to podstawowy zarzut, jaki wytaczam piątemu sezonowi Black Mirror. I nie wiem, czy to dlatego, że twórcy stracili jaja, czy po prostu dobry materiał im się skończył, ale smuci mnie obecny stan tego serialu. Serialu, który przecież zmasakrował mnie sezonami 1-3, a w czwartym, choć kulawym, wciąż można było dopatrzyć się dramatycznych wizji człowieka w starciu z technologią i postępem. To wyróżniało produkcję Charliego Brookera od innych seriali na rynku – ich bohaterowie byli w mniejszym czy większym stopniu uwięzieni w kleszczach “lepszego” społeczeństwa, ale liczne fabularne twisty potrafiły rozgrzać najbardziej leniwe szare komórki. Nie doświadczyłem tego w żadnym odcinku, odniosłem wręcz wrażenie, że Brooker poszedł w stronę lżejszych opowieści, które zamiast zostawić widza z uczuciem niepokoju, grzecznie tulą go do snu. W zasadzie to oprócz The Smithereens mamy do czynienia z historiami, które – o dziwo! – kończą się swego rodzaju happy endem. Też odniosłaś takie wrażenie?

Martyna: Tak! W poprzednich sezonach, nawet jeśli zdarzał się odcinek zakończony happy endem, to zazwyczaj były to tylko pozory, mające skłonić widza do głębszych przemyśleń. W przypadku piątego sezonu jest to, mam wrażenie, chwyt mający na celu przekonać do oglądania szerszą rzeszę widzów. Bardzo w tym sezonie zabrakło mi tego, co pokazywały poprzednie – analizy zachowań człowieka w świecie nowych technologii, ale też refleksji dotyczących jego natury w różnych, często bardzo trudnych sytuacjach (Hymn państwowy), okraszonych bardzo mocną nutą niepokoju i mroku. Nowy sezon bardzo to spłycił, ograniczając się tylko do pokazania gotowych, zamkniętych historii bez pazura, za który uwielbiam pierwsze trzy sezony. Natomiast jeśli chodzi o to, co mi się podobało, to… No właśnie. Nie jestem teraz w stanie wskazać żadnej iskierki w tym morzu nijakości.

Patryk: Też mam problem, żeby wskazać w bieżącym sezonie walor znacznie się wyróżniający. Niestety, jeśli podstawowym zarzutem jest nijakość, to trudno znaleźć coś, co mogłoby temu przeciwważyć. Ja naprawdę nie widzę powodu, dla którego w ogóle jest warto piąty sezon Black Mirror oglądać! Słyszałem od garstki osób zarzuty wobec poprzednich sezonów, gdzie wytykano twórcom drobne szczegóły rzekomo odzierające produkcję ze swojej magii, więc jak najnowsze trzy odcinki miałyby przekonać do siebie malkontentów, skoro zrażają takich zapaleńców jak my?

NAJLEPSZY ODCINEK

Patryk: Nominuję Rachel, Jack i Ashley Too bo najmniej mnie wynudził, a nawet trochę rozśmieszył (chociaż nie tego oczekiwałem po serialu Brookera). W jego założeniu wyalienowana nastolatka jest wpatrzona w swoją idolkę jak w obrazek i świetnie to twórcom wyszło, bo faktycznie wydaje się być ona fanatyczką gotową na wszystko, ale przy okazji nie jest też oderwaną od rzeczywistości osobą, która nie potrafi myśleć racjonalnie. Wątek osobowości w zabawce nie jest może i nowy, ale zadziałał tu głównie dzięki – nie sądziłem, że kiedyś to powiem – przebojowości Miley Cyrus, która bardzo fajnie zagrała rozszarpywaną przez sławę artystkę. Szkoda tylko, że zabrakło tu charakterystycznej dla Black Mirror żylety, która pocięłaby bohaterów na kawałki i zostawiła widzom ocenę moralną. Niestety, chociaż jest to dla mnie najlepszy odcinek tego sezonu, to daleko mu do trzymających w napięciu poprzedników typu San Junipero czy Biały Niedźwiedź.

Martyna: Nie wskażę tutaj żadnego. Producenci bardzo mocno ryzykowali, decydując się na nakręcenie tylko trzech odcinków i o ile w pierwszym sezonie to się sprawdziło, bo dostaliśmy rewelacyjne historie, o tyle w tym wypadku była to kompletna klapa. Gdyby choć jeden odcinek wyróżniał się na tle reszty, to jest szansa, że cały sezon oceniłabym bardziej pozytywnie. Tymczasem, tak jak już wcześniej wspomniałam, nijakość, banał, brak polotu obecne są w każdym z odcinków. I widzę trochę Twoją desperację w konieczności wybrania któregoś odcinka do tej rubryki, bo dla mnie wspomniany przez Ciebie odcinek jest jednym z najgorszych w historii całego serialu. Mamy tu banalną historyjkę o nieszczęśliwej gwieździe, akcję ratunkową tak nierealną, że momentami wręcz wzbudzała moje politowanie, i historię o konieczności walki o swoje prawdziwe ja, żywcem wyjętą z jakichś bzdurnych filmów dla nastolatków. Serio, stężenie banału, słodyczy i schematyczności przeszło wszelkie dopuszczalne normy. Ale najgorsze było to, że powtórzony ze wspomnianego przez Ciebie San Junipero (uwielbiam) motyw ze zgrywaniem świadomości ludzkiej do maszyny był wykorzystany w tak niewiarygodny sposób, że aż przykro się patrzyło.

NAJGORSZY ODCINEK

Patryk: Długo nie muszę się zastanawiać. The Smithereens, chociaż jako jedyny gra dramatycznymi nutami od początku do końca, ma jednocześnie najbardziej idiotyczną fabułę i najbardziej wydumane argumenty głównego bohatera. Męczyłem się, kiedy podstępny taksówkarz coraz bardziej zatapiał się w swym szaleństwie, starając się udowodnić, że to, co zrujnowało mu życie, to wina całego świata, a najbardziej smartfonów i aplikacji społecznościowych, a nie jego. Nie wiem, w jaki sposób ta opowieść miała zmusić widza do refleksji, może Ty mi pomożesz? Może na doczepkę można tu stwierdzić, że ostatecznym czynnikiem zawsze jest człowiek i fakt, że to on dokonuje wyboru? Nawet jeśli, to przepraszam bardzo, ale takich historii mamy już sporo i kolejna świata do góry nogami nie odwróci.

Martyna: Od pierwszych minut bardzo liczyłam na ten odcinek. Mamy tu bowiem historię, która mogłaby poziomem i wagą dorównać do Hymnu państwowego, gdzie nowych mediów nie jest tak dużo, a i tak ich zastosowanie i możliwości, jakie dają, są przyczynkiem do pokazania historii, która każe się zastanowić nad pewnymi kwestiami. Zgadzam się, że w tym wypadku powody zachowania głównego bohatera są bardzo mocno wydumane. Mógłby sobie poradzić ze swoją traumą w bardzo prosty sposób – szukając pomocy psychologicznej. On jednak, zamiast oddać się w ręce specjalisty, oskarża wielką korporację o swoje nieszczęście i chcąc zaznać sprawiedliwości, sięga po kompletnie nieadekwatne środki. Refleksji w tym nie ma żadnej, ot, historia nierozsądnego frustrata. Nie chcę tutaj na siłę szukać jakiejś większej myśli, bo obawiam się, że jej, po prostu, nie ma.

AKTORSTWO

Patryk: Na widok młodocianych gwiazdek spod szyldu Disneya i wyrobów disneyopodobnych dostaję ataku suchot, a mimo wszystko muszę przede wszystkim uhonorować występ Miley Cyrus jako Ashley, nastoletniej gwiazdy pop. Piosenkarka dodała swojemu odcinkowi dużo przebojowości i żywiołowości, nie tylko grą ciała, ale i głosu. W pewnym momencie poznajemy przede wszystkim miły i spokojny głos wokalistki jako element zabawki mającej nabić kabzy producentów Ashley Too, ale w pewnym momencie przechodzi ona drastyczną przemianę i to jest ten moment, kiedy aktorka ratuje odcinek przed popadnięciem w błędy swoich poprzedników.

Martyna: Nigdy nie oceniałam Black Mirror pod kątem gry aktorskiej, bo każdą z postaci traktowałam jako swojego rodzaju marionetkę stworzoną po to, aby cała historia miała ręce i nogi. Tak było też w tym sezonie. Nikt nie zapadł mi szczególnie w pamięć, każdy z aktorów wywiązał się ze swojego zadania dobrze, co chyba jest jedynym jasnym punktem tego sezonu.

KWESTIE TECHNICZNE

Patryk: Black Mirror, z racji swojej szerokiej tematyki powiązanej z technologiami, posiadało wiele walorów estetycznych – zarówno pod kątem efektów specjalnych i scenografii, jak i montażu. Rozkładając piąty sezon na czynniki pierwsze, możemy powiedzieć, że nawet tutaj jest ubogo. Pierwszy odcinek ma kiczowate efekty specjalne, gdy bohaterowie logują się do gry VR i staczają klasyczną walkę w grach typu Tekken. I wygląda to po prostu śmiesznie, żenująco, na szczęście jest na tyle przerysowane, że można to wziąć za żart twórców. Bo nie wątpię, że gdyby chcieli pokazać taką walkę na poważnie, to byłoby to bez cienia pastiszu. W trzecim odcinku widzimy zabawę hologramami i animację elektronicznej zabawki… która wygląda po prostu dobrze, nic poza tym. Tak jakby twórcy stwierdzili, że po wypuszczeniu przez Netflixa produkcji Miłość, śmierć i roboty nawet nie warto rywalizować o ekranowe fajerwerki.

Montażowo natomiast twórcy niczym nie zaskakują. Akcja toczy się od początku do końca jak po sznurku, brak tu ciekawych zabiegów montażowych, a jedyne, co można wyróżnić, to obecność krótkich podsumowujących scenek między napisami końcowymi. Które w sumie mówią o tym, że społeczeństwo gapi się w telefony i wolny czas lubi spędzać w wirtualnym świecie. Thank you, Captain Obvious!

Martyna: Montaż, scenografia, muzyka i efekty specjalne bardzo pasują do słowa kluczowego tego sezonu – przeciętności. Twórcy nie pokazali niczego, czego bym już kiedyś nie widziała, a wszystkie technikalia służą temu, co już zauważyłeś – poprowadzeniu fabuły jak po sznurku bez konieczności zastanowienia się, wzbudzenia choćby odrobiny ciekawości, niepokoju czy zmylenia tropu. Jedyne, co w tej kwestii zasługuje na małą pochwałę, to cover kawałka Head Like Hole zespołu Nine Inch Nails wykonany przez Miley Cyrus. Była gwiazdka Disneya bardzo mi się podoba w takim wydaniu, jednak pewnie bardziej bym doceniła tę scenę, jeśli piosenka byłaby od początku do końca napisana przez wokalistkę i twórców serialu.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Patryk: Nie wiem, czy Charlie Brooker zamierza umierać za Black Mirror, ale ja mam cichą nadzieję, że parę osób odpowiedzialnych za realizację ostatnich sezonów przemyśli sobie, czy kolejne sezony są na pewno potrzebne. Nie mogę ukrywać, że piąty sezon rozczarował mnie na tyle, że ewentualnych kontynuacji nie będę już wyczekiwał z utęsknieniem. Jeśli Black Mirror nie jest w stanie wrócić do historii z czasów swojej świetności, to może lepiej ten projekt zamknąć i zająć się czymś nowym? Trzy omawiane przez nas odcinki raczej świadczą o wypaleniu się Brookera i spółki niż stałym rozwijaniu.

Martyna: Nowy sezon niesie smutne refleksje i to nie ze względu na jego dobry poziom. Wręcz przeciwnie – słabe odcinki każą się zastanowić, co się stało ze starym, dobrym Black Mirror, gdzie niemal każdy odcinek wgniatał w fotel, a głowa aż kotłowała się od myśli. Te trzy historie dla mnie wyglądają na odrzuty z poprzednich sezonów, których pokazanie widzom podyktowane było jedynie koniecznością, a nie faktyczną wizją i pomysłem. Ja jednak będę czekać na nowe sezony, bo mam nadzieję, że producenci jeszcze nas zaskoczą, a Charlie Brooker udowodni, że nadal jest w formie.

Fot.: Netflix


Przeczytaj także:

Wielogłos o serialu Rok za rokiem