Książki,Wielogłos

Wielogłosem o…: „Później”

później
później

Później, czyli najnowsza książka Stephena Kinga, nieco podzieliła nasze redaktorki, które usiadły do poniższego Wielogłosu. Choć w wielu kwestiach się zgadzają, to jednak Anna dostrzega więcej plusów w tej historii niż Sylwia, która przyznaje, że męczyła się podczas lektury i nie do końca śpieszyło jej się do powrotu, kiedy przerywała lekturę. Opowieść o chłopcu, którego beztroskie dzieciństwo kończy się z chwilą, gdy zaczyna widzieć duchy martwych ludzi, miała szansę – i tutaj obie redaktorki są zgodne – stać się czymś więcej, miała zadatki na wciągającą historię. Tymczasem pozostawia po sobie uczucie niedosytu. O tym, jednak, co o nim przesądza, i czego w szczególności zabrakło w najnowszej książce twórcy takich kultowych dzieł jak Zielona Mila czy Lśnienie, przeczytacie poniżej. Zapraszamy do lektury Wielogłosu i oczywiście do dzielenia się swoimi wrażeniami po lekturze Później.

 

WRAŻENIA OGÓLNE  

Anna Sroka-Czyżewska: Za każdym razem, kiedy docierają do mnie wieści o nowej książce Stephena Kinga, nie mogę wprost doczekać się, aby się dowiedzieć, co też nowego szykuje nam, pochodzący z Maine, najsławniejszy i najpłodniejszy pisarz horroru. Może i Kinga nie trzeba przedstawiać, może każdy czytał kiedyś choćby jedną jego książkę, ale niewątpliwie także w ostatnich latach przeżywa on renesans zainteresowania swoją twórczością. I wspomnieć tu można również, jako o powodzie takiego stanu rzeczy, powstające ekranizacje jego dawniejszych powieści (To z 2017, czy Smętarz dla zwierzaków z 2019), które i tak są którymiś z kolei ekranizacjami (serial To z 1990 czy majstersztyk kiczu – Smętarz dla zwierzaków z 1989). Groza dawnego Kinga przeciwstawiona jest w pewien sposób z nowymi próbami straszenia, ale czy to się udaje? Nowe ekranizacje są w porządku, jednak nie mają w sobie magii dawnych filmów i w jakiś sposób ich unowocześnienie im zaszkodziło. A jak mają się całkiem nowe powieści pióra mistrza? W 2013 roku ukazały się JoylandDoktor sen – powieści, które są nowocześniejsze, ale trzymają poziom tego starego, dobrego króla grozy. Kolejne książki, takie jak chociażby Uniesienie wydawały się skokiem na kasę i zwyczajną porażką. To, co kiedyś wrzucone byłoby do szuflady lub wpasowane w któryś zbiór opowiadań, stało się pełnowymiarową powieścią. A raczej tworem udającym pełnowymiarową powieść. Podobne głosy unosiły się w okolicach premiery Później – i, mimo że niewielka objętościowo, to powieść ta przywraca po kilku latach wiarę w to, że King ma jeszcze w swojej głowie ciekawe opowieści. Nawet fakt, że nie ma w Później nic odkrywczego, nie zmienia mojego wrażenia – to po prostu dobra historia – napisana prosto, w gawędziarskim stylu, z pełnokrwistymi postaciami, z nutką paranormalności, która przypomina o złych ludziach w sposób, w jaki potrafi robić to tylko Stephen King.

Sylwia Sekret: Z Kingiem jest tak, że będąc w literackim świecie postacią kultową i mając już taką renomę, jak mało który pisarz – może stworzyć w zasadzie wszystko czy nawet: byle co, a to i tak dobrze się sprzeda. Nie twierdzę, że twórca Zielonej Mili z tego prawa korzysta, ale na pewno zdaje sobie z niego przynajmniej po części sprawę. Fani Kinga z czystego obowiązku będą chcieli mieć w biblioteczce każdą kolejną jego powieść czy zbiór opowiadań, nie mówiąc już o obowiązku przeczytania najnowszego dzieła. I nawet jeśli nie będzie ona tak dobra, jak poprzednie – sentyment i szacunek sprawią, że spojrzą oni na nią łagodniejszym okiem. I ja właśnie tak miałam z lekturą Później. Powieść niestety mnie rozczarowała, choć nie nazwę jej książką złą. Być może jednak, gdyby jej twórcą był ktoś inny, byłabym bardziej krytyczna niż po prostu rozczarowana.

RYS FABULARNY

Anna: Jamie Conklin od najmłodszych lat czuje się inny – nie przypomina sobie jednak żadnego zdarzenia, które by tę inność w nim obudziły. Po prostu pewnego dnia zobaczył martwego człowieka. Widmo śmierci miało już z nim pozostać, a to, co ujrzał i przeżył, miało wpłynąć na jego dalsze losy. Taki zalążek fabuły nie jest niczym nowym w prozie Stephena Kinga – wszelkiej maści ludzie z tak zwanym trzecim okiem są często bohaterami jego opowieści i to tacy naprawdę przeze mnie lubiani, jak Johnny Smith z Martwej Strefy, który jako pierwszy przyszedł mi do głowy, kiedy poznałam postać Jamiego. Zanurzenie rzeczywistości w wycinku świata paranormalnego to bardzo mocno wybrzmiewający temat w książkach Kinga, można powiedzieć, że cała jego twórczość na tym bazuje.  

Sylwia: Nie bez związku z fabułą jest zarówno praca matki Jamiego, jak i jej życie uczuciowe. Tia przejęła bowiem po swoim bracie, który bardzo wcześnie zachorował na Alzhaimera, wydawnictwo, toteż w domu głównie zagłębia się w kolejne powieści czekające na akceptację lub odrzucenie. Jej ukochana, Liz, jest natomiast policjantką, do której Jamie ma mocno ambiwalentny stosunek. King zręcznie wykorzystuje zarówno zawodowe, jak i prywatne życie matki głównego bohatera do tego, by pchać akcję do przodu, co wydaje się sprytne, zważając na fakt, że sam Jamie jest samotnikiem, nie ma kolegów, nie ma za bardzo innych zajęć poza szkołą, w związku z czym pisarz musiał tę pustkę wypełnić czymś innym.

WADY I ZALETY POWIEŚCI

Anna: Nie da się uniknąć porównań do innych książek Kinga i myślę, że w przypadku Później również jest to nieuniknione. Zdawałoby się, że wtórność i banał, jakimi posługuje się tutaj King (chłopiec widzący zmarłych nie jest niczym nowym w popkulturze, co skwapliwie przypomnieli wydawcy, pisząc o Szóstym zmyśle), będąwadą książki, jednak nie jest to wcale tak proste. Mimo że historia kołem się toczy i tylko wybrzmiewa w różnych okolicznościach (Johnny Smith z Martwej strefy zyskał zdolności po paskudnym wypadku, ale inne postacie pióra Kinga jak np. Danny Torrance – LśnienieDoktor sen – już wcale nie mieli pewności, skąd posiadają takie nadnaturalne zdolności), to konstrukcje postaci są bardzo podobne. Nie jest to wcale ujmą, ponieważ King tworzy postacie pełnokrwiste, rzeczywiste, jak gdyby stały tuż obok, ale także postacie o bardzo pogłębionej psychice. W jakiś sposób też przesiąknięte są one melancholią, którą od czasu do czasu w bardzo różnym natężeniu można u pisarza wyczuć. W Później mamy podobny klimat – czegoś nieuchwytnego, straconego, jak w Joyland, innej powieści Kinga, która trochę się zagubiła i nie została szeroko doceniona. Jest to powieść przykra, smutna i w pewnym sensie Później kultywuje tę tradycję i sięga po podobne mechanizmy. Wszystko po to, aby oddać nam klimat utraconej niewinności, raz na zawsze utraconej przez Jamiego, kiedy ujrzał zmasakrowanego ducha i później, kiedy to toczyły się właściwe wydarzenia, aż do – naprawdę ciekawego i być może zaskakującego dla niejednego czytelnika – finału.

Sylwia: O ile zgodzę się, że w Joyland, klimat był wyjątkowy i niepodrabialny i nawet jeśli sama powieść komuś nie przypadła do gustu, to owego klimatu właśnie nie sposób było nie docenić, o tyle w Później mi tego całkowicie zabrakło. I chyba właśnie brak klimatu najbardziej wpłynął na moje rozczarowanie lekturą. Śmiem twierdzić, że to bodaj najmniej klimatyczna powieść Króla Horroru. I jest to bardzo, ale to bardzo wielka wada tej powieści.

Anna: Nie byłabym sobą, gdybym nie cierpiała na niedostatek po lekturze Później – było jej po prostu za mało. Słowa szybko uciekały, a książkę skończyłam w dwa wieczory, choć chciałabym ją rozciągnąć na wiele więcej, bo po prostu dobrze mi się ją czytało, a postać Jamiego trafiła do mojego serca – nie da się nie lubić tego samotnego chłopca, który mierzy się z prawdami o życiu, zbyt trudnymi dla jego wieku, a mimo to nie traci dobrego humoru. I to jest niewątpliwą zaletą Później – zabiera nas do wciągającego świata i staje się świetną rozrywką z nutką dreszczyku, kiedy to martwimy się o naszego bohatera i gdybamy, dokąd zmierza fabuła.  

Sylwia: Niedostatek jest i to spory, ale ja niestety odczuwam go nieco inaczej niż Ty. U mnie zawiera się on we wszystkich wadach. W tej powieści było po prostu za mało wszystkiego – za mało Kinga, za mało klimatu, za mało fabuły, za mało bohaterów, za mało emocji… Przyznaję bez bicia, że lektura mi się dłużyła i nie bardzo nawet chciało mi się do niej wracać po każdorazowym odłożeniu książki na bok. Nie ciągnęło mnie do niej, nie interesowało mnie, co będzie dalej. Jedynymi fragmentami, które zaskarbiły sobie moją uwagę, były te, w których pojawiał się starszy profesor, były sąsiad głównego bohatera. To była dla mnie jedyna postać, od której biło jakieś ciepło, jakaś prawda i widziałam w tej postaci dawnego Kinga. Szkoda, że bohater ten nie dostał więcej czasu. Jego duet z Jamiem mógł ożywić Później

Najnowsza powieść Kinga ma bardzo słabo zarysowanych bohaterów, w tym nawet głównego dzieciaka, ale o postaciach opowiemy za chwilę, chciałam tylko podkreślić, że dla mnie jest to spora wada i że w głównej mierze przez to wypada ona tak nijako – zwłaszcza na tle poprzednich dokonań Kinga. Oprócz tego jednak mam wrażenie, że fabuła w zasadzie do niczego nie prowadzi, a zakończenie powieści jedynie mnie w tym utwierdziło. Traktuję tę powieść dość płytko i nawet nie chce mi się zagłębiać w szukanie ukrytej po kątach problematyki. Oczywiście, owo utracone dzieciństwo, w dodatku przedwcześnie, jest stałą w Później, ale czy to wystarcza? Nawet ten temat nie został moim zdaniem wykorzystany tak, jak na to zasługiwał. 

Mam niestety wrażenie, że przeczytałam jedynie szkic powieści, pomysł, zarys, a nie gotową opowieść pisarza z Maine. A szkoda.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Anna: 22-letni Jamie opowiada nam swoją historię, która działa się w ciągu kilkunastu lat. Jako sześcioletni chłopiec po raz pierwszy ujrzał ducha, aurę człowieka, który niedawno umarł. Wkrótce też odkrywa, że może z tymi zmarłymi rozmawiać, a odpowiednio zapytani – muszą mu powiedzieć prawdę. Wiedza o tajemnicach zmarłych sprowadza na chłopaka niebezpieczeństwo. I chociaż Jamie nie różni się zbytnio od swoich rówieśników, to przytłacza go samotność, a kiedy dodamy, że chłopak ma nadnaturalne zdolności, o których nawet jego mama nie za bardzo chce słuchać, to pojawia się obraz bardzo samotnej i nad wyraz dojrzałej postaci. Jako młody chłopak nie miał już oparcia w rodzinie czy przyjaciołach. Nie mógł zwierzyć się swojej mamie z tego, jak przerażające są dla niego widoki pokiereszowanych zmarłych i jak ciąży mu wiedza o ich tajemnicach. Później, w potyczce z prawdziwymi złymi martwymi, też nie miał niczyjego wsparcia. Dlatego też myślę, że postać Jamiego może budzić dużą sympatię i kibicujemy mu w starciu ze złem, które spotyka na swej drodze. 

Sylwia: A ja mam właśnie problem z Jamiem. Nie jest w żadnym wypadku postacią irytującą ani budzącą antypatię, ale żebym jakoś mocno trzymała za niego kciuki i bała się o niego… Tego też nie mogę powiedzieć. I była to chyba pierwsza powieść Kinga, podczas której czytania nie zżyłam się z żadnym bohaterem. Nie czułam go. Wydaje mi się, że problem polega na tym, iż o chłopaku, wbrew pozorom, wiemy niewiele. Znamy go jedynie z konkretnych sytuacji, sytuacji – dodajmy – nietypowych dla zwykłego dzieciaka czy nastolatka. Nie wiemy więc wiele nawet o jego charakterze. Jest opiekuńczy w stosunku do matki czy starszego sąsiada, jest bystry jak na swój wiek, jest odważny, ale do tego mogły się przyczynić jego niezwykłe zdolności widzenia zmarłych i rozmawiania z nimi… Czy jesteśmy w stanie powiedzieć coś więcej o chłopcu z Później

O wiele ciekawszą postacią wydaje się kochanka jego mamy, policjantka Liz, ale i ona, moim zdaniem, nie została w pełni przez autora wykorzystana. To postać, która ma wszystko, by zrobić z niej bohaterkę o niesamowicie interesującym profilu psychologicznym. Z jednej strony kochająca i umiejąca okazać wsparcie i czułość dziecku swojej partnerki, z drugiej jednak… ze skłonnością do autodestrukcji, w dodatku z wątpliwym kodeksem moralnym i niezważaniem na konsekwencję swoich działań, a mam tu na myśli konsekwencje odbijające się na jej bliskich, a nie na niej samej. Gdyby tylko powieść była dłuższa, gdyby tylko Liz dostała więcej czasu i była postacią jeszcze mocniej niejednoznaczną. Bo niestety, gdy Liz zaczyna się staczać, stacza się systematycznie. Szkoda, że nie było miejsca na jej walkę z jej własną ciemną stroną.

PROBLEMATYKA

Anna: Przez dekady utarło się i przylgnęło do Stephena Kinga miano pisarza szafującego nadprzyrodzonymi elementami, ale kiedy przyjrzeć się bliżej, to głównie ciężar nadprzyrodzonych zjawisk spoczywał na kreowanych przez niego postaciach. I tak mieliśmy już do czynienia z bohaterami, którzy posiadali przymioty niepojęte zwykłemu śmiertelnikowi. We wspomnianej przeze mnie Martwej strefie mamy do czynienia z bohaterem, który mocno i głęboko przeżywa zyskane przez siebie zdolności, które pożytkuje, pomagając w policyjnym dochodzeniu. Jednak w Martwej Strefie nic nie jest zero-jedynkowe, a postać Jonny’ego Smitha nie jest prosta i szablonowa. Za to właśnie cenię warsztat mistrza, że prostota fabularna jest okraszona tak żywymi i prawdziwymi bohaterami. Jednak na tle Martwej strefy, Później wypada blado. Mimo że nadal postać Jamiego jest ciekawa i nie jest płytko zarysowana, to jednak nie umywa się do innych postaci, które nie zostały nigdy do końca poznane i odkrywały tylko to, co trzeba, na kartach powieści Kinga. W Później problematyka też nie jest bardzo rozwinięta – jest to, jak wcześniej już wspomniano – prosta historia: oto młody chłopak, który nagle odkrywa, że widzi aury zmarłych, wyglądających dokładnie tak jak w chwili śmierci. I choć dla młodego człowieka, a raczej dziecka, widok kogoś, kto nie różni się od żyjącego, nie robi wrażenia, to traumatyczne może być widzenie osób, które zginęły w wypadku czy od postrzału. I tutaj Jamie cierpi i przeżywa swój dar, nie mając tak naprawdę wsparcia w nikim i samemu przechodząc przez szybki kurs dorastania. Kiedy jednak Jamiemu objawia się grzmociarz, seryjny zabójca z nowego Jorku, coś się zmienia i zostaje on przy chłopaku na dłużej, na naprawdę długo, wywołując szereg sytuacji, które przerażają młodego chłopaka. I tutaj też możemy dostrzec, że King postawił w Później na fabułę, na postępującą akcję, a mniej na rozbudowane życie wewnętrzne bohatera. I muszę przyznać, że tym faktem jestem zawiedziona, gdyż przywykłam, że powieściach Kinga otrzymuję szeroko rozbudowane opisy postaci, które mają znaczenie nawet małe lub jeszcze mniejsze, a choć postać Jamiego dla fabuły znaczenie ma duże, nie został on nakreślony w sposób, w jaki powinien. To szybka i sprawna powieść, jednak odbiegająca od tego, co podobnie narracyjnie King uczynił w Dallas ’63 czy wybitnej Ręce mistrza. Tak jakbyśmy otrzymali zaledwie szkic czegoś, co King chciał uczynić pełnoprawną powieścią na minimum osiemset stron. 

Sylwia: Dokładnie! To jest to, o czym napomknęłam już wcześniej. Później zdaje się jedynie wstępnym pomysłem na rozbudowaną powieść, w dodatku taką, która ma zadatki na rewelacyjną. Tym bardziej że problematyka również miałą szansę na naprawdę ciekawy rozwój i kierunek. Stephen KIng kolejny raz odsłania przed nami wizję życia po śmierci, ale nie takiego, jakiego byśmy sobie życzyli. Zazwyczaj myśl o tym, że śmierć nie stanowi ostatecznego końca, jest w jakiś sposób pocieszająca i sprawia, że nie boimy się aż tak bardzo umierania. Tymczasem w Później nie do końca to pocieszenie otrzymujemy. Jamie widzi zmarłych. Śmierć nie oznacza więc końca wszystkiego, Ale po pierwsze, ci zmarli w zdecydowanej większości po kilku dniach powolnego zanikania, znikają całkowicie, a po drugie (o wiele gorsze), ci zmarli nie przypominają już siebie. Nie fizycznie, ale psychicznie. Reprezentują sobą to, czego najbardziej nie lubimy w ludziach i czego obawiamy się często jeszcze bardziej niż złości i nienawiści skierowanej w naszą stronę – obojętność. W tych duchach nie ma żadnych uczuć, nie ma w nich zainteresowania, nawet w stosunku do najbliższych. Są trochę jak zombie i to w wizji Kinga było dla mnie najbardziej przerażające. Gdyby tylko King pociągnął to dalej, gdyby brnął w to, zamiast porzucać przy pierwszym napomknięciu, mogłaby to być powieść przyprawiająca o dreszcze. Mogłaby być to powieść, którą porównałabym do Przebudzenia – bo i tu, i tu najstraszniejsze jest dopiero przed nami i cały czas będzie – nawet po skończeniu powieści. Zarówno dla czytelnika, jak i dla bohaterów. Ale o ile po lekturze Przebudzenia te straszne myśli zostawały ze mną i wracamy do mnie, o tyle o Później zapomnę prędzej, niż mi się wydaje. 

Przy całej plejadzie wad, jakie wymieniam, i przy całym moim rozczarowaniu powieścią, warto jednak oddać Kingowi to, że kolejny raz udało mu się pokazać (choć tym razem kładąc na to niewielki nacisk), że zło powodują i prowokują ludzie. Nie istoty z zaświatów, nie duchy i demony. Bo choć one w światach Kinga istnieją, to większym zagrożeniem jest właśnie człowiek. Czy bowiem Jamie musiałby wzywać złe siły, gdyby nie człowiek?

STYL I JĘZYK

Anna: O stylu i języku prozy Kinga można by pisać wiele stron, jednak w Później tak naprawdę nie ma nic, co byłoby nowe czy odkrywcze. Jest to powieść, która mogłaby spokojnie być wrzucona do worka powieści tzw. „paperback”, powieści w miękkiej oprawie, a najlepiej wydanej w małym formacie, który zmieści się do plecaka i będzie można do niej wrócić w podróży czy chwili nudy. Nie sądzę, aby powieść mogła jakoś szczególnie zapaść w pamięć czytelnika oprócz miłego i sympatycznego bohatera, wartkiej i wciągającej akcji i może kilku oczek puszczonych w stronę stałego czytelnika; nie zawiera w sobie nic, za co można by ją zapamiętać. Jest to gładko napisana książka, która płynie od punktu A do punktu B i nie zwalnia, nie pozwala się rozkoszować słowem, tak jak to miało miejsce na przestrzeni lat twórczych Stephena Kinga. I nie zawsze powieści wybitne musiały być długie. Jednak każdy chyba dostrzeże różnice między genialnością Lśnienia a zwykłością Później. I mimo że cieszy, iż King napisał jeszcze coś fajnego, to jak okazuje się po wnikliwszej analizie – więcej w Później wad niż zalet.

Sylwia: Tak, Później, to powieść dość typowa, jeśli chodzi o twórczość Kinga, ale też dość uboga. Gdybym nie czytała innych powieści tego pisarza, w których narratorem lub głównym bohaterem nie jest dorosły, to być może zrzuciłabym to na karb właśnie tego. W Później również stylistycznie mi czegoś zabrakło. Czytając, czułam się, jakby powieść nie była o młodszym bohaterze, ale dla młodszych czytelników. A przecież wcale tak nie jest. Na plus oczywiście zapisuje się bezpośredniość w zwrotach do odbiorców opowieści, ale nie jest to nic nowego. 

Powieść teoretycznie powinno się czytać szybko, bo napisana jest prostym językiem i jest niedługa, ale ja się z nią po prostu męczyłam. Nie zamierzam jednak zwalać całej winy na autora. Bardzo możliwe, że książka nie trafiła po prostu na dobry grunt albo złapałam za nią w złym czasie. Być może kiedy indziej spędziłabym z nią czas o wiele milej, a lektura minęłaby szybciej. Tymczasem teraz odbiłam się od niej i raczej nie zostanie w mojej głowie na dłużej.

WYDANIE

Anna: Wydanie robi wrażenie (a szczególnie okładka retro wydania w USA) i skłania do tego, aby Później sklasyfikować jako kolejną z książek, która nawiązuje do konwencji hardboiled – to taki kryminał detektywistyczny, z którym mieliśmy już do czynienia w serii o Panu Mercedesie czy wspomnianym już Joyland. Jednak podczas lektury oczekiwania ulatują, bo okazuje się, że za dużo z konwencji podgatunku w Później nie otrzymamy, a jeśli nam na tym zależy, to Joyland sprawdzi się rewelacyjnie – to pierwsza taka stylizowana retro historia kryminalna spod pióra Kinga – doskonała w swojej formie i doskonała w odbiorze. Chciałam jeszcze raz podkreślić, że Później bardziej sprawdza się objętościowo jako nowela i pewnie tak by kiedyś było sprzedane, ale duża czcionka i interlinia wydłużają tekst i można go już wrzucić jako powieść. Dobrze chociaż, że nie jest to tak rozczarowujące, jak w przypadku Uniesienia.  

Sylwia: Mnie polska okładka nie tyle nie przypadła do gustu, ile nijak w moim odczuciu nie odzwierciedla tego, co znajduje się w środku. Grafika na okładce razem z tytułem przywodzą mi na myśl raczej jakąś kolejną zagmatwaną, kryminalno-miłosną historię Musso niż powieść Stephena Kinga. Ale to kolejny raz po prostu moje osobiste odczucia. I przyznać trzeba, o czym już wspominałaś – książka sprawia wrażenie o wiele obszerniejszej poprzez wydanie, niż w rzeczywistości jest. 

A ponieważ kolejny raz wspominasz Uniesienie, czuję się wywołana do tablicy. Choć sama bowiem nie oceniłam tamtej powieści zbyt dobrze, zwłaszcza czując się niemal oszukana finałem, który wprawił mnie w zażenowanie, to sama lektura, do finału, była naprawdę przyjemna. Pomijając zarówno pomysł, jak i fabułę, samo czytanie było przyjemnością i książkę pochłonęłam raz-dwa. W przeciwieństwie do Później. Podobnie rzecz ma się z postaciami. Choć Uniesienie (moją recenzję znajdziecie tutaj) jest fabularnie i problematycznie o wiele bardziej „nijakie” od Później, to jednak w tej pierwszej bohaterowie wydali mi się bardziej ludzcy, ciekawi i potrafiłam z nimi sympatyzować. Tutaj, w najnowszej historii Kinga, tego mi właśnie zabrakło.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Anna: Jamie jako narrator rozpoczyna opowieść od słów: „Myślę, że ta historia to horror”. I niestety po lekturze Później muszę przyznać, że ta historia wcale horrorem nie jest. Elementy nadnaturalne, które wplata w fabułę King, wcale jakoś bardzo nie straszą – opisy zmasakrowanych ofiar? Nie za bardzo i nie za wiele. Może jedynie przypomnienie o tych złych ludziach, którzy gdzieś tam czyhają, może robić wrażenie, ale myślę, że tylko wtedy, kiedy wczujemy się mocno w sytuację Jamiego, który jest dzieciakiem i widzi i słyszy rzeczy, na które nie jest przygotowany żaden dorosły. Ale nie ma tu ani zbyt wiele dosłowności, ani nie ma zbyt dużego oddziaływania na wyobraźnię czytelnika. Taka prosta fikcja, prosta opowieść dla fanów Kinga, a być może – a może: przede wszystkim – dla osób, które jeszcze Kinga nie czytały? Bo nie będą zrażone tym, jak płytko autor przedstawił świat, jak nie zgłębił wystarczająco psychiki bohaterów? No i przede wszystkim: jak nie chciało mu się machnąć tych dwustu stron więcej? Bo tego mi przede wszystkim brakowało w Później – pochłaniającej mnie fabuły, opisów bohaterów, anegdot, które z taką lubością pisarz wkładał w swoje historie. No i przede wszystkim tego dreszczyku strachu, który czułam przy tak wielu lekturach Kinga, jak choćby w Doktorze sen, który nie tak dawno przecież wydany, mógł być uznany za odcinanie kuponów od Lśnienia, a okazał się wyborną rozrywką, gdzie też boimy się o małoletniego bohatera, ale tam groza przybiera namacalną formę i ją po prostu czuć. Podobnie jest w Instytucie, kolejnej nowszej powieści, której bohaterami są dzieci obdarzone nadprzyrodzonymi zdolnościami. Tam również dał sobie King czas na rozkręcenie dobrej fabuły. W Później tego nie ma. Tak jakby to była opowieść snuta przez bohatera jakiejś większej historii Kinga, a nie pełnowymiarowa powieść. Tego trochę żal.  

Sylwia: Powiem więcej – cholernie tego żal. Bo Później mogło być fantastyczną powieścią, w której King łączy te elementy, które po pierwsze najlepiej mu wychodzą, a po drugie, są najbardziej ukochane przez jego czytelników. Mamy tu bowiem nie tylko elementy nadprzyrodzone, wspomnienie życia po śmierci i jakieś nienazwane zło, które wylewa się na nasz świat z innego, ale także młodziutkiego bohatera, dla którego dzieciństwo kończy się wraz z chwilą ujrzenia pierwszego martwego (lecz nie do końca) człowieka. Niestety – książka sprawia wrażenie niedokończonej, przez co po lekturze towarzyszy mi uczucie żalu i niedosytu. Później mnie rozczarowało, bo miało wszystkie elementy, by stać się kolejną bardzo dobrą książką Kinga. Ale żaden z tych elementów nie został w pełni wykorzystany.

Mam natomiast wrażenie, że powieść Później świetnie sprawdziłaby się jako miniserial lub film. Ta historia podrasowana przez odpowiednie zdjęcia, efekty specjalne i aktorów, którzy tchną więcej życia w bohaterów, mogłaby okazać się świetną produkcją w stylu Locke & Key, tylko może nieco bardziej mroczną.

Fot.: Albatros

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *