Wielogłosem o…: “Wyspa Psów”

wyspa psów

Wyspa psów od Wesa Andersona z plejadą gwiazd Hollywood niezwykle pozytywnie zaskoczyła naszych redaktorów. Zarówno Mateusz, jak i Sylwia, doceniają poklatkową animację, która w dużej mierze stanowi o atrakcyjności tego filmu. Jednak kwestie techniczne to niejedyne walory produkcji – nasi redaktorzy w poniższym wielogłosie dyskutują między innymi także o uniwersalności tej historii, o wielu gatunkach, po których sie porusza, o symbolice, czyniącej z tej animacji dzieło wielowymiarowe, o odniesieniach do kultury Japoni… Jest tego naprawdę całkiem sporo, a konkluzja jest jasna – na Wyspę psów zdecydowanie warto się wybrać, jesli tylko macie jeszcze możliwość. Seans się nie nudzi ani przez chwilę, a dostarcza przeróżnych emocji. Należy jednak pamiętać, by nie zabierać do kina dzieciaków – najnowsze dzieło Wesa Andersona choć jest animacją, nie jest przeznaczone dla oczu młodszych widzów. Zresztą, z pewnością domyślicie się tego z poniższego wieloglosu.

WRAŻENIA OGÓLNE

Sylwia Sekret: Szłam na ten film właściwie bez żadnych oczekiwań, a nawet mogę powiedzieć, że nieco zniechęcona. Przeczytawszy opis, uznałam, że nie będzie w tym nic ciekawego – zwykły, familijny film, dla kaprysu osadzony w Japonii. Co prawda znany reżyser i aktorzy dubbingujący robili wokół tej produkcji hałas, ale byłam przekonana, że nie zrobi ona na mnie żadnego wrażenia i wtedy mogłabym się założyć, że będę się nudzić. “Tłumy” na sali kinowej również nastawiły mnie do niego negatywnie – oprócz mnie i Mateusza były jeszcze tylko dwie osoby. Nie zrozumcie mnie źle – takie produkcje, na których sala jest zapełnionam to również nie moja działka, ale ziejące pustką pomieszczenie nie wróżyło niczego dobrego. No i jak to zazwyczaj w tego typu sytuacjach bywa (podobnie miałam choćby przy okazji seansów Big Short czy High-Rise) – byłam niesamowicie pozytywnie zaskoczona. Wyspa psów okazała się niesamowitym filmem – dziwacznym, ale niesamowitym. Czas zleciał bardzo szybko, a mnie towarzyszył chyba cały wachlarz emocji – śmiech, strach, złość, smutek, zdziwienie… Wes Anderson swoim najnowszym dziełem pokazuje, że czego by nie mówiono o kinie – wciąż nie pokazano wszystkiego i twórcy nadal mogą czymś zaskoczyć widza. Ja czuję się zaskoczona Wyspą psów i choć założę się, że w pełni nie zrozumiałam dzieła amerykańskiego reżysera, to nie raz jeszcze po niego sięgnę i mam nadzieję, że za każdym razem odkryję w nim coś nowego. A Ty, Mateusz? Spodziewałeś się czegoś innego, czy animacja niczym Cię szczególnie nie zaskoczyła?

Mateusz Cyra: Ja z kolei szedłem na Wyspę psów z jakąś nie w pełni dla mnie zrozumiałą pewnością, że wyjdę z seansu zadowolony, mimo tego że nie przepadam za stylistyką Wesa Andersona. Grand Budapest Hotel wymęczył mnie tak, że nie byłem w stanie obejrzeć filmu do końca, z kolei Kochankowie z księżyca irytował mnie formą i marzyłem o tym, by film skończył się czym prędzej. Nie wiem, może w tym momencie wykazuję się filmową ignorancją, ale dotychczas nie potrafiłem docenić specyficznego stylu tego reżysera i scenarzysty. Jednak pisząc w lutym pierwsze informacje na temat najnowszego dziecka Amerykanina, przeczuwałem, że tym razem będzie przynajmniej dobrze. Nie byłem jednak przygotowany na to, że będzie rewelacyjnie.               

                                   

PLUSY I MINUSY FILMU

Sylwia: Niektórzy pewnie uznają, że przesadzam, ale w tym filmie chyba wszystko daje po prostu sumę gigantycznego plusa. Wiem, wiem – to przecież “tylko” animacja, ale animacja, w której wszystko jest dopracowane, na swoim miejscu i przemyślane. O stronie technicznej filmu będziemy rozmawiać później, ale oczywiście jest ona przeogromną zaletą tej produkcji. Poklatkowa animacja jest cudowna i stanowi w dużej mierze o sile Wyspy psów. Również połączenie róznych gatunków, do jakiego doprowadził Anderson, robi tej produkcji wiele dobrego. Mamy bowiem film animowany, z elementami rysunkowymi, który zamiast być bajką dla najmłodszych, przedstawia sobą zarówno dramat, jak i komedię, ale także opowieść obyczajową z elementami czarnego niekiedy humoru. Film może być również traktowany jak swego rodzaju przypowieść, a nawet bajka (w rozumieniu nie dzisiejszym, lecz bardziej Ezopowym) – mamy bowiem symbolikę, zwierzęta obdarzone cechami ludzkimi, dość jasny podział na dobrych i złych, a także i morał – co prawda znajdzie się ich kilka, w zależności od tego, jak kto odczyta tę historię, ale jednak. Na plus zapisać należy również sporą liczbę odniesień (w tym także żartobliwych), a także to, jak reżyser “rozprawił” się z japońskością w swoim dziele. Z jednej strony oczywistym wydaje się fakt, jakimi twórcami się inspirował – czego zresztą sam Anderson nie ukrywa – i że jego obraz stanowi poniekąd hołd dla kina japońskiego; z drugiej strony jednak niektórymi zabiegami upraszcza w pewien sposób ten kraj, a raczej – daje nam taki jego obraz, jak zapewne tli się w umyśle przeciętnego człowieka, który nigdy w Japonii nie był – nie zabraknie więc walk sumo, sceny przyrządzania sushi, haiku, nazwisk, które będziemy bardzo dobrze kojarzyć z tą kulturą. A jednak wszystkie te zabiegi po głębszym zastanowieniu wydają się być zabiegiem przemyślanym, mającym na celu nie tylko uprościć obraz Japonii i zmniejszyć go do rozmiarów stereotypu. Jedna z trzecioplanowych bohaterek nazywa się Yoko Ono (sama Ono użyczyła zresztą głosu tej postaci) i choć pierwsza myśl widza krąży wokół tego, że to po prostu kolejny zabieg reżysera, mówiący – “oto jedna z tych sławnych osób z tego kraju, którą kojarzycie, więc nazwę tak jedną z postaci”, to później zaczynamy dostrzegać głębszy sens takiego zabiegu. Yoko Ono jest wegetarianką, a także kojarzy się od razu z propagowaniem akcji związanych z pokojem na świecie. Bohaterka, która otrzymała po niej imię i nazwisko w Wyspie psów, jest jedną z niewielu “dobrych”, którzy pragną uratować psy.

Naprawdę – chyba wszystko w tym filmie jest jego plusem.

Mateusz: Zgadzam się, dlatego w trakcie pisania tego tekstu podniosłem ocenę o oczko wyżej, bo jednak kiedy przychodzi człowiekowi analizować poszczególne sceny, to dochodzimy do prostego wniosku – Anderson w sobie tylko znany sposób stworzył fenomenalne dzieło, które za sprawą zwierzęcego punktu widzenia obnaża wszystko, co w człowieku złe, nieetyczne, pozbawione empatii, pokazując jednocześnie naszą tendencję do destrukcji wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu naszego działania. To film przypowieść, w nieco odrealniony, ale przecież przez to właśnie tak uderzający, sposób rozliczający się z naszymi czasami, większymi ustrojami politycznymi, wpływowymi osobistościami, wielkimi decyzjami, wszędobylskim fałszem i propagandą, którą raczą nas wielkie korporacje, a my się nimi karmimy, aby żyło się łatwiej, zapominając o równości i życiu zgodnym z naturą i zwierzętami, którymi powinniśmy się opiekować. Wyspa psów dzięki temu jest filmem uniwersalnym, ponieważ tak długo, jak istnieje człowiek, tak długo znajdzie się jakiś chłopiec imieniem Atari, który wbrew wszelkim zakazom postanowi odszukać swojego ukochanego psa.

NAJLEPSZA SCENA

Sylwia: Cały film? Nie no, oczywiście żartuję, postaram się wybrać jakąś scenę, która najbardziej zapadła mi w pamięć… Tylko która to może być? Momen, kiedy Wódz opowiada o jedynym momencie swojego życia, kiedy nie był bezpańskim i bezdomnym psem? I kiedy tłumaczy, że nie ma pojęcia, dlaczego zrobił to, co zrobił? A może cała jego podróż z Atarim, kiedy przechodzi on przemianę i zaczyna stawać się coraz bardziej udomowionym pupilem? A może jednak scena, kiedy już-już niemal wszystkie psy, które pozostały na tytułowej wyspie mają zostać otrute, gdy tymczasem los odwraca się i to kaci stają się ofiarami? Myliłam się – chyba jednak nie dam rady wybrać jednej konkretnej sceny. Cała historia ma ich mnóstwo, i założe się, że Ty Mateusz, również będziesz miał problem z wyszczególnieniem którejś z nich, prawda?

Mateusz: Oj tak, wskazanie palcem jednego wybranego fragmentu byłoby co prawda możliwe do wykonania, ale w przypadku Wyspy psów byłoby również olbrzymią krzywdą dla całego filmu. Anderson nie umieszcza w swoim dziele scen nieistotnych, niepotrzebnych. Wszystko do czegoś prowadzi, każda sekwencja ma swój cel. Nawet pozornie mało istotne plotki i ploteczki, którymi raczą się główni (psi) bohaterowie, mają głębsze dno, niż początkowo mogłoby się to wydawać. Dlatego nie, nie jestem w stanie z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że któraś z wielu wybitnych scen była lepsza od pozostałych i w tym miejscu ją opisać.

 

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Tak naprawdę mamy tu jedynie kilka postaci, które wyróżniają się na tle innych, i dzięki temu można przynajmniej spróbować je omówić. Są to oczywiście Wódz, Ciapek, Atari, burmistrz Kobayashi, Tracy Walker i… w zasadzie to chyba wszystko? O pozostałych boahterach wiemy tak niewiele, że niesprawiedliwością byłaby próba oceny ich charakteru i postępowania. Oczywiście najbardziej kuszącą postacią, bo i taką, która przeszła największa zmianę, jest Wódz. Ten psiak uosabia sobą bohatera czesto spotykanego w książkach, filmach czy serialach – stara się wszystkich trzymać na dystans, bardziej ze względu na strach przed odrzuceniem i zranieniem niż przez wewnętrzy chłod i brak uczuć. Wódz nie do końca rozumie, za czym tęsknią inne psy na Wyspie, bo nigdy (poza krótkim epizodem) nie był psem domowym, nie miał pana (swoją drogą nie podoba mi się się to sformułowanie – czasem sama się zapominam i go używam, ale wolę określenie przyjaciel – przyjaźń działa przecież w dwie strony, a skoro pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, to… sami rozumiecie), nie kosztował psich przysmaków, nie spał na miękkim posłaniu, nie zaznał czułości, jaką jest głaskanie. Nie zna tego i uważa, że jest to jedynie rodzaj niewoli, jednak gdy z czasem zaczyna ufać Atariemu i przywiązywać się do niego, nagle ta “niewola” zaczyna być dla niego kusząca. Swoją drogą, gdy tylko w kontekście wątku wodza pojawiła się Gałka (rasowa suczka również błąkająca się na Wyspie) od razu pojawiły się w mojej głowie skojarzenia z kultowym Zakochanym kundlem i śmiem twierdzić, że nie były one przypadkowe.

Mateusz: O tak, Wódz to ten typ bohatera, który często wydaje mi się najbardziej atrakcyjny w dziełach popkultury. Inteligentny, świadomy swego buntownik, trzymający się nieco na uboczu, będąc jednocześnie członkiem grupy i mając na nią realny wpływ. Jednak pod maską buntu i niezgody, kryje się miękkie, przestraszone i kochające serce, które najzwyczajniej w świecie boi się zranienia, stąd taka, a nie inna postawa. Wódź jest stały w swojej niechęci do ludzi i nie potrafi zrozumieć swoich kompanów kanapowców, którzy jęczą i zrzędzą, jak to pragną wrócić do ciepłych domków, na wygodne kanapy i jak to brakuje im pełnej miski ulubionego żarcia. Jeszcze przed psią grypą, dzięki której wszystkie psy trafiły na Wyspę Śmieci, Wódz nie zaznał od człowieka niczego dobrego, dlatego obecny stan rzeczy jest dla niego tylko i wyłącznie potwierdzeniem przekonania, które tkwi w nim od najmłodszych lat. Wszystko zmieni jednak Atari, który swoimi czystymi i pozbawionymi fałszu uczuciami wpłynie na postrzeganie Wodza, zapewniając tym samym widzowi przyjemne uczucie oczyszczenia.  

Sylwia: Drugą postacią, która również przechodzi jakąś przemianę, jest burmistrz Kobayashi, od którego wszystko się zaczęło, który zarządził, by wszystkie psy, z uwagi na psią grypę zesłać na wysypisko, na którym – co tu dużo mówić – miały po prostu umrzeć. Jego przemiana jest mocno skondensowana i nie zostaje wytłumaczona tak naprawdę widzowi, ale można to uznać za skróconą wersję ujrzenia prawdy przez bohatera, który wiele lat żył w zaślepieniu, karmiąc się złością i nienawiścią przodków, zapominając, że powinien kierować się własnymi poglądami i zasadami; wyrobić sobie własny kodeks moralny.

Mateusz: Zgadzam się i z tym. Kobayashi jest idealnym przykładem i portretem tego, jak jako społeczeństwo jesteśmy od lat “zaprogramowani” na konkretne rzeczy, które wbija nam się od najmłodszych lat. Burmistrz Kobayashi od dziecka miał wszczepioną niechęć do psów, i to “wkodowane” przeświadczenie górowało nad zdrowym rozsądkiem i faktami, które próbowali mu przecież przekazać jego opozycjoniści. A że jesteśmy z góry zaprogramowani na to, by nie słuchać i nie godzić się ze zdaniem swoich oponentów… Zmiana u burmistrza miasta Megasaki zaszła tak napawdę dopiero, gdy w grę weszły osobiste emocje, związane z Atarim. Bo to właśnie miłość jest głównym punktem, potrafiącym odmienić najgorsze rzeczy w świecie Andersona.

Ja z kolei chciałbym zauważyć pewien fakt, który w mojej ocenie nie pozwala na wystawienie dla Wyspy psów najwyższej noty – mianowicie… że reżyser jest nieco niekonsekwentny w podejściu do bohaterów i ci, którzy początkowo są na pierwszym planie, z czasem tracą na ważności, przez co zostają zepchnęci nawet na trzeci plan. Mam tu na myśli Reksa, Króla, Szefa i Księcia, którzy wprowadzają nas w piękny w swej brzydocie świat wysypiska odpadów, jakim jest Wyspa Psów (Śmieci) i przez długi czas wypełniają czas ekranowy, by w późniejszym etapie filmu zniknąć na długo ze sceny. Może nie jest to wada sama w sobie, ale przykuło to moją uwagę i jest to rzecz warta odnotowania.

Na koniec zostawiam małego chłopca, członka rodziny Burmistrza Kobayashiego, który jest przyczyną i skutkiem większości ekranowych zdarzeń. Atari postanawia bowiem odzyskać swojego ukochanego psa – Ciapka, który przez lata był jego psem-ochroniarzem. Chłopiec pokochał swojego psa, traktując go właśnie jak przyjaciel, niekoniecznie jak wielkie ludzkie panisko. Mimo iż widz nie jest w stanie zrozumieć ani jednego słowa (chyba, że ktoś zna język japoński), to jego czyny i gesty mówią więcej niż tysiąc słów. W oczach widza (i psów) przywraca on wiarę w ludzką rasę i daje nadzieję, że nie wszyscy są źli oraz obojętni na los czworonogów.  

AKTORSTWO

Sylwia: W tym temacie zapewne Ty powiesz więcej, bo ja – przyznaję się bez bicia – dość mocno skupiałam się na napisach, a także animacji i gdyby ktoś mnie zapytał, to nawet nie potrafiłabym chyba wskazać, kto pod jaką postać podkładał głos. Przez moment byłam pewna, że Gałka przemawia do widza głosem Jennifer Lawrence, gdy tymczasem była to średnio przeze mnie lubiana Scarlett Johansson. Jednak to, że nie do końca potrafiłam rozpoznać głosy aktorów, nie przeszkodziło mi w tym, by docenić, że kwestia dubbingu to kolejny plus Wyspy psów. Głosy były dobrze dobrane, psy były dzięki aktorom wprost prześwietne! Poratuj Mateusz i rzuć konkretnymi nazwiskami ;).

Mateusz: Wes Anderson ma chyba jakiś dar przekonywania, ponieważ Wyspa psów pochwalić się może prawdopodobnie najlepszym i największym skupiskiem gwiazd, które podkładają głosy w animacji. W filmie wystąpili: Edward Norton, Bill Murray, Brian Cranston, Bob Balaban, Jeff Goldbum, Greta Gerwig, Frances McDormand, Tilda Swinton, Scarlett Johansson, Yoko Ono, Ken Watanabe, Harvey Keitel, Liev Schreiber i inni! Przyznajcie, lista robi wrażenie! Sama zbieranina gorących hollywoodzkich nazwisk to jednak nie wszystko – aktorzy wykonali fenomenalną robotę, dając swym bohaterom nie tylko głosy, ale także i dusze. Naprawdę, nie mogę wyjść z podziwu, bo jednak mam jakieś takie wewnętrzne skojarzenie, że amerykański dubbing nie stoi na jakimś zachwycającym poziomie. Całe szczęście, że polski dystrybutor nie wpadł na świętokradczy pomysł, aby zrobić w pełni spolszczoną wersję, bo byłoby to zabójstwo wizji Andersona oraz wielki nietakt w stronę aktorów, którzy użyczyli głosów poszczególnym bohaterom.

KWESTIE TECHNICZNE

Sylwia: O wspaniałości tej poklatkowej animacji już wspominałam podczas omawiania zalet filmu. Nie zaszkodzi jednak napisać o tym paru słów więcej – z jednej strony ten praco- i czasochłonny zabieg przywodzi na myśl stare produkcje dla najmłodszych, z drugiej strony jednak przydaje opowieści Andersona pewnej surowości i sprawia, że bywa momentami nawet straszna. Trzeba jednak lubić takie dysonanse – kiedy z jednej strony macie opowieść o obozach śmierci dla psów (które zresztą wprost przywodza na myśl takie miejsca, tyle że przeznaczone dla ludzi), z drugiej uroczą animację, która nie kojarzy się z brutalnością. Moim zdaniem taki zabieg tylko podbił wydźwięk tej produkcji. Skoro jestesmy już przy animacji – niiech nikogo nie zmyli wygląd tego filmu: Wyspa psów nie jest absolutnie filmem dla dzieci – opowiada w gruncie rzeczy przerażającą historię (choć kończy się dobrze). Świetnie zagrały w filmie także kolory – w większości zgaszone i brudne – idealnie pasujące zarówno do zepsucia ludzi w Megasaki, jak i do Wyspy śmieci, przekształconej z czasem w Wyspę psów. Również muzyka bardzo dobrze komponowała się z resztą detali. Ale Ty, Mateusz, chyba nie przepadasz za twórczością Desplata? Jak podobał ci się jego wkład w Wyspę psów?

Mateusz: Tak, nie jestem miłośnikiem twórczości Desplata, jednak w tym wypadku za muzykę należy mu się duży plus. Egzotyczna, azjatycka rytmika, sporo fletów, bębnów, cymbałków, chórki narastające w tle – połączenie to daje naprawdę udany efekt i bardzo przyjemnie słucha się tej muzyki również w oderwaniu od filmu Andersona. A gwizdany motyw przewodni, który przewija się w wielu momentach produkcji wprost nie potrafi mi wyjść z głowy! Podobnie jest zresztą z piękną i prostą piosenką I Won’t Hurt You w wykonaniu The West Coast Pop Art Experimental Band. Natomiast animacja poklatkowa jest wręcz perfekcyjna i zawsze bardzo wysoko ją cenię. W rękach Andersona ten sposób animacji nabiera jednak kompletnie innego wymiaru. Reżyser ten znany jest ze swojego zamiłowania do spefycicznej kolorystyki, niezwykle symetrycznych ujęć, dopracowania najdrobniejszych nawet detali, zabawy zbliżeniami i montażem, co w połączeniu z prawdziwymi lalkami, makietami i wszelkimi elementami planu sprawia oszałamiające wręcz wrażenie. Ten film w zasadzie można oglądać tylko dla samej animacji poklatkowej i nawet nie skupiając się na fabule i tak będziemy oczarowani (Wyspa Śmieci czy sekwencja robienia sushi to istne majstersztyki). 

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: Wyspa psów jest filmem przedziwnym, ale przy tym również fantastycznym. Z pewnością będę do niego wracać, bo nie jest to produkcja do obejrzenia na raz – jest w niej wiele symboli i wiele znaczeń, a jej przekaz jest nie tylko uniwersalny, ale i wielowymiarowy i wydaje mi się, że każdy seans przyniesie coś nowego w sposobie odczytywania historii zrealizowanej przez Wesa Andersona. Jeśli Kształt wody (o którym nie mam dobrego zdania) był według niektórych cenną opowieścią o wykluczeniu, o inności, o byciu na marginesie – to Wyspa psów jest epopeją na ten temat. W dodatku z haiku! Polecam, polecam, polecam.

Mateusz: Pokochałem Wyspę psów całym sercem. Gdy po seansie zaczęliśmy rozmawiać o tym filmie, wzruszenie ścisnęło mnie za gardło. Na świeżo po seansie miałem w sobie sporo emocji, jednak te wyzwalały się ze mnie stopniowo i do dziś ten proces trwa. Wizja Andersona przemówiła do mnie z całą mocą i minie zapewne sporo czasu, zanim inne dzieło wywoła we mnie podobny efekt.


Ocena Sylwii: 9/10

Ocena Mateusza: 9/10

Film obejrzycie w kinach Cinema City w całej Polsce 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *